Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Zdziwicie się, ale na YouTube można znaleźć wiele filmów z nagimi ludźmi - Co nowego w technologii?

62 906  
260   103  
W dzisiejszym odcinku pooglądamy sobie roznegliżowanych ludzi na YouTube, wraz z Unią Europejską zakażemy wykorzystywania systemów rozpoznawania twarzy i nabierzemy się na deepfake.

#1. Politycy dali się nabrać na deepfake


Kojarzycie deepfake? To ta technologia podmiany m.in. twarzy, która pozwala na szeroko zakrojoną manipulację. Do tej pory większość osób traktowała to z przymrużeniem oka i śmiała się, że ktoś sfałszował wypowiedź Obamy, podmienił twarze aktorek dla dorosłych na te znanych gwiazd ze świata Hollywood czy sprawił, że Księżniczka Leia z Gwiezdnych wojen znów mogła wystąpić w produkcji (nawet po śmierci odtwórczyni roli).

Ostatnie wydarzenia pokazują jednak, że w kwestii deepfake nie ma się z czego śmiać. Wręcz przeciwnie – powinniśmy zacząć na poważnie się obawiać. O co chodzi?

Ktoś postanowił podszyć się pod Leonida Wołkowa – szefa sztabu Nawalnego, rosyjskiego opozycjonisty. Z rzekomym Wołkowem za pośrednictwem Zooma skontaktowali się holenderscy parlamentarzyści. Zostało to nawet potwierdzone przez rejestr Izby Reprezentantów.

Wszyscy członkowie parlamentu będący przedstawicielami komisji spraw zagranicznych byli przekonani, że rozmawiają z szefem sztabu Nawalnego. Dopiero po jakimś czasie wyszło na jaw, że w rzeczywistości ktoś podszywał się pod Wołkowa.


Wszyscy zastanawiają się teraz, jak można uniknąć tego typu incydentów w przyszłości i wyrażają swoje oburzenie, iż w ogóle doszło do czegoś podobnego. Z informacji wynika jednak, iż nie tylko holenderscy parlamentarzyści dali się nabrać. Ponoć w podobną pułapkę wpadli również przedstawiciele rządu Litwy, Łotwy, Estonii, Ukrainy i Wielkiej Brytanii.

Tego typu akcje są szczególnie niepokojące, biorąc pod uwagę, w jakich czasach żyjemy. Wirtualne spotkania stały się naszym chlebem powszednim i do czasu poradzenia sobie z pandemią możemy tylko pomarzyć o pełnym powrocie do normalności.

#2. Renault i Dacia planują wprowadzić ograniczniki prędkości w swoich samochodach


Pamiętacie jeszcze kontrowersyjną decyzję marki Volvo o ograniczaniu prędkości samochodów do 180 km/h? Wszyscy byli wtedy wielce oburzeni takim obrotem spraw. No bo jakże to tak? Kupuję samochód i chcę korzystać z pełni jego mocy. Wtedy mogło się wydawać, że żaden inny producent nie podąży tą drogą, bo byłby to strzał w kolano… okazuje się, że Volvo znalazło naśladowców.

Chodzi o firmy Renault i Dacia. W przypadku tego pierwszego ogłoszono to na zebraniu akcjonariuszy. Członkowie zarządu z szefem (Luca de Meo) na czele doszli do wniosku, że wszystkie samochody produkowane przez francuski koncern do 2022 będą miały na pokładzie ograniczniki prędkości, które nie pozwolą im jechać szybciej niż 180 km/h. Pewnie w przypadku większości modeli nie robi to większej różnicy, ale kiedy weźmiemy już pod uwagę takie sportowe Renault RS, to już może zaboleć.

To jednak nie koniec zmian. Producenci zapowiedzieli również wprowadzenie całego szeregu dodatkowych funkcji poprawiających bezpieczeństwo kierowców na drogach. Wszystko oczywiście dla ich własnego dobra.

#3. Unia Europejska obawia się systemów rozpoznawania twarzy


Unia Europejska przymierza się do całkowitego zakazania (albo przynajmniej mocnego ograniczenia) stosowania nadzoru biometrycznego w miejscach publicznych. Chodzi konkretnie o systemy rozpoznawania twarzy bazujące na sztucznej inteligencji.

Wniosek Komisji Europejskiej zawiera m.in. zakaz stosowania nadzoru biometrycznego w miejscach publicznych. Niestety na chwilę obecną jest w nim wiele ustępstw i wyjątków, które mogą zostać wykorzystane. Ostrzegają przed tym m.in. organizacje zajmujące się obroną praw człowieka.

Już nie pierwszy raz zwrócono uwagę na konieczność rygorystycznej regulacji tego typu kwestii. W przeciwnym razie takie narzędzia mogą służyć do gwałcenia praw człowieka i znacznej ingerencji w życie prywatne obywateli.

Inspektor Ochrony Danych w UE – Wojciech Wiewiórowski – twierdzi, iż nowe przepisy wyglądają co najmniej dobrze i cieszy się z obecnego obrotu spraw. Bardzo dobrze, że ktoś zaczął o tym rozmawiać. W przeciwnym razie mogłoby to się źle dla nas – obywateli – skończyć.

#4. Pierwszy wyścig Formuły E za nami. Nie obyło się bez… komplikacji


Formuła E to najważniejsze wyścigi elektrycznych bolidów na świecie. Do tej pory odbywały się one na zwykłych ulicach miast (po prostu na czas wyścigu wydzielano specjalne strefy i odcinano ulice od ruchu miejskiego). Tym razem jednak postanowiono przenieść zmagania na prawdziwy tor wyścigowy, a konkretnie ten mieszczący się w Walencji.

Na samym początku warto może wspomnieć o zasadach wyścigu. Nie chodzi bowiem tylko o to, że samochody mają być na prąd. Muszą również spełniać konkretne wymogi. Chodzi m.in. o to, że zgodnie z przepisami kierowcy nie mogą zużyć więcej niż 52 kWh energii w trakcie całego wyścigu, który trwa łącznie 45 minut. Jeśli ktoś zużyje tej energii więcej, to cóż… grozi mu dyskwalifikacja.

To jednak nie koniec. Limit energii jest dodatkowo ograniczany za każdym razem, kiedy na tor wyjeżdża tzw. safety car. Każda minuta jego obecności na torze kosztuje zawodników dodatkowe 1 kWh energii mniej. W ostatnim wyścigu samochód wyjeżdżał na tor aż 5 razy, w związku z czym od limitu odjęto dodatkowe… 19 kWh energii. Każdy samochód musiał więc przejechać na 33 kWh.


Jak tu więc ułożyć skuteczną strategię działania? Nijak! Nikt nie jest bowiem w stanie przewidzieć, ile razy safety car wyjedzie na tor, jak długo będzie na nim przebywał ani nawet kiedy to się stanie.

W wyniku wszystkich tych ograniczeń do mety nie dotarło 10 bolidów, z czego ostatecznie zakwalifikowało się i tak tylko 9. Warto dodać, że początkowo startowało aż 24 zawodników. Przesiew był więc całkiem spory.

A wyniki? Cóż, tu było sporo zamieszania. Na drugim miejscu znalazł się Nico Muller, który wystartował z 22. pozycji. Jadąc cały czas z tyłu, był w stanie zaoszczędzić sporo energii, przez co mógł zaatakować w końcówce, kiedy reszta zawodników musiała jechać żółwim tempem, byle nie przekroczyć dopuszczalnego limitu.

#5. Na YouTube też możemy znaleźć roznegliżowanych ludzi


Dla każdego użytkownika raczej oczywiste jest to, że serwis YouTube banuje za nagość i treści erotyczne, jeśli takowe pojawią się na platformie. Ja również żyłem w podobnym przekonaniu, dopóki nie natrafiłem na pewnego mema, który wzbudził moje zainteresowanie.

Po jakimś czasie dowiedziałem się, że YouTube wręcz obfituje w filmy, na których jest mnóstwo nagich ludzi. Mowa m.in. o nagiej jodze, filmach edukacyjnych pokazujących zabieg wybielania „kakaowego oka”, czy innych tego typu treści. Nie wierzycie?! Zobaczcie sami!

Widząc coś takiego na platformie, można poczuć nawet dezorientację, bowiem część tych nagrań wygląda jak wstępy do filmów ślizganych.

Regulamin serwisu wyraźnie mówi, iż nie dopuszcza publikacji tego typu treści, jeśli… służą one do „zaspokajania potrzeb seksualnych”. Jeśli jednak służą one do „celów edukacyjnych”, to już wszystko jest spoko i platforma nie ma z tym żadnego problemu.

Co ciekawe, serwis usuwa nawet filmy ze stopami, bo są to dla niego treści fetyszystyczne, na które nie ma tam miejsca! Ale nagie blondyny z wielkimi, sztucznymi balonami „ćwiczące” jogę są już w porządku…
Temat był również poruszany na Grupie Reakcyjnej JM na Facebooku. Rozumiem, że dla niektórych to żadna nowość, ale mnie osobiście zaszokowało to na tyle, że postanowiłem o tym wspomnieć.

W poprzednim odcinku: Elon Musk zabrał głos w sprawie tajemniczego wypadku Tesli

6

Oglądany: 62906x | Komentarzy: 103 | Okejek: 260 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

04.08

03.08

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało