Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Zrozumieć filozofa, czyli tęgie łby nieco przystępniej: Locke

12 396  
58   13  
Czym jest wiedza? Tym, co wiemy? A może - nieco trawestując myśl Sokratesa - tym, czego mamy świadomość, że nie wiemy? Bo przecież nasza wiedza, jakkolwiek rozległa by ona była, to i tak zawsze będzie uboższa od tego, czego jeszcze nie znamy i nigdy nie poznamy. Zatem może mądrzej jest wiedzieć to, czego się nie wie, niż chlubić się posiadaną wiedzą? Piękna myślowa tułaczka, prawda?


No dobra, ale w jaki sposób zdobywamy wiedzę? Uczą nas inni, to jasne, ale czy rozum ufa takim naukom? Czy nie zdarzyło się Wam zlekceważyć ostrzeżenia matki: Zostaw tę świeczkę w spokoju, poparzysz się!, a gdy nikt nie widział, to smażyło się palucha przy ogniu… Lub uwaga ojca: Trzymaj gwoździa uważnie, bo inaczej wyrżniesz młotkiem w łapę!, którą oczywiście puściliśmy mimo uszu, bo przecież widzimy, gdzie uderzamy… Dopiero po takich przygodach, mniej lub bardziej bolesnych, WIEMY. Z czasem na tyle rozwijamy swój umysł, iż wolimy wierzyć ostrzeżeniom, niż po raz kolejny przekonywać się na własnej skórze o ich prawidłowości.

Choć oczywiście znajdą się „wybitne jednostki”, czasem przechodzące w masy, które mimo to chcą doświadczać wszystkiego na własnej skórze, nie mając zaufania do nikogo i niczego. Stąd bierze się wielu płaskoziemców, bo płaskość Ziemi widzą, a jej okrągłości nie; na Covid-19 nie umiera się, bo sami przeszli chorobę lekko; wojny światowe to bzdura (serio są ludzie wierzący w takie coś!), bo nie znają nikogo, kto by w nich brał udział, a sami też ich nie widzieli...

Przejdźmy jednak do pana Johna Locke’a*, bo temat teorii spiskowych jakoś wybitnie podrażnia mi zmysły.

Zatem, kiedy już wskoczyłem pod parasol trzymany przez Locke’a, nie mogłem nie zapytać skąd się wziął w tych Niderlandach i dlaczego łazi w taką paskudną pogodę po mieście. No i rzecz jasna: dlaczego pomaga obcym schronić się przed niepogodą.

Locke: Mój panie, życie nauczyło mnie, że niespodziewana pomoc, zaoferowanie osłony przed złem obcej osobie, to najszczęśliwsza rzecz na tym świecie; tak dla dającego, jak i otrzymującego. Samemu otrzymałem schronienie w tym pięknym Królestwie Niderlandów, kiedy musiałem uciekać z macierzy [Zgodne z faktami. Musiał uciekać, gdy jego patron został po raz kolejny skazany za spisek - przyp. aut.]. Dlaczego miałbym teraz nie pomóc napotkanej osobie?

Ja: Bo najczęściej jesteśmy skorzy do odwzajemniania pomocy tym, którzy nam pomogli, rzadziej zupełnie obcej osobie - zauważyłem trzeźwo. - A kapryśna pogoda nie odstrasza od przechadzek?

L: Cóż poradzić… Dziś płynę do Anglii, wracam do siebie po kilku latach dobrowolnego wygnania, a teraz właśnie jestem w trakcie ostatniego, pożegnalnego spaceru po tym kraju. - Zatrzymał się i zamilkł na chwilę, patrząc na mnie z zawadiackim uśmieszkiem, a zaraz potem zapytał: - A nie chciałby pan towarzyszyć mi w rejsie? Anglia z pewnością spodoba się panu, a i towarzystwo w podróży będziemy mieć wyborne, wszak przyjdzie obcować nam z królową Marią. [Chodzi o Marię II Stuart. Cała wypowiedź zgodna z faktami, razem płynęli do Anglii. Samo umiejscowienie spaceru nie jest prawdziwe, bowiem z kontekstu moich artykułów wynika, że panowie spacerują w okolicach Hagi, kiedy tak naprawdę Locke przebywał głównie w Lejdzie i Rotterdamie - przyp. aut.]

J: Jakże mam odmówić? - Rozłożyłem ręce w geście kapitulacji.

Tak się akurat złożyło, że w międzyczasie dodreptaliśmy do portu w Rotterdamie, a tuż przed nami wyrósł niewielki wprawdzie, ale dość dumnie prezentujący się żaglowiec. Kilka chwil po ruszeniu z portu byłem bliski omdlenia...

L: Wygląda pan bardzo niegustownie, tak bezceremonialnie wymiotując… - filozof nie krył rozbawienia.

J: Zapomniałem o chorobie morskiej, na którą cierpię od urodzenia.

L: Ach, takie choroby to często brak przyzwyczajenia do danych warunków. Gdyby urodził się pan na statku to, być może, wymiotowałby pan chodząc po stabilnej ziemi.

J: Może… - znów puściłem kolorową fontannę z ust, po czym zagaiłem: - Uważa pan, że tak jest ze wszystkim? W sensie: czy moje przekonania moralne lub religijne są dane mi od początku mojego życia, czy może nabyte jak (teoretycznie) moja choroba?

L: Z tą chorobą to tylko tak sobie palnąłem - machnął dłonią. - Natomiast jeśli chodzi o naszą wiedzę, to przychodząc na świat jesteśmy jak niezapisana tablica (tabula rasa). Dopiero poprzez doświadczenie tę tablicę zapisujemy. A co na niej się znajdzie, to już zależy od tego, czego w życiu doświadczymy i jakie wnioski z tego wyciągniemy.

J: Czyli nie jest tak, że rodzimy się i już mamy wgrane pojęcie o Bogu, o dobru i złu, o innych ideach złożonych?

L: Nie ma nic w umyśle, czego nie było przedtem w zmyśle. Zatem noworodek, dziki czy umysłowo chory - w skrajnych przypadkach, oczywiście - byłby niezwykle zagubioną istotą, gdyby go tak puścić samopas w świat bez żadnego przygotowania.

J: W takim razie Kartezjusz mylił się, gdy mówił, że każdy człowiek, obojętnie jaki, ma wrodzoną ideę Boga?

L: Nie, nie. Kartezjusz wnosił, iż każdy człowiek ma do tego skłonności, natomiast nie ma gotowych idei, dlatego w tak wieloraki sposób ludzie pojmują ideę Boga, w czym i ja się zgadzam.**

J: OK, ale jeśli niemowlę nie posiada żadnego zalążka wiedzy czy idei, to w jaki sposób jest w stanie wykształcić sobie o nich mniemanie w późniejszym czasie?

L: Wiedzy nie ma, to racja, ale ma władze umysłowe. To dzięki zmysłom dociera do człowieka pierwsza wiedza. Oczywiście wszelaka: i prawdziwa, i fałszywa, dlatego tak ważna jest mnogość doświadczeń od najmłodszych lat, by wykształcił się zdrowy rozum.

J: Jestem w stanie wyobrazić sobie, że to działa z rzeczami zewnętrznymi - docierającymi do nas; a co dalej z tą wiedzą, którą już otrzymaliśmy?

L: Po otrzymaniu wiedzy z zewnątrz, następnym krokiem jest doświadczenie jej poprzez refleksję, sprawdzamy się przez zmysł wewnętrzny. [To była ta nowość u Locke'a: do tej pory zajmowano się niemal wyłącznie faktami obiektywnymi (np. to drzewo ma barwę), on zajął się faktami subiektywnymi (np. widzę barwę) - przyp. aut.]

J: Czyli introspekcję, krótko mówiąc.

L: Tak. I ta introspekcja właśnie, wraz z myśleniem i zmysłowym postrzeganiem, to podstawa naszego dochodzenia do wiedzy. Zresztą bezpośrednio znamy jedynie idee, a nie rzeczy; one zatem, a nie rzeczy, są jedynym punktem wyjścia wiedzy.

J: Zaraz, zaraz… Niech pan lepiej wytłumaczy, co ma pan na myśli mówiąc „idee”, bo widzę, że rozumuje je pan nieco inaczej niż jestem przyzwyczajony.

L: Wszystko co znajdujemy w naszym umyśle to są idee. Dajmy na to: ta mewa stojąca na rufie - w mojej głowie jest tylko jej idea, przeniesiona przez zmysły. Tak naprawdę ta moja idea może być zupełnie różna od przedmiotu faktycznego. Mało tego - bardzo prawdopodobne, niemal pewne - że pan wytworzył sobie ideę tej mewy zupełnie różną od mojej! Wystarczy, że stoi pan pod innym kątem, do tego któryś z nas może inaczej postrzegać kolory, zwracamy uwagę na różne szczegóły. Ponadto przed chwilą pan dosyć obficie i energicznie rzygał przechylając się przez burtę, co też ma wpływ na ukrwienie pewnych narządów, które to decydują o postrzeganiu rzeczywistości w detalach.

J: Ale to dalej ptak, tego samego gatunku.

L: Obiektywnie tak, subiektywnie nasze wyniki mogą być dalekie od spójności. Rzeczy posiadają jedynie własności pierwotne (obiektywne): wielkość, kształt, liczbę, ruch - i to spostrzeżemy w bardzo podobny sposób; jednakże jeśli chodzi o własności wtórne(subiektywne), czyli barwa, dźwięk czy smak, to już indywidualna sprawa każdego z nas.

J: Jeśli tak prosto możemy mylić się w postrzeganiu przedmiotów, to aż strach pomyśleć, jak złudne mogą być nasze wyobrażenia o kwestiach teoretycznych. Teraz nieco lepiej rozumiem konflikty światopoglądowe… - znów zebrało mi się na wymioty, czego sobie nie żałowałem.

L: To prawda. Ale też trudno zatrzymać się tylko na zgodnych postrzeżeniach. Musielibyśmy poprzestać na tym, że ta mewa ma barwę, nie dochodząc jaką konkretnie. Tak samo musielibyśmy zrobić z teoretycznymi zasadami, np. moglibyśmy powiedzieć, że dobro i zło istnieje, ale nie moglibyśmy powiedzieć, czym to zło lub dobro jest, co jest niepomiernie głupie.

J: Teraz już pojmuję, dlaczego był pan takim piewcą liberalizmu. [Oczywiście należy pamiętać, że jeśli przyrówna się 1:1 liberalizm Locke'a z liberalizmem dzisiejszym, to tylko mała część będzie spójna - przyp. aut.]

L: Bo to, że ja mam jakieś przekonania i nie mam co do nich najmniejszych wątpliwości, nie znaczy, iż ktoś inny nie może również mieć racji, wyznając zupełnie inne zasady. Wszystko zależy od sposobu ujęcia danego zagadnienia. Ja, Anglik, mam na karku prawie 60 lat, jestem z zawodu lekarzem, przez wiele lat zajmowałem się polityką, jestem kawalerem, żyłem ileś tam lat na emigracji, skończyłem studia na danej uczelni, zajmowałem się również wychowaniem dzieci - to wszystko i jeszcze miliony innych rzeczy - nie wspominając o wychowaniu! - wpływa na to, jaki mam światopogląd. I nie da się, aby ktoś, kto miał zupełnie inne życie, wyznawał te same zasady. Mało tego, nawet gdyby znalazł się ktoś, kto przeszedłby tę samą ścieżkę życia co ja, to i tak nie jest pewne, że bylibyśmy światopoglądowo tacy sami, bo to przecież inny człowiek! Jego zmysły i refleksja działają inaczej od moich! I należy to zrozumieć i zaakceptować, tę naszą odmienność, bo jest naturalna. [Mała wyrwa w tej wspaniałości: Locke odmawiał tolerancji wobec ateistów i… katolików - przyp. aut.]

J: Oczami wyobraźni widzę, jak antagoniści rzucają się sobie w ramiona - zakpiłem, ocierając uślinioną brodę; mimo wszystko szczęśliwy, bo brzeg był już tuż-tuż…

L: Nie jestem idealistą, wiadomo, że takiej utopii nie osiągniemy, ale dążyć trzeba. Tolerancja jako wyrozumiałość to obowiązek ludzi rozumnych... - W tym momencie zamilkł, bowiem brzeg był już na tyle blisko, że mój interlokutor mógł z najdrobniejszymi szczegółami podziwiać dawno niewidziany kraj ojczysty.

Tymczasem mój żołądek nie miał już czego wypluwać, więc podróż zakończyła się dosyć znośnie. Gdy znaleźliśmy się już w porcie, pożegnałem się z moim parasolowym wybawcą i ruszyłem ku Londynowi, by zajrzeć tu i ówdzie w poszukiwaniu szczęścia.

I tak łaziłem w kółko, zapychając przy okazji pusty brzuch czym się dało, aż do momentu, kiedy na niewielkim placyku zrobił się nie lada harmider. Ruszyłem zaciekawiony ku zgromadzeniu. Pośrodku placyku, otoczeni przez rzadki tłum, stali trzej mężczyźni. Stali i drżeli cali, wznosząc modły do Boga. Tuż obok mnie stał jakiś jegomość, więc zapytałem co tu się dzieje, na co ów odpowiedział, że to kwakrzy*** łączą się z Bogiem. I nie uwierzycie, ale facetem, który mi odpowiedział był sam Wolter! Naturalnie wybraliśmy się na wspólną przechadzkę...

*John Locke (1632-1704) - angielski polityk, filozof, pedagog, z zawodu lekarz. Twórca podstaw nowoczesnego liberalizmu i empiryzmu, który został ujęty w nowy, oryginalny sposób. Filozofią zajął się dopiero na przymusowej emigracji w Niderlandach, a od tego momentu tworzył aż do śmierci.

**Oczywiście uogólniając, tak u Kartezjusza, jak i tu. Teorię poznania w ogóle trudno jest streszczać, bo w jej przypadku utrąca się szczegóły, które często stanowią sedno, dlatego najczęściej wspominam o niej tylko zdawkowo, by nadmiernie nie mącić. Jednak Locke w swoich pracach filozoficznych skupia się niemal wyłącznie na poznaniu, lecz pominąć go nie mogłem i to nie tylko ze względu na wygodę podróży z nim, ale i dlatego, że echo jego prac dociera aż do naszych czasów, a po drodze wpływając na innych, ważnych filozofów. Czasem będę jednak zaznaczał różnice lub podobieństwa danych myślicieli.

***Kwakrzy - nazwa pochodzi od angielskiego quakers, czyli drżący, bo podczas łączenia się z Bogiem drżeli w uniesieniu. W dawnych wiekach postrzegani jako sekta religijna, dziś pełnoprawna wspólnota (oficjalna nazwa - Religijne Towarzystwo Przyjaciół). W 1947 roku dostali nawet Pokojową Nagrodę Nobla. Natomiast pojawiają się tutaj, bowiem Wolter o nich rozprawia w Listach filozoficznych przez pierwsze kilka rozdziałów.

Źródła:

  1. Rozważania dotyczące rozumu ludzkiego - John Locke, Wyd. Hachette.
  2. List o tolerancji - John Locke, Wyd. Naukowe PWN.
  3. Historia filozofii, Tom II - Władysław Tatarkiewicz.
PS Teraz kilka słów o jego dwóch dziełach: Polecam, ale z rezerwą, zwłaszcza nr 1. Bo jeśli kogoś nie interesuje epistemologia, to zwyczajnie będzie się nudzić, choć sama w sobie pozycja nie jest aż tak trudna. Natomiast jeśli chodzi o nr 2, to polecam, choć z wiadomym zastrzeżeniem odnośnie czasów i okoliczności powstania.

W poprzednim odcinku: de Spinoza

8

Oglądany: 12396x | Komentarzy: 13 | Okejek: 58 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

25.10

24.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało