Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Rasizm po polsku, czyli "blackface" na Polsacie

40 072  
264   83  
Patrzcie, jaki żartowniś! Pomalował sobie swoją białą, opresyjną mordę pastą do butów i udaje Murzyna, rapując i opychając się arbuzami! Ostatni raz tak bawiłem się na nocy kabaretowej, kiedy mężczyzna upchnąwszy sobie zwinięte kulki papieru pod sweter, babę parodiował!
Zjawisko „blackface” to liczący sobie setki lat „artystyczny” zwyczaj mający na celu upokorzyć osoby czarnoskóre – co do tego nie ma żadnej wątpliwości. Pytanie tylko, czy przeszczepienie tego zwyczaju na polski grunt również może mieć taki charakter?

Nierasistowskie korzenie rasistowskiego trendu

Zwyczaj przyczerniania sobie skóry przez bladolicych aktorów sięga XVII wieku. Jednym z najstarszych dowodów takich procedur są dokumenty dotyczące sztuk teatralnych wystawianych w okresie angielskiego renesansu. Wówczas to murzyńskie postaci, z oczywistych względów, musiały być grane przez białoskórych artystów. Najbardziej znanym „czarnym” bohaterem, którego można było podziwiać na deskach teatru, był Otello – waleczny Maur z tragedii autorstwa Szekspira. Trzeba jednak pamiętać, że aktorzy upodabniający się do Afrykańczyków nie mieli zamiaru wyśmiewać ich, a parodystyczny charakter malowania się na czarno zakwitł dobrych 200 lat później na zupełnie innym kontynencie.


Laurence Oilvier jako "Otello"

Pierwszy „malowany” Murzyn w USA

Od samych korzeni amerykański „blackface” miał bawić publiczność, uwypuklać rasowe stereotypy i wyśmiewać przywary, które na skutek rasistowskich przekonań przypisywano Murzynom. W 1769 roku w nowojorskim John Street Theatre wystawiono brytyjską sztukę pt. „The Padlock”, gdzie jednym z bohaterów był Mungo – wiecznie pijany, aczkolwiek szalenie muzykalny czarnoskóry służący, mówiący nie do końca zrozumiałym dialektem. Sztuka okazała się wielkim hitem, a pomysł komedianta z pomalowaną twarzą był wówczas świeży i dla wielu innych ówczesnych aktorów szalenie inspirujący.



Na początku XIX wieku w Stanach Zjednoczonych co drugi klown udawał Murzyna, a zobaczenie w teatrze artysty umorusanego pastą do butów nie było niczym wyjątkowym. Biali aktorzy, wcielając się w postaci afrykańskich obywateli, nie tylko obśmiewali ich rzekome lenistwo, wielki popęd seksualny, analfabetyzm, ale i śpiewali gospel, a nawet i parodiowali przyśpiewki niewolników pracujących na polach bawełny. W 1843 roku amerykański komik Dan Emmet wraz z grupą Virginia Minstrels zagrali serię bardzo popularnych przedstawień, w których każdy z artystów nosił czarny makijaż. Artyści grali kośćmi na bębenkach i stawiali na afro, aby rozbawić publiczność. Skutecznie – ten występ zaowocował powstaniem wielu innych artystycznych grup tego typu.



Na cześć rasistowskiego show nazwano pewne – krzywdzące czarną mniejszość – regulacje prawne

W staropolskiej mowie istniał wyraz „rybałt” – używano go w stosunku do artystów uprawiających tzw. sztukę plebejską, a były to, raczej niskich lotów, skecze zawierające w sobie elementy pastiszu, pieśni, tańca i krótkich monologów. Jednym z najbardziej znanych amerykańskich rybałtów był niejaki Thomas D. Rice, który od 1832 roku rozbawiał publikę jako Jim Crow – tchórzliwy, wierzący w zabobony murzyński złodziej, który wykorzystywał każdą okazję, aby się lenić albo upijać w sztok.



Postać pajacującego Rice’a tak bardzo wgryzła się w amerykańską kulturę, że przypomniano sobie o odgrywanym przez niego bohaterze parę dekad później, kiedy to, po zniesieniu niewolnictwa, kolejne hrabstwa z południa zaczęły wprowadzać lokalne regulacje mające na celu ograniczenie praw czarnoskórych obywateli i utrwalenie przepaści między rasami. Zwolennicy takich procedur mieli poparcie ze strony Sądu Najwyższego, który to w 1896 roku orzekł, że rezygnacja z niewolnictwa nie jest równoznaczna z zakazem segregacji rasowej. Nowe regulacje polegały na zakazie zawierania związków pomiędzy przedstawicielami różnych ras, Murzynom nie było wolno było odwiedzać niektórych restauracji czy korzystać w komunikacji miejskiej ze strefy zarezerwowanej dla białych. Prawo „Jima Crowa”, bo tak nazwano te lokalne przepisy, obowiązywało w niektórych miejscach aż do 1965 roku!



Jedno z najbardziej pionierskich dzieł w historii zawiera „blackface”

W 1992 roku do narodowego archiwum filmowego trafiło nakręcone 77 lat wcześniej „jedno z najbardziej wpływowych dzieł kinematografii”. Mowa o „Narodzinach Narodu” D.W. Grifftha. Produkcja ta, mimo iście rewolucyjnych rozwiązań i doskonałego, pionierskiego jak na tamte czasy montażu zdecydowanie nie jest powodem do dumy, jeśli weźmie się pod uwagę jej mocno rasistowski przekaz. Mało tego – film ten doprowadził do reaktywowania się Ku Klux Klanu w USA!



Wszyscy aktorzy grający znaczące czarnoskóre postaci w „Narodzinach Narodu” są biali i zostali poddani charakteryzacji. Podobny zabieg wykonano już w 1903 roku, podczas realizacji pierwszej ekranizacji „Chaty Wuja Toma”.
Warto dodać, że w amerykańskim archiwum wylądował też film pt. „The Jazz Singer” z 1927 roku, w którym to żydowski muzyk udaje Murzyna…



Przez kolejne dekady zjawisko to istniało, chociaż dzięki protestom czarnoskórych coraz rzadziej sięgano po ten rodzaj „artystycznego wyrazu”. W murzyńskim makijażu występował Bing Crosby, Fred Astaire, Buster Keaton, Mickey Rooney, a nawet sam Orson Welles.



„Blackface a sprawa polska”

Biorąc pod uwagę, że „blackface” to zwyczaj wywodzący się z czasów niewolnictwa, problem białych komików naśmiewających się z utartych stereotypów dotyczących osób czarnoskórych ma pełne prawo budzić niesmak, a wręcz i oburzenie. Pytanie tylko, czy próba przeszczepiania tego oburzenia na polski grunt w ogóle ma sens? Na fali łatwo łykanych przez „julkowe” środowiska skopiowanych z Zachodu wzorców, w których każdy aspekt życia prześwietlany jest przez reflektor politycznej poprawności, akurat czepianie się polskiego „blackface’u” wydaje się pomysłem dość absurdalnym.

Spójrzmy bowiem na obraz osób czarnoskórych w polskim kinie. Z bardzo małymi wyjątkami, trudno będzie doszukać się tu jakiegokolwiek rasizmu.
W „Misiu” Stanisław Tym chwalił się, że kiedyś był Murzynem i wymiatał w kosza (ma to sens – prawie 75% graczy NBA to czarni!).

https://www.youtube.com/watch?v=1ckd8SacXAw
W 1988 roku premierę miał „Czarodziej z Harlemu”, w którym główną rolę grał czarnoskóry aktor – Okon Ubanga Jones!



No i mieliśmy też naszego uświnionego pastą do butów bohatera, który wpisuje się w definicję słowa „blackface”. Oczywiście mowa o Abrahamie Lincolnie z serialu „Alternatywy 4” Barei. Czy to jednak przykład karygodnego rasizmu? Cóż, aktor grający tę postać (Ryszard Raduszewski) owszem, jest biały, i chociaż gra postać, która ma wywołać uśmiech na twarzy widza, to w rzeczywistości jego Abraham jest sympatycznym przybyszem z dalekiego kraju, dość obytym w świecie doktorantem z Harvardu, który to trafił do prawdziwej dziczy, jakim jest PRL-owskie blokowisko pełne karaluchów i dziwnych zwyczajów jego mieszkańców. Żeby tego było mało, dobroduszny Lincoln staje się obiektem wyzysku ze strony gospodarza domu, karierowicza i godnego pogardy drania – Stanisława Anioła.



Doprawdy, doszukanie się w polskim kinie i telewizji propagowania nienawiści w stosunku do czarnych byłoby zadaniem równie karkołomnym, co ujrzenie pochwały rasizmu w „Murzynku Bambo”. Murzynów nigdy u nas wielu nie było, więc nie mieliśmy nawet szansy oswoić się ze stereotypami na temat tej rasy i znaleźć ich potwierdzenia w zachowaniu czarnoskórych obywateli, bo ich po prostu u nas nie było. Osoba o czarnym kolorze skóry była raczej ciekawostką niż obiektem podszytych realnymi uprzedzeniami drwin.

To jednak nie kino stało się ostatnio celem ataku ze strony zachodnich mediów, ale program telewizyjny emitowany na antenie Polsatu. Oparty na hiszpańskim formacie „Your Face Sounds Familiar”, doczekał się kilkudziesięciu różnych wersji prezentowanych na całym świecie. Głównym pomysłem tego show jest skopiowanie maniery wokalnej, ruchów, wyglądu i zachowań scenicznych światowej klasy muzyków przez lokalnych artystów.



Gdybym miał w domu telewizor, to raczej nie chciałoby mi się tracić czasu na takie programy. Nie zmienia to jednak faktu, że wielki ukłon należy się jego twórcom. Pomijając już ogrom przygotowań, które muszą przejść uczestnicy, to na duże uznanie zasługują też umiejętności charakteryzatorów. I to właśnie tutaj jest Murzyn pogrzebany – zachodni krytycy uważają, że artystka kopiująca Tinę Turner powinna upodobnić się do niej wszystkim, byle nie kolorem skóry, bo to już rasizm, a gość udający Drake’a nie powinien przywłaszczać sobie jego ciemnej cery, bo to już oznaka ordynarnego szowinizmu!



Najsmutniejsze jest to, że przedstawiciele krajów, które dokonywały kolonialnych zbrodni, a wręcz zbudowały je na wyzysku niewolników i rdzennych ludności, a następnie przez długie dekady obśmiewały stereotypy lokalnych mniejszości, czują się w obowiązku wytykanie nam nietolerancji. Cóż, to oni pierwsi, jeszcze przed zabraniem głosu, powinni wiedzieć, że „blackface” to coś więcej niż malowanie sobie lica czarną farbą. To cały kontekst kulturowy, który za tym się kryje. Kontekst przypisany do danego miejsca na świecie.

Przeszczepić możemy więc sobie czarną twarz na potrzeby telewizyjnego programu, natomiast wolałbym, aby nikt "w gratisie" nie zrzucał na nas odpowiedzialności za brudną historię swojego kraju, niewolnictwo, wyrzynanie w pień całych społeczności i propagowanie nienawiści do czarnych.
5

Oglądany: 40072x | Komentarzy: 83 | Okejek: 264 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

03.12

02.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało