Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Młody Ratownik Medyczny w karetce XIII

42 617  
466   49  
Chyba za każdym razem będę rozpoczynał pisanie artykułu słowami "dawno mnie nie było" - to już pół roku od ostatniego artykułu. 31 - tyle miesięcy pracuję już w systemie państwowego ratownictwa medycznego. Boże, kiedy to minęło, człowiek mówił "12 miesięcy i się zawijam"... A został, bo mu się podoba.


Tak więc witam wszystkich starych widzów i wszystkich nowych! Przez ten czas wiele się zmieniło. Pandemia dalej szaleje, jesteśmy w trakcie kolejnej fali, która daje nam się we znaki jak nigdy wcześniej. Taka praca. Zabiorę Was jednak w historie dalekie od wezwania "duszność, covid dodatni". Może kiedyś opiszę takie wezwania. Dziś sroga dawka ratownictwa! A CO! Samo gęste z okresu pół roku! Odpalajcie więc piwko i zapraszam do mojego biura.

Zatrzymanie krążenia w silosie zbożowym

Pewnego pięknego dnia pełniłem dyżur ze swoją dziewczyną na jednej karetce w jednym zespole (tak, też jest ratownikiem medycznym). Dostaliśmy wezwanie w K1 na sygnale (ogniem piekielnym) o treści "zasłabnięcie". Odległość do wioski, w której wydarzyła się tragedia, to około 12 minut. Odpalając silnik karetki dostajemy ponaglenie: "Nagłe zatrzymanie krążenia". Adrenalina uderza, ruszamy z piskiem opon z garażu. Przez radio dostajemy informację o tym, że dysponują nam również straż i HEMS, wszystko dzieje się w gospodarstwie rolnym i mamy na siebie uważać. Jedziemy, w wiosce co około 200 m stoi ktoś i nawiguje nas do miejsca zdarzenia (ŚWIETNIE, często na wiosce jest problem znaleźć adres). Tak samo już w samym dużym gospodarstwie stoi ktoś co zakręt i pokazuje, gdzie jechać (dyspozytor wykonał świetną robotę). Przejeżdżamy przez stodołę i widzimy koniec gospodarstwa. Pytam ostatniego "machacza", gdzie jest pacjent.
- W silosie!
- JAK, KUR**, w silosie?

Nie kłamał, stajemy karetką, a przed nami stoi silos zbożowy wysokość około 8 m.
Szczerze? Zamurowało mnie. Co zrobić? W ITLS (książka dla ratowników o wypadkach etc.) pierwszy dział mówi o bezpieczeństwie i jak byk jest napisane: "w silosach zbożowych można przebywać tylko z aparatem oddechowym".
No ale co mamy zrobić, tam człowiek prawdopodobnie umiera, straż będzie za jakieś 8 minut. HEMS za 15. Przez ten czas człowiek umrze. Więc ponownie wystawiam swoje bezpieczeństwo na dużą próbę, robię to w 100% pełny swoich wątpliwości, że gdy coś się stanie, to jestem sam sobie winny.
Żartem rzucam do dziewczyny:
- To co wchodzisz?

Biorę defibrylator na klatkę piersiową i wchodzę po żelaznej drabinie 8 m do góry. Nie mam lęku wysokości, ale z wiekiem przyszedł mi szacunek do wysokości.
Wgramoliłem się na samą górę i zamarłem. Patrzę w silos, a tam 4 osoby, wśród nich nasz pacjent leżący na ziemi i obok 3 mężczyzn, którzy ratują mu życie.

Pierwsze, co robię jeszcze z góry, to wybijam na silosie dobry rytm uciśnięć klatki piersiowej (100/120/min 5/6 cm na środku klatki piersiowej - tylko przypominam).
Informuję człowieka, który uciska, że robi to świetnie i żeby kontynuował póki nie zejdę. No dobra, ale jak?
Zamarłem. Pierwsza myśl: rzucam defikiem w dół i schodzę bez niego, no ale oceniam, że tam jest 7 m w dół. Raczej nie wytrzyma.
Powiem szczerze: stanąłem i nie wiem, co mam zrobić, jak przerzucić nogę do środka, kiedy czuję przed tym strach.
Nagle jeden z chłopaków z dołu krzyczy:
- To ja wezmę tę elektronikę, a pan zejdzie do nas.

Świetny pomysł, chłopak wchodzi na górę, wieszam mu defika na plecach i sam wchodzę do środka. Jestem na dole, moje buty zatapiają się w paszy ponad kostkę i dalej jest już
"twardo". Potwierdzam nagłe zatrzymanie krążenia, proszę chłopaków, aby dalej uciskali. Chłopaki nawet wykonują oddechy ratownicze i - o dziwo - robią to dobrze! (ciężko jest nauczyć nie-medyka, aby wykonywał je dobrze).

Sam podklejam elektrody i działam dalej według schematu dla zatrzymania krążenia. Nie jest dobrze, na defiku płaska linia (asystolia). Pytam, co się działo. Jak twierdzą, zeszli do środka, zaczęli pracować z resztkami paszy, aby napełnić zaraz do pełna (na zewnątrz czekała ciężarówka z nową paszą). Nagle źle się poczuł, stwierdził, że boli go w klatce i upadł. Od razu rozpoczęli RKO i wezwali nas.
Czyli zakładam około 15 minut od zatrzymania krążenia, prawdopodobnie na wskutek zawału.
Pytam jeszcze chłopaków, czy jesteśmy bezpieczni w tym miejscu i jak się czują. Odpowiadają zgodnie, że od lat tak robią, kiedy jest mało paszy i nic im nie jest. Teraz też nie czują niepokojących objawów.
Po około 5 minutach słyszę sygnały straży.
Nagle słyszę z góry:
- No siema, coś ci pomóc? - widzę głowę strażaka.
- Tak, weź podaj mi plecak i torbę ratowniczą od nas z karetki.

Chłopaki szybko zrzucają linę, a na niej torba, plecak i leki przygotowane przez drugiego ratownika. Potem znów butla z tlenem. Chłopaki skaczą po tej drabinie jak małpy. Nigdy nie widziałem, aby ktoś tak szybko wchodził i schodził po drabinie.
Następnie ściągamy do środka deskę, aby ułożyć na niej pacjenta. Mimo że pasza dobrze się ugniotła i pod pacjentem było twardo, to jednak chcemy mieć pewność w 100%, że uciśnięcia klatki piersiowej nie rozchodzą się w podłoże.

W tym momencie na dole dajemy już odpocząć świadkom zdarzenia, informując, że wykonali świetną robotę! Działamy na dole ja i 5 strażaków. W sumie bardziej nawiguję i przygotowuję leki, bo pod moją kontrolą strażacy uciskają klatkę, założyli rurkę krtaniową i prowadzą tlenoterapię czynną za pomocą worka samorozprężalnego.

Działamy jak zespół kierując się dobrem pacjenta. Chłopaki czegoś nie wiedza, to pytają, ja im tłumaczę. Mijają następne minuty. Słyszymy, że nad naszymi głowami zaczyna latać helikopter.
Po chwili siada i kontaktuje się ze mną lekarz z HEMS-u. Informuję, co i jak. Jakoś wleźć do nas muszą - tak czy siak pacjenta będzie trzeba wyciągnąć. Strażacy swoje rozwiązanie kierują w cięcie blachy silosu na naszej wysokości. W środku jest właściciel silosu, który od razu potwierdza, że to najlepsze wyjście i żeby robili to szybko, bo to jego przyjaciel. Nie jest mu szkoda silosu, życie jest najważniejsze. Jak twierdzi - poradzi sobie.
Chłopaki ze straży zaczynają ciąć blachę, a my w środku działamy dalej, chociaż szanse są bardzo małe. Po krótkim czasie blacha odpada, do środka dostaje się więcej światła, a w środku pojawia się zespół HEMS. Po około 15 minutach reanimacji lekarz odstępuje od czynności, stwierdzając zgon.
Niestety, nie udało się.

Zaczynam dziękować świadkom zdarzenia za świetną reakcje i świetnej jakości pierwszą pomoc. Tłumaczę im, że nie wszystkich daje się uratować, nawet gdy RKO zostanie podjęte szybko. Rozumieją, dziękują za dobre słowa. Dziękują za nasze poświęcenie. Jak zawsze odpowiadam, że to tylko moja praca, a to dzięki ich reakcji mieliśmy szansę, aby spróbować uratować życie tego pana.
Gdy w końcu emocje opadły, spojrzałem w plecaki, w swoje buty, w swoje kieszenie. Wszędzie pasza. Sprzątanie po tym wyjeździe zajęło nam prawie trzy godziny. Pasza była dosłownie wszędzie. Mimo prania swoich spodni, po około miesiącu znalazłem ziarenka paszy w kieszeniach.
Poniżej kilka zdjęć z akcji







"Ale ja płace podatki!"

Pewniej sobotniej nocki dostajemy wezwanie: "uraz/obrażenia".
W opisie wezwania: "Uraz ręki po bójce, pod wpływem alkoholu, wzywająca roszczeniowa".
Jedziemy na miejsce, na miejscu już jest patrol policji, który rozmawia z poszkodowanym i jego żoną, oboje pijani.
Patrzymy, co się dzieje. Pan najprawdopodobniej ma złamanego palca, ale rusza dłonią, zgina palce, więc nie jest to stan nagłego zagrożenia życia lub zdrowia.
Pytam pana, jak się czuje (w 99% z osobą po bójce, która jest pod wpływem alkoholu, rozmowa przebiega tam samo):
- Proszę pana, jak się pan czuje? - pytam.
- Wszystko dobrze, gdybym nie był pijany, to bym go zabił.
- Zapewne tak by było, ale niech pan mi powie, jak z tym palcem.
- Trochę boli, ale nic się nie stało.

Więc rozmawiam z żoną, informując:
- Proszę pani, tutaj nie dzieje się nic strasznego, jak policja skończy swoje czynności, to proszę udać się na SOR.
- Ale jak mam to zrobić? Jesteśmy oboje pijani.
- Proszę pani, proszę wezwać albo kogoś znajomego, albo wezwać taksówkę.
- ALE JAK TO! Przecież my płacimy podatki i chyba nam się coś należy!

Tutaj podaję swój ulubiony argument, który na podatnika/suwerena działa tak, że nawet gdyby miał 4 asy w ręce, to my i tak wygramy:
- Proszę pani, na więziennictwo też pani płaci podatki, a nie znajduje się tam pani. W tym momencie stwierdzam brak stanu zagrożenia życia, proszę udać się własnym środkiem transportu.
- ALE TO NIE DO POMYŚLENIA JEST! W NIEMCZECH, GDZIE MIESZKAM, BY NAS ZABRALI!
- Jeśli nie jest pani zadowolona z naszej pracy, może pani napisać na nas skargę, a jeśli nie jest pani zadowolona z ochrony zdrowia, proszę napisać do ministerstwa albo przeprowadzić się do Niemiec.

Żegnamy się z chłopakami i wracamy na bazę.

Wielu z Was może spytać, czemu nie było mandatu. Mandatu nie wystawiamy za chamstwo, a za nieuzasadnione wezwania (tzn. nie my wystawiamy, tylko policja). Tutaj był uraz widoczny, ale nie zagrażał on życiu lub zdrowiu pacjenta.

"Duszność, puchnie twarz, nie może mówić, 19 lat"

Wezwanie dość dramatyczne. K1 na sygnale. Po objawach z wezwania podejrzewamy z kolegą reakcję anafilaktyczną lub wstrząs (czyli jak ktoś ma np. uczulenie na jad pszczółki, a ona go żądli) .
Dojeżdżamy na miejsce pod blokiem. Stoi ojciec pacjenta - trzyma drzwi, ale jest jakiś spokojny.
- Panie, co się stało? - pytamy.
- A, wziął coś zjadł i nagle mu się duszno zrobiło.

Może to potwierdzać reakcję na jakiś alergen. Wbiegamy na górę, gdzie siedzi młody mężczyzna na środku salonu i kaszle (jak kaszle, to jeszcze jest dobrze).
- Co się dzieje? - pytam.
- A, wziąłem taty ziółka i mi się chyba przykleiły do gardła.

Lekkie WTF - jak przykleiły?
Kolega zapala latarkę i patrzy w jamę ustną pacjenta, a tam glut :D
Pacjent wziął ostropest mielony ojca na łyżeczkę i chciał go połknąć, ale zapomniał, aby go rozcieńczyć i ten cały pył mu się przykleił do "języczka" w gardle (tego, co wam zwisa z góry, tak żebyście zrozumieli). I cały czas go to drażniło. Utworzył mu się tam glut, jak z mąki.
Sprawdziłem dla pewności, czy nie jest uczulony i czy w ostropeście nie znajdują się jakieś alergeny.

Zaleciliśmy picie dużej ilości wody lub próby zdjęcia tego za pomocą jakiegoś przedmiotu.

Ghostbusters

No dobra, miałem nie pisać o wyjazdach do Covida, ale przypomniała mi się śmieszna historia.
Wezwanie około 3 w nocy. Wyświetla nam się informacja: "UWAGA, KWARANTANNA", a w wezwaniu: "ból w klatce piersiowej, arytmia, czeka na wynik wymazu".
Więc decyzja jest prosta, ubieramy się w kombinezony. Podjeżdżamy pod adres. W domu świecą się światła. Przez okno widzę kobietę, która odsłania żaluzje. Po chwili szybko je zasłania i gasi światło. No, dziwne, ale szykujemy się do wyjścia. Nagle na radiu krzyczy do nas dyspozytor:
- Szebernaście dla centrum, zgłoś się.
- No, szebernaście z tej strony, co tam?
- Słuchajcie, jesteście tam pod adresem, ale pani odmawia wizyty ZRM. Zobaczyła was w strojach covidian i nie chce pomocy, twierdzi, że uda się do lekarza sama.
- No dobra, to wracamy.

I tak to się kręci w tym naszym systemie.

Uraz kręgosłupa, potrącony?

Wezwanie, które miało miejsce w dniu 2. tury ostatnich wyborów. Dostajemy wezwanie:
"Leży przy drodze w rowie, zgłasza bóle kręgosłupa, potrącony?".

Jedziemy na miejsce w K1, na miejscu widzimy świadka zdarzenia i naszego pacjenta. Świadka wypytujemy, co wie. Nie wie za wiele, tylko znalazł przy drodze pana, z którym ciężko się dogadać. Dziękujemy za jego pomoc i podchodzimy do naszego pacjenta.
Na oko około lat 60.
- Witam serdecznie, młody ratownik, zespół ratownictwa medycznego z tej strony, co się stało?
- A leżę i boli mnie kręgosłup.
- A co się stało, że boli pana kręgosłup?
- Bo mnie potrącono.
- A kiedy pana potrącono? Od kiedy boli ten kręgosłup.
- Panie, w 1970 wpadłem pod pociąg i od tamtej pory mnie boli kręgosłup :)

Wyczuwalna woń alkoholu wiele nam wyjaśnia. Gdy wesoło sobie rozmawiamy z pacjentem, podchodzi do nas dwóch mężczyzn z najbliższego domu. Krzyczą do pacjenta:
- Wiesiek! Mówiłeś, że dojdziesz do domu sam!

Jak się okazuje, trójka mężczyzn piła alkohol - jak to mówią - "za dobry wynik w wyborach" i pan Wiesiek miał już iść do domu położonego około 100 m dalej. Niestety, droga okazała się być zbyt ciężka, więc położył się w rowie, aby odpocząć. Koledzy Wieśka postanowili odprowadzić go chwiejnym krokiem do domu.
Tak więc pamiętajcie: spytajcie dokładnie, co się stało i kiedy się stało :D

* * * * *

To by było na tyle. Jest nadzieja, że następny artykuł będzie szybciej.
O czym chcielibyście poczytać? O takich "spektakularnych" wizytach, jak pierwsza opisana tutaj? O codzienności jeżdżenia do covida? Czy może o wezwaniach takich z przymrużeniem oka? Dajcie znać.
Tymczasem zapraszam Was na swój profil na Instagramie Młody Ratownik IG Tam jest mnie więcej, niż tutaj.
Trzymajcie się, bojownicy! Wesołych świąt!

W poprzednim odcinku

4

Oglądany: 42617x | Komentarzy: 49 | Okejek: 466 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

27.10

26.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało