Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Opowiem wam o mojej podróży autostopem w Tatry

19 258  
72   69  
Pewnego czerwcowego wieczoru, siedząc i sącząc piwo, wpadłem na pomysł, aby ponownie zacząć szlajać się po świecie autostopem i przy okazji zobaczyć coś, czego od wielu, wielu lat nie widziałem – zobaczyć góry, ale tym razem nie jakieś świętokrzyskie pagórki, lecz prawdziwe góry – Tatry.
Idea wyprawy stopem w Tatry tak mocno wcisnęła mi się między zwoje mózgowe, że nie mogłem tego nie zrealizować. Trasa z pozoru prosta, zaplanowana tak, aby zahaczyć o Sandomierz i Kraków, a kończąca się w Bukowinie Tatrzańskiej, zaś powrót przez Kraków, Jarocin i Kraśnik, czyli popularną A4. Mając zaplanowane trasy dojazdu i powrotu musiałem się zdecydować, co konkretnie chcę zobaczyć w Tatrach. Wybór nie był prosty – jedno, że jechałem sam, w ogóle tych gór nie znając, a drugie, że chciałem zobaczyć nie tylko polską, ale i słowacką część. Nie mogłem podjąć decyzji, do czasu kiedy w moje ręce trafiła mapa z zaznaczonymi szlakami. Nie byle jaka mapa, nie jakieś zielono-szare dziadostwo ze sklepowej czy internetowej półki, była to mapa wykonana jako czarno-biała grafika z zaznaczonymi tylko graniami, szlakami i niektórymi kolibami – tyle tylko, a może aż tyle, coś pięknego.

Wybrałem kilka miejsc, które chcę zobaczyć, zaplanowałem wyprawę względem potrzebnego czasu i środków, całkowicie pomijając kwestie noclegowe, bo jak to ja mam za nocleg płacić, ja – doświadczony wędkarz, który wielokrotnie spał na gołej glebie nad większością rzek i większą częścią jezior w Lubelskim mam płacić za nocleg? Nigdy.

Wiedząc co, gdzie i kiedy chcę zobaczyć, wziąłem urlop i już na drugi dzień zostałem odwieziony przez ukochaną do Krasnegostawu, skąd zacząłem swoją podróż. Po lekkim spacerze w stronę wylotówki na Kraśnik zacząłem łapać stopa. Okolice niczego sobie, lasy, pagóry, dużo cieków wodnych i jezior, trasa urokliwa i mi nieznana okazała się najcięższą częścią wyprawy – znikoma liczba aut powodowała spore opóźnienia w docieraniu do kolejnych punktów na trasie. Po dotarciu do miejscowości Wysokie skierowałem się dalej na Kraśnik. Rzutem na dwa auta minąłem wspomnianą miejscowość i dotarłem do Annopola. Tam po przejściu przez most na Wiśle złapałem lokalsów z Ostrowca Świętokrzyskiego i dotarłem z mini trasy na Sandomierz. Zaraz po wyjściu z auta i minięciu ronda złapałem handlarza z Ukrainy, z którym dotarłem do Sandomierza. Po przeszuraniu się przez starówkę skierowałem swe kroki na wylotówkę na Kraków.

Znów uśmiechnął się do mnie autostopowy fart i z jednym kierowcą dojechałem aż do zjazdu na Pacanów. Tam po kilku minutach złapałem krakusa, który zostawił mnie pod fast foodem w dzielnicy Nowa Huta. Gość będąc pod wrażeniem mojej wyprawy dał mi trzy pięciozłotowe bilety na tramwaj.

Ustaliwszy czym dojechać do krakowskiej starówki i widząc nieuchronnie zbliżający się zmierzch, zacząłem zastanawiać się nad noclegiem, tymczasowo jednak postanowiłem pójść na kolację do galerii handlowej obok dworca głównego w Krakowie. Będąc w galerii, skontaktowałem się z Nią. Po krótkiej acz miłej rozmowie, dowiedziawszy się, że Ona nie jest w stanie pomóc mi z noclegiem, postanowiłem udać się na główny w celu wybadania sytuacji. Po drodze zaczepił mnie człowiek, którego początkowo nie poznałem, a był to mój znajomy jeszcze ze szkoły podstawowej. Krótka rozmowa i wrażenie, które zrobiłem na kolejnym człowieku zaowocowały darmowym noclegiem. Po wspólnym wypiciu kawy wyruszyłem na krakowską starówkę.



Wykonanie kilku nocnych zdjęć starego miasta było jednym z elementów całej wyprawy. Szczęśliwe zbiegi okoliczności sprawiły, że znalazłem się tam, gdzie chciałem, dokładnie o tej porze, o której chciałem się tam znaleźć. Rzadko kiedy widuje się takie tłumy, jakie tam były, jeszcze o tej porze. Byłem w Krakowie ostatni raz jeszcze w szkole podstawowej i o tyle o ile pamiętałem, co gdzie jest, o tyle tam poszedłem. Krakowska starówka nocą robi niesamowite wrażenie.

Z samego rana wyruszyłem zobaczyć zamek. Po około godzinnym zwiedzaniu wsiadłem w tramwaj i dotarłem do wylotówki na Zakopane.

Jedno auto, drugie i jakoś to idzie. W Rabce-Zdroju trochę się zeszło, miejsce dość problematyczne, trasa wąska, auto nie ma gdzie się zatrzymać, duży ruch w trudnym terenie. Jakoś się udało. Zatrzymał się młody człowiek z Nowego Targu. Po nakreśleniu mu planu całej wyprawy postanowił, że podrzuci mnie do wylotówki na Bukowinę. Dzięki, stary, dupsko żeś mi uratował.

Wylotówka wyglądała jak wiejska ulica, asfalt lichy, aut prawie nie ma. Jakoś muszę się dostać do tej górskiej mieściny. Fartem zatrzymałem auto kierowane przez starszego jegomościa, który – jak się okazało – był emerytowanym przewodnikiem tatrzańskim. Rozmawialiśmy trochę i jedyne, co mi zapadło w pamięć, to tekst: „nie próbuj nawet spać po krzakach, bo to się może źle skończyć”. Zasięgnąwszy języka co, gdzie i jak wiedziałem, gdzie mam szukać noclegu. Do zmroku zostało może ze dwie godziny, a ja utknąłem na trasie, przy punkcie widokowym gdzieś między Bukowiną a Jaworzyną Tatrzańską. No, widoki zapierają dech w piersiach, jak się okazało był to dopiero początek górskiego piękna, którego jeszcze dużo widziałem. Wiedziałem, że muszę się dostać do schroniska ZHP Głodówka, które jest ileś tam kilometrów dalej.

Zagubiony turysta szukający drogi do Palenicy podrzucił mnie do schroniska, jedyne co pozostało, to załatwić sobie tani nocleg. Od razu pomyślałem, że wezmę podłogę, jednak po rozmowie z dyrektorem schroniska, który dołączył do grona osób „pod wrażeniem”, załatwiłem sobie pokój w cenie podłogi - zachowałem się jak skończony hipokryta, cóż, bywa.

Gadaliśmy trochę i po raz drugi usłyszałem ostrzeżenie, żeby nie spać po krzakach. Opowieść o niedźwiedziu, który zabił staremu bacy psa i którego to miśka było ciężko przepędzić nawet petardami dała mi trochę do myślenia, wiedziałem jednak, że jeśli nie będę miał wyjścia, to i tak pójdę spać w pierwsze lepsze miejsce, które znajdę i które uznam za bezpieczne.

Wracając do schroniska, jeśli ktoś nie był i zastanawia się, czy warto - mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że warto. Nie da się opisać widoku z Głodówki, to po prostu trzeba zobaczyć.

Rano spakowałem graty i wyruszyłem na trasę. Trafiło mi się polskie małżeństwo kierujące się na Słowację celem odwiedzenia jaskini Bielskiej. Podrzucili mnie do Jaworzyny Tatrzańskiej. Odnalazłem szlak niebieski do Przełęczy Pod Kopą, wejście na szlak jest obok siedziby TANAP-u, wiec sztuka nie była trudna. Dołączyłem do trzyosobowej grupki turystów spod Płocka.



Szliśmy to lasem, to kamienistą ścieżyną, wzdłuż Jaworowego Potoku, z którego nabrałem dwie butelki wody. Po przejściu przez bramę skalną zaczęliśmy piąć się w górę. Moi towarzysze szli z kijkami, których ja nie uważam i szczerze nienawidzę. Po dojściu do wiaty z dwoma rzeźbami niedźwiedzi i krótkim odpoczynku oraz uzupełnieniu zapasów wody ruszyliśmy dalej, dochodząc do podnóży Tatr Bielskich. Szlak wił się w górę, po drodze mały przystanek na przegonienie dwóch żmij zygzakowatych, które wygrzewały się na kamieniu i dalej w drogę. Po wejściu na zbocza gdzieś w okolicach Nowego Wierchu kierowaliśmy się w stronę przełęczy.

Widoki zaczynały przyspieszać bicie serca.

Na przełęczy kolejny krótki odpoczynek, kilka zdjęć, kilka fajek, skromne śniadanie i dalej w drogę. W stronę kolejnego punktu wyprawy. Idąc czerwonym szlakiem do Chaty nad Zielonym, pojadłem trochę górskich jagód. Szlak czerwony jest dość długi i męczący, ale nie aż tak, żebym zacząć padać na mordę. Po drodze w dole nad jakimś małym zbiornikiem wodnym znajdującym się w gęstej kosodrzewinie dostrzegłem namiot i człowieka, który łaził tam z psem. Od razu do mnie dotarło: jak będę musiał gdzieś spać, to pakuję się w zielone.

Dotarłem do tego słowackiego schroniska, po kolejnym odpoczynku i znalezieniu drogi ruszyłem przez kosodrzewinę w stronę Jagnięcego Szczytu. Podobno widok z niego na Bielskie jest najlepszy w całych Tatrach, nie mogłem odpuścić takiego widoku.

Ścieżka nie była zbyt wymagająca, szlak żółty jest miejscami dość stromy, ale bez rewelacji. Po wyjściu z kosodrzewiny dotarłem na sporą połać otwartego terenu pokrytą różnej wielkości głazami. Z trudem dało się dostrzec szlak, a jak to na Słowacji, szlak jest znaczony, ale często trzeba trochę połazić, zanim trafi się do kolejnego znacznika. Idąc dalej, mijałem wielokrotnie kozice górskie, zwierzęta za cholerę nieczujące strachu przed człowiekiem i czasami pozujące do zdjęć niczym modelki. Po dotarciu do łańcuchów i wdrapaniu się na grań chwilę odpocząłem. Posiłkowanie się holenderskimi waflami z karmelem robi swoje. Po przejściu przez kilka źlebów dotarłem na szczyt, na którym spotkałem młode węgierskie małżeństwo. Kilka fotek, które udało się zrobić zawdzięczam tylko czystemu szczęściu, ilość obłoków, które tego dnia przewijały się miedzy szczytami odrobinę komplikowała sprawę uwieczniania górskiego piękna, choć jak już wspomniałem, udało się.



Węgrzy schodząc ze mną, a raczej ja schodząc z nimi, próbowali się ze mną porozumiewać po angielsku. Nie żebym nie szanował ludzi, ale ich angielski był na poziomie szóstoklasisty. Po drodze kobiecie zaczęła się urywać podeszwa prawego buta, niestety nie miałem jak jej pomóc, zestaw małego szewca zostawiłem w domu. Po drodze spotkaliśmy młodego Polaka, ewidentnie człowiek zaraz po albo w trakcie studiów, zapytany gdzie idzie bez namysłu odparł, że na Jagnięcy. Próbowaliśmy mu wytłumaczyć, że jest mniej niż w połowie drogi i że przed zmrokiem nie wróci. Gość miał przy sobie tylko manierkę i wysokościomierz. Twierdził, że szybko chodzi, to i zdąży wrócić. No to powodzenia i cześć. Młody i narwany, co zrobić.

Dotarliśmy w trójkę do schroniska, ja wziąłem sytą kolację w postaci miski gulaszu, a oni po piwie. Wykończony chwilę odpoczywałem, małżonkowie podeszli, pożegnali się i tymczasowo tyle ich widziałem. Sprawdziłem mapę i zorientowałem się, że do trasy do Starego Smokowca mam jeszcze trochę, a muszę się tam dostać przed zmrokiem, coby stopa po nocy nie łapać. Wychodząc ze schroniska, dostrzegłem na mostku, który miałem po drodze, tego samego narwanego młodego Polaka. Stwierdził, że miałem rację mówiąc, że nie da razy wejść na szczyt i wrócić. Zawrócił, kiedy dotarł do łańcuchów. Po krótkiej rozmowie znów uśmiechnął się do mnie autostopowy fart, młody jechał przez mieścinę, do której ja planowałem się dostać i zaproponował podwózkę. Po drodze zgarnęliśmy jego matkę. Całą drogę przegadaliśmy o chyba wszystkim, gdzie kto był, co kto widział, skąd pochodzi i tak dalej.

Podrzucili mnie pod kościół przy wejściu na szlak na Hrebieniok. Namierzyłem lokalny sklep, który jeszcze był otwarty, zakupiwszy kilka świeżych – o dziwo – bułek, małego energetyka i banana. Po wyjściu ze sklepu zorientowałem się, że przecież moja niezawodna żarowa zapalniczka już na przełęczy pod Kopą zaczęła odmawiać posłuszeństwa i muszę jeszcze kupić zapałki lub zwykłą zapalniczkę. Nie dałem dobrze kilku kroków od wejścia do sklepu, kiedy ten został zamknięty. No tak, jak do dwudziestej pierwszej, to do dwudziestej pierwszej, koniec kropka. Łaziłem po mieście szukając jakiegoś otwartego sklepu, jakiejś stacji benzynowej, ale moje poszukiwania spełzły na niczym.

Spotkałem natomiast węgierskie małżeństwo szukające otwartego sklepu sportowego, w którym chcieli zakupić nowe buty. Namierzyłem stację kolejki i bingo, kolejarz, od którego chciałem odkupić zapałki, dał mi paczkę za darmo.



Poszedłem szukać noclegu i znalazłem, jak mi się początkowo wydawało, idealne i bezpieczne miejsce. Obok wejścia na szlak na Hrebeniok. Stoi tam kościół, obok krzaki, a między jednym a drugim stała wiata: od strony gór ścianka, nad łbem daszek, pośrodku stół i dwie ławki, jedna przy wspomnianej ściance. I mi to pasuje, z chodnika nic nie widać, a ja widzę wszystko. Zjadłem banana, popiłem energetykiem, a zbliżająca się godzina dwudziesta trzecia dawała jasno znać, że czas uderzyć w śpiwór. Kolejnym celem mojej wyprawy miał być Polski Grzebień z Małą Wysoką i Rochatką, niestety plan nie wypalił. Złapałem wi-fi z pobliskiego hotelu i sprawdziłem pogodę na najbliższe dwa dni. W sobotę ma padać. No cóż, trudno, jutro lecę przez Rysy do Polski, Wieliczka z okolicznymi atrakcjami musi poczekać do następnej wyprawy.

Rozebrałem się, buty przywiązałem do plecaka, plecak pod łbem, w śpiwór i pa lulu. Nawet nie pamiętam kiedy zasnąłem, za to pobudki nigdy nie zapomnę. Śpię sobie w najlepsze, i nagle, nie wiadomo skąd, ale na pewno z niedalekiej okolicy, rozlega się głośne tłuczenie w metal. Przyzwyczajony do miejskich nocnych ekscesów w postaci bezdomnych szukających po śmietnikach łatwego do upłynnienia towaru, początkowo olałem hałas i spałem dalej. Jednak rumor z jakim ten ktoś te śmietniki trzepał nie dawał mi spokoju.

Kiedy hałas usłyszałem kilka metrów od siebie, rozbudziłem się i dostrzegłem nie dalej niż pięć metrów od swojej ławki dorosłego niedźwiedzia – skąd wiem, że dorosłego? Bo stojąc na czterech łapach, był mniej więcej wielkości stołu. Podniosłem się lekko do góry, żeby oprzeć się na jednym łokciu, wystawiłem łeb nad ławkę i obserwowałem miśka. Stał on jedną łapą oparty o słupek, do którego był przytwierdzony śmietnik, a drugą łapą w tym śmietniku grzebał, od czasu do czasu uderzając w klapę. Ja leżąc w śpiworze, na karimacie, na ławce, z plecakiem pod łbem i butami do tego plecaka przywiązanymi, nie za bardzo chciałem wierzyć w to, co widzę. Jedyne co mi się wtedy przez zwoje mózgowe przewijało to pytanie: odejdziesz czy podejdziesz, wyczułeś te cholerne bułki czy nie. Miałem więcej szczęścia niż rozumu, miś stanął na czterech łapach, popatrzył w moją stronę, niuchnął ze dwa razy i zwiał. Padłem na chwilę na ławce, ale adrenalina podskoczyła i po chwili się zerwałem.

Zacząłem obserwować okolicę, bo miodojad mógł przyjść z kolegami, nigdy nie wiadomo. Szczęśliwie drugiego nie było. Poczekałem kilka minut i na bosaka z gratami pod pachą poszedłem pod hotel. Pakując się, widziałem z odległości kilkudziesięciu metrów trzy wilki, które zwiały zaraz po tym, jak jeden z nich mnie wyczuł.

Poczekałem pod hotelem do świtu i poszedłem na stację kolejki. Tam z kolei grasowały lisy. Często chodziłem na polowania jako naganiacz i widziałem dużo dzikiej zwierzyny, ale tak ładnych lisów jak w Starym Smokowcu jeszcze nie zdarzyło mi się zobaczyć. Oczywiście jestem skończonym kretynem, bo po zasięgnięciu języka o trasę kolejki w stronę Rysów dowiedziałem się od tego samego kolejarza, od którego dostałem paczkę zapałek, że stacja kolejki jest otwarta całą dobę. Kretyn, debil i idiota do tego. Mogłem spać na krześle w poczekalni, albo nawet rozłożyć się na podłodze, ale nie, ja na wariata na jakiejś ławce w jakiejś wiacie w krzakach obok kościoła. Przynajmniej widziałem niedźwiedzia i wilki.

Po dojechaniu do Popradzkiego skierowałem się w stronę wejścia na szlak na Rysy. I zaczął się ból dupy, zapasy wody się kurczyły, a nauczony wędkarskimi doświadczeniami wiedziałem, że poniżej osad ludzkich wody bez uzdatnienia lepiej nie pić. Przy wejściu na szlak kilku gości spakowało na plery towar i pocisnęło w górę. Szerpowie, bo tak się chyba ich nazywa, to muszą być nieźli wariaci, żeby takie kilogramy na tak długi i męczący szlak wnosić. Dołączywszy do grupki Polaków złożonych z młodych, po kilku godzinach wędrówki przez las, kosodrzewinę, gołoborza dotarłem do łańcuchów. Odcinek krótki i mogłoby go nie być, ale co tam.

Zastanowiło mnie, co to za żelastwo jest zmagazynowane obok ściany, jakieś podesty wyglądające jak elementy konstrukcji przemysłowej. Dziwne, będą montować schody. W górach? No nic, idę dalej. Moje obawy przed braniem wody poniżej schroniska były jak najbardziej uzasadnione. Smród, jaki roztacza się zaraz po minięciu ułatwień jest tak oczywisty jak zatrucie pokarmowe, którego można dostać po wypiciu wody płynącej między tymi skałami.

Czerwona Chata pod Rysami wita gości bramą ozdobioną jakimiś chorągiewkami, miło.
Po godzinnym odpoczynku i zjedzeniu obiadu okazało się, że brakuje mi półtora euro do zakupu wody. Chcąc załatwić sobie cokolwiek, zaczepiłem jednego gościa z obsługi i zacząłem nawijać do niego po angielsku, zdumiałem się kiedy Słowak wypalił do mnie z tekstem: „A ty kurwa po polsku nie potrafisz mówić? Czego chcesz?”. Niestety krótka rozmowa i próba przekonania wulgarnego Słowaka, że woda ze śniegu może być, na nic się zdała.



Ruszyłem do Polski bez wody. Robiąc po drodze masę zdjęć, wszedłem na Rysy, najpierw na słowacką część, a później na polską. Krótki odpoczynek, coby nie nadwerężać organizmu, który i tak cierpiał z braku płynów i ruszam w dół. Schodziłem ładnych kilka godzin, co raz robiąc zdjęcia powiększających się zbiorników wodnych i zmniejszającego się szczytu. Gdzie by nie spojrzeć wszędzie mali ludzie, tylko ci najbliżej mnie jako tako w normalnych proporcjach – reszta mrówki. Boskość gór.



Po dojściu poniżej kanapki znalazłem małe źródełko. Ze względu na fakt, że osad ludzkich powyżej nie było, nabrałem bez większych obaw wody, drugie tyle prawie od razu wypiłem. Podczas schodzenia, już niedaleko schroniska, pomogłem opatrzyć otarcie jakiejś dziewczynie. Zawsze przygotowany miałem przy sobie apteczkę i środki antyseptyczne.

Schronisko okazało się tak niemiłosiernie drogie, że postanowiłem pójść do Roztoki. Idąc górską szosą, czasami skracając sobie drogę przez kamienne ścieżyny, dotarłem w okolice mostu niedaleko wejścia na szlak do schroniska. Tak zakrzaczonego szlaku jeszcze nie widziałem. Schronisko jest położone w bardzo urokliwym miejscu, praktycznie pośrodku lasu. Budynek po remoncie, podgrzewane podłogi w łazienkach, kuchnia do dyspozycji gości, tania podłoga, no i suszarnia – w końcu mogłem zrobić pranie. Piwo, które miałem przy sobie przez całą podróż wypiłem dopiero na ławce przed schroniskiem, podziwiając przy okazji leśną scenerię i gadając z, jak później zrozumiałem, ratownikiem TOPR-u. Po walnięciu się na podłogę w jednej chwili usnąłem. Obudziłem się o szóstej rano.

Po pobudce i szybkim zebraniu dupska w troki ruszyłem w stronę Palenicy z planem, aby dalej udać się stopem do Zakopanego. Była sobota i niestety prognozy pogody się sprawdziły, około godziny po opuszczeniu schroniska zaczęło padać. Kolejny autostopowy fart trafił się w Palenicy. Stoję przy drodze i zaczynam zakładać kurtkę, kiedy jakiś ewidentnie góral zaczyna mnie wołać: „panie, gdzie pan chcesz jechać, jak do Zakopanego, to wsiadaj pan”. Był to zakopiański taksiarz, który ewidentnie chciał mi pomóc. Próba wytłumaczenia mu, że nie mam czym zapłacić i że nawet w mieście nie będę miał spełzła na tekście: „wsiadaj pan, nie pierdol”.

Tak oto, gadając z góralem, całkowicie za darmo dostałem się do Zakopanego. Taksiarz był niesamowicie miły i najzwyczajniej w świecie spytał, gdzie ma mnie podrzucić. Nie chcąc dyskutować z lokalsem powiedziałem, że będę pierwszy raz w tym mieście i że nigdy nie widziałem Krupówek. Góral zostawił mnie przy wejściu na tę część miasta i pojechał na grzyby. No jak fart, to fart. Po przejściu tej słynnej części miasta skierowałem się w stronę wylotówki na Kraków. Zostałem podrzucony na stację paliw za Zakopanem, gdzie złapałem kolejną podwózkę, prosto do Kraka. Po drodze gadając z kobietą, jak się okazało Polką mieszkającą w Berlinie, zostałem zaproszony na obiad i kawę, przy okazji dostałem od niej dwie dychy i paczkę fajek – jak fart, to fart.

Niestety szczęście nie trwało długo, kobieta ta, dojeżdżając do Krakowa, minęła ostatni przystanek autobusowy, na którym mogłem wysiąść i bezpiecznie łapać stopa – wylądowałem na autostradzie. Chcąc ustalić drogę powrotną do miasta nie zdążyłem dać kilku kroków, kiedy zostałem zatrzymany przez policję za szlajanie się po autostradzie. Próby wytłumaczenia nic nie dały, zostałem poproszony o dokumenty i zapytany, czy mam przy sobie jakieś niebezpieczne narzędzie. Oczywiście nóż turystyczny, który zawsze mam w tylnej kieszeni, musiałem tymczasowo oddać. Tekst jaki usłyszałem od policjanta rozbawił mnie prawie do łez: „dobrze, że nie jest pan z Krakowa, bo już za ten nóż bym pana skuł”. Najdroższa taksówka życia podrzuciła mnie do tego samego przystanku, który miła Polka z Berlina minęła. Po odebraniu swoich rzeczy poszedłem łapać stopa.

Zmierzch zbliżał się nieubłaganie, a mój limit szczęścia ewidentnie na dziś się skończył. Postanowiłem pójść na drugi koniec miasta na styk obwodnicy z A4, na ulicę Wielicką.

Przejście przez całe miasto zajęło mi bite pięć godzin. Buty, które świetnie sprawdzały się w górach, w mieście dały się tak we znaki, że ledwo mogłem chodzić. Dotarłem do miejsca, do którego miałem dotrzeć, w okolicy był mały park, stacja benzynowa, wylotówka na obwodnicę i autostradę. Siedząc na przystanku autobusowym, zeżarłem kupione jeszcze na Słowacji bułki i najohydniejszą konserwę, jaką miałem nieprzyjemność spożyć.

Po północy jakiś łysy i podpity zaczął łazić po okolicy, drąc ryja „Wisła **uje”. Wiedziałem, że do mnie podejdzie i o co chodzi z Krakowem. Po krótkiej rozmowie, w której stwierdził, że i tak oberwę zadał pytanie, na które znałem poprawną odpowiedź. Popatrzył się i poszedł, a ja przeniosłem się przed wejście na stację benzynową, gdzie resztę nocy spędziłem śpiąc z dupą na plecaku.

Rano wróciłem na przystanek i około jedenastej trzydzieści uśmiechnęło się do mnie szczęście, największy autostopowy fart, jaki do tej pory miałem. Zatrzymałem małżeństwo z Lublina. Jednym autem, w ciągu niespełna czterech i pół godziny dotarłem z Krakowa do Lublina. Jechaliśmy dokładnie tą trasą, którą chciałem wracać. W Lublinie udałem się na wylotówkę w stronę swojego miasta i już wieczorem byłem w domu.

Wyprawę uważam za jak najbardziej udaną.

PS Tekst jest z 2016 roku.

Źródła: 1, 2
31

Oglądany: 19258x | Komentarzy: 69 | Okejek: 72 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało