Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Patologie polskiego budownictwa lat 90.

106 096  
427   109  
Jak głupia potrafi być praca w budowlance wiedzą tylko ci, co mieli okazję tu pracować. Reszta musi wierzyć na słowo...
Do samego początku mojego i Lejsa w polskim budownictwie jeszcze powrócę, a teraz zacznę swoją opowieść od czegoś, co wydarzyło się w pierwszych latach mojej pracy na polskiej budowie. Był to początek nowego millenium i jak dla wielu pracowników mogły być to czasy smutne, to dla budowlańców czasy te potrafiły być dziesięć razy smutniejsze.


O ile na jakichś tam etatach coś tam miało się jednak zagwarantowane, o tyle w budowlance kompletnie nie było wiadomo, co przyniesie kolejny dzień. Każdy następny dzień był jeszcze bardziej popierdolony niż dzień poprzedni, więc tylko sobie wyobraźcie, jak mógł wyglądać mój i mojego przyjaciela Lejsa trzydziesty dzień na polskiej budowie. I od tego dnia zacznę moją opowieść.

Złapaliśmy raz z Lejsem pracę w firmie zbrojarskiej. Ekipa przyjeżdżała z jakiejś odległej wioski, położonej dobre sto kilometrów jak nie więcej od budowy, na której wszyscy w tamtym czasie pracowaliśmy.

Przyjeżdżali busem, w którym siedziało poza szefem firmy jeszcze ośmiu jego pracowników. Bus, którego kierowcą był szef firmy, holował jeszcze jednego busa, w którym upakowana była reszta brygady, czyli dodatkowe sześć osób i sprzęt. Wszystkich nas było w sumie czternastu. Wszyscy wyglądali prawie identycznie. Zapite, spuchnięte od cugu alkoholowego mordy, te wielkie nosy, głowy całe takie duże, szok. Ekipa wyglądała na tle swojego szefa jak banda ogrów pod wodzą księciunia Iktorna.

Wtedy była to dla nas firma jak każda inna na budowie. Wujek i szwagry, czyli szef i pracownicy. Dopiero po jakimś czasie zauważyliśmy z Lejsem, że na wszystkich budowach, gdzie ich potem spotykaliśmy, robili jedynie zbrojenia fundamentów i czasami parterów. Prawdopodobnie mogło tak być z dwóch powodów. Pierwsza opcja jest taka, że brali robotę, a potem szybko ich wywalano z budowy, kiedy coś tęgo spieprzyli. Drugą opcją było to, że goście chodzili na co dzień tak napruci, że przy całej tolerancji do wódy na budowie w tamtych latach (wóda na budowie to temat kilku innych historii, ale o tym kiedy indziej) strach ich było puszczać na piętra powyżej parteru, bo na pewno by jeden z drugim zleciał i się zabił i byłby potem kłopot co z trupem zrobić, żeby się prokurator nie dowiedział. Koszt łapówy dla prokuratora w przypadku takiej akcji mógłby w tamtych latach całkowicie pogrążyć firmę, w której doszło do takiego wypadku.


Więc zbrojarze albo musieli być wywalani z budowy bez pieniędzy po uzbrojeniu fundamentów i czasami parteru, albo tak napruci, że strach ich było wpuścić do prac na „wysokości” i prace powyżej parteru dostawała mniej alkoholowa brygada. Nie obstawiłbym jednej konkretnej opcji, bo obie były tak samo prawdopodobne.

W każdym razie raz przyszło mi i Lejsowi w tej firmie pracować. Jak nas wywalił z pracy jeden wujek, to chcieliśmy mu pokazać, że jeszcze tego samego dnia znajdziemy sobie fuchę na tej samej budowie. No i jakoś tak spotkaliśmy wujka zbrojarzy, jak wracał z kibla. Jego ekipa robiła akurat zbrojenia fundamentów w wykopie głębokim na jakieś dwa czy trzy metry. Podchodzimy nieśmiało do gościa i pytamy go o robotę. Wujek coś pomarudził, pokręcił nosem, potem zaczął nas jebać, że dzisiaj każdy chce pracę, ale „SZEBKO, SZEBKO” to potem robić nie ma komu, on ma ważne sprawy i jego czas kosztuje. Popierdolił coś jeszcze, że my mu dupę zawracamy, a tam mu w wykopie ludzie stoją. Popatrzył na nas chwilę i zapytał kto mu teraz za jego czas, kiedy z nami rozmawiał, zapłaci. Potem dostał cholernego ataku kaszlu. Jak się wykaszlał, to pobiegł tam do swoich ludzi i zaczął się drzeć na nich. W sumie krzyczał tylko „SZEBKO, SZEBCIEJ”, potem wymienił chyba imię każdego z nich po kolei i darł się do każdego, żeby „SZEBKO, NO SZEBKO!!!”. Wydarł ryja jeszcze kilka razy, a potem wrócił do nas.

Dobra, okazało się, że dostaniemy robotę, ale godzinę musimy odpracować za darmo, bo zabraliśmy mu jego czas, a drugą godzinę też przepracujemy za darmo, bo musimy się sprawdzić (nic w tym nie było dziwnego, bo takie to były właśnie czasy).


Lejs zapytał, czy możemy zjeść śniadanie, a typ się spytał, czy bez śniadania przyszliśmy. Lejs mówi, że jadł w domu. Wtedy się ten wujek nieźle wkurwił i kazał nam wypierdalać. Jak już odeszliśmy trochę dalej, to krzyknął za nami: „NO CHŁOPAKI, ALE JA NIE POWIEDZIAŁEM, ŻE NIE DAM WAM TEJ PRACY, SPIERDALAĆ WAM TYLKO KAZAŁEM, A WY JUŻ CHCECIE SOBIE GDZIEŚ IŚĆ. PRACA JEST”. My z Lejsem już nic nie kumaliśmy, ale podeszliśmy do niego i pytamy się, czy nas przyjmie czy nie. On wtedy powiedział, żebyśmy tam zeszli i krzywili pręty i że płaci nam „DZIASIEDZIEDZIESIO”. Lejs zapytał ile, a typ powiedział to samo, tylko jeszcze szybciej i głośniej i na koniec dodał jeszcze „KURWA”, po czym dostał okrutnego ataku kaszlu.

„SZEBKO, SZEBKO DO WYKOPU, BO PRACA CZEKA, SZEBCIEJ!” krzyknął i pokazał nam palcem zejście do wykopu.

Na dół prowadziła prowizoryczna drewniana drabinka, którą majstry musieli sobie zrobić sami z desek po paletach EURO. Na dole śmierdziało wódą jak w jakiejś gorzelni. Nasz nowy wujek pokazał nam takie dźwignie do wyginania prętów zbrojeniowych. Zawołał jakiegoś ziuta, żeby nam wytłumaczył jak to się robi, no i przyszedł koleś bez połowy zębów i zaczął do nas coś bełkotać: „ABŁE FE THŁE ŁEŁEŁE FEŁEŁE, ADZIJA” i macha łapami i pluje na Lejsa, bo stał bliżej, i jeszcze raz wybełkotał chyba to samo, a potem dostał ataku kaszlu, poprzeklinał jeszcze trochę i te przekleństwa to były jedyne słowa, które jakoś nam się udało zrozumieć. Potem zdenerwowany, burcząc coś pod nosem, poszedł do swojej roboty, a my z Lejsem staliśmy skołowani przy giętarce i zapasie prętów.


Chwila musiała minąć, zanim z Lejsem podpatrzyliśmy, co w ogóle mamy robić. Kolesie brali pręty i tym urządzeniem wyginali je w kwadraty, po czym odkładali na bok. Zaczęliśmy z Lejsem robić dokładnie to samo. Przynajmniej tak się nam wydawało. Mieliśmy trochę już nagiętego, to przyszedł taki jeden z tych szwagrów i zabrał nam chyba połowę tego, co do tej pory wygięliśmy.

Myśleliśmy, że zaniesie to gdzieś do tych, co to montowali na prętach, co wystawały z jakiegoś betonowego murku, ale on też giął i położył to na swoją kupkę. Najprawdopodobniej majster najzupełniej w świecie zabrał nam owoce naszej pracy, żeby przypisać je sobie. Poszedłem więc do niego i pytam się czemu przełożył, a ten coś zaczął bulgotać, w sumie coś bardzo podobnego, co mówił ten majster, co tłumaczył nam, jak mamy giąć pręty (o ile faktycznie to nam tłumaczył, bo właściwie nic kompletnie nie zrozumieliśmy z tego, co nam wtedy powiedział). Potem majster podwinął rękaw i pokazał nam swój tatuaż na ramieniu. Była to kotwica i to jeszcze namalowana byle jak (w sumie pewnie robiona po pijaku, więc nie było się czemu dziwić). Palcem pokazał tę kotwicę i zaczął warczeć i tupać na nas nogą. Przestraszyliśmy się z Lejsem, bo nagle reszta majstrów co stali obok przestali wyginać pręty i zaczęli się nam przyglądać, burcząc coś między sobą. Wróciliśmy z Lejsem do naszych giętarek, a tam oczywiście reszta wygiętych kwadratów zginęła.

Trochę nam było głupio, bo pewnie jak wujek wróci z drugiego wykopu, to wyjdzie na to, że nic nie zrobiliśmy i będzie chciał nam obciąć godziny za ten dzień.

Na szczęście z Lejsem opracowaliśmy metodę, że robiliśmy we dwóch na jednej giętarce i nadrobiliśmy stratę, bo szło nam kilka razy szybciej niż robiąc to tak, jak robiła to reszta zawodowych majstrów zbrojarzy. Szwagry się gapią na nas i już chcieli pewnie nam zabrać nasze kwadraty, kiedy do naszego wykopu przyleciał wujek. Oczywiście wydarł się na wszystkich, że co tak wolno, a potem zaczął czynić indywidualny opierdol do każdego z majstrów. Stawał po kolei nad każdym, liczył ile ma wygiętych kwadratów i tak długo ryczał „SZEEBCIEJ, NO SZYBCIEJ”, dopóki nie dostał ataku kaszlu.

Miałem coś takiego w sobie, że jak kogoś przy mnie opierdalano, to albo czułem się trochę współwinny, albo spodziewałem się, że zaraz też padnę ofiarą srogiego opierdolu. Tak się zdenerwowałem, jak wujek opierdalał czwartego już szwagra, że ze strachu upuściłem na ziemię jeden wygięty kwadrat. Zwróciłem tym uwagę wujka na siebie i Lejsa. Oczywiście przyszedł do nas i zaczął wydzierać swojego ryja: „SZEBCIEJ, NO SZYBCIEJ!!!”. A jak się zorientował, że robimy na jednej giętarce, to zapytał się, dlaczego druga nie pracuje. Lejs powiedział mu, że tak jest szybciej, a wujek na to, że jak może być szybciej, skoro jedna giętarka nie pracuje (prawdziwy debil).

Powiedział jeszcze parę rzeczy, których nie zrozumieliśmy, a potem kazał każdemu z nas stanąć na swojej giętarce i giąć samemu. Szło wolniej, ale było jak chciał. I stał nad nami jak jakiś gestapowiec i darł na nas ryja „SZEBCIEJ, NO SZYBCIEJ”, najpierw na Lejsa jakieś dziesięć minut, a potem na mnie. Aż mi się ręce trzęsły i wszystko mi spadało, jak krzyczał na mnie. A jak podnosiłem, to krzyczał „SZEBCIEJ, KURWA!”. Łapy to latały mi tak, że zamiast tę wajchę do gięcia, parę razy złapałem po prostu powietrze. A on drze na mnie tego ryja jak na jakiegoś psa. Ach, gdybym miał wtedy chociaż pięćdziesiąt złotych w portfelu, pewnie bym poszedł stamtąd, ale cóż, budowlanka początku lat dwutysięcznych. Było jak było.


Wujek postał w naszym wykopie z pół godziny i zobaczyliśmy, że właściwie jedyne co robi, to każdemu po kolei każe robić szybciej. Do nas też jeszcze kilka razy podszedł. Takiej kurwy na budowie jeszcze się wtedy nie spodziewaliśmy, ale potrzebowaliśmy tej pracy, bo wcale nie było o nią wtedy łatwo. A my zarabiając średnio 3,50 zł/h, przepraszam, tyle nam średnio obiecywano bo jakby wyliczyć średnią z tego co dostawaliśmy, pewnie by wyszło ze 2,50 złotych na godzinę, bo ciągle jakiś wujek zanim nas wyrzucił z pracy za to, że nic nie umiemy, obcinał nam część wypracowanych godzin i za karę nie płacił nam za nie pieniędzy. Więc robiliśmy szybciej, skoro darł ryja. Kiedy wychodził z wykopu, szwagry rabowały nam nasze kwadraty, ale na koniec dnia zrobił się raban w wykopie. Majstry bulgotały coś do siebie nerwowo, ale ja i Lejs nie wiedzieliśmy o co im chodzi. Dopiero jak wujek zaczął porównywać do siebie wygięte kwadraty, to okazało się, że ktoś narobił pełno złych kwadratów. W sumie złe kwadraty znalazły się na każdym stanowisku gięcia. Dziwiliśmy się jak one mogą być złe i dopiero wtedy uświadomiliśmy sobie, że one muszą mieć pewnie jakiś konkretny wymiar. Wujek coś krzyczał, a wtedy wszystkie ręce pokazały na nas. Wiedzieliśmy już co jest grane. Nie znaliśmy się na zbrojeniach, a nikt nam nie wytłumaczył, że mamy robić jakiś konkretny wymiar kwadratu. Jak nas zaczął wtedy ten pieprzony skurwiel jebać... Normalnie zrobił się aż cały czerwony i zaczął rzucać tymi kwadratami dookoła, aż się majstry za giętarkami pochowali, bo idiota nawet nie patrzył gdzie rzuca te kwadraty. Staliśmy tylko z Lejsem jak te trusie, bo młodzi jeszcze byliśmy i dopiero poznawaliśmy pieprzone, patologiczne realia polskiego budownictwa. Już było pewne, że utnie nam jakieś godziny. Pytanie tylko ile. Na nic się zdało nasze tłumaczenie. Wujek kazał nam wypierdalać z wykopu i więcej się na oczy nie pokazywać. No to pytamy o pieniądze, a ten nam na to, że to my mu powinniśmy zapłacić za jego czas i zmarnowany materiał. Na myśl, że znowu ktoś nam nie zapłaci, zalewała nas falą gorąca. Z tego stresu tak bardzo zachciało mi się srać, że w pewnej chwili myślałem, że skorzystam z budowlanej tojki (czego unikałem jak ognia, ale to inny temat). Musiałem zakończyć tę dyskusję. CHOCIAŻ PO PIĄTAKU – powiedziałem łamiącym się głosem i ze łzami w oczach, a ta kurwa wyjęła wtedy portfel i dała nam po dwa złote.

Jeśli miał psa i go karmił, to jestem przekonany, że ten pies żarł za więcej dziennie niż my dostaliśmy za całą dniówkę naszej pracy.

Wzięliśmy te pieniądze i poszliśmy. Byliśmy tak biedni, że nie stać nas było na żaden honor. Zresztą gdzie budowa, a gdzie honor.

Jak wychodziliśmy z wykopu, to jeszcze krzyczał za nami: „SZEBCIEJ, NO SZEBCIEJ, KURWA!!!”.

I znowu z Lejsem zostaliśmy wyjebani z pracy. Trzeci raz w ciągu jednego miesiąca. Kolejny też raz nie dostaliśmy pieniędzy za swoją pracę. Mieliśmy w sumie cztery złote i kupiliśmy sobie za to w sklepie jednego czarnego specyka i kilka fajek kupionych na sztuki. Fajki kupowane na sztuki wychodziły wtedy dwa razy drożej niż gdyby kupić je w paczce, ale na paczkę nie było nas stać. A na cztery pety już tak.


Aha, i zrobiłem jeszcze jeden myk, schyliłem się stojąc w kolejce przy ladzie, że niby sznuruję but, a w rzeczywistości patrzyłem, czy nie znalazłoby się parę drobniaków pod ladą. Czasami spadały tam ludziom i nie były wyjmowane. I znalazłem złotówkę i trzydzieści groszy. Żal mi było siebie, ale jakoś tak bardziej żal mi się zrobiło Lejsa. Nie był takim małym kurduplem jak ja. Był taki wysoki i duży, a tak go podle potraktowano.
Wziąłem tę złotówkę i kupiłem mu malutką paczuszkę jego ulubionych solonych Laysów.

MASZ, TO DLA CIEBIE, LEJS - powiedziałem i szczerze uśmiechnąłem się do smutnego Lejsa.

A potem siedzieliśmy i piliśmy piwko na pół i wypaliliśmy na spółkę trzy fajki. Jedną zostawiliśmy na rano. Żaden z nas nic się nie odzywał. Ja myślałem sobie i Lejs mogę przypuszczać że też, że może kiedyś będzie lepiej i znajdziemy pracę, w której będą nam płacić. Lejs chciał mnie poczęstować swoimi czipsami, ale nie chciałem mu zjadać, wiedziałem, jak lubi te chipsy. Jego ksywa wzięła się nie bez powodu (ale na historię ksywki Lejsa przyjdzie jeszcze czas).

„SZEBCIEJ, SZEB-CIEJ!”

Nagle usłyszeliśmy i aż poderwało nas z ławki.

„SZEB-CIEJ, SZEBCIEJ, KURWA!!!”


Ale to tylko jakaś baba krzyczała coś grubym głosem do swojego męża, który wyjmował coś z samochodu.

NIE JESTEM GŁODNY LEJS, ZJEDZ CAŁE – powiedziałem, gdy Lejs ponownie chciał mnie poczęstować, chociaż naprawdę nieźle burczało mi w brzuchu. Lejs jadł dalej. Spojrzałem na niego, a on gryząc swoje czipsy, wyglądał jakby całkowicie zapomniał o wszystkim. Tak bardzo łapczywie pałaszował swoją malutką paczuszkę czipsów. Uśmiechnąłem się szczerze do niego.

Tak bardzo lubiłem wtedy tego grubasa.

P.S.

Widok jak te majstry od zbrojeń wyjmują masę narzędzi i torby z wódką i kanapkami do pracy spod maski tego holowanego busa... niezapomniany!
81

Oglądany: 106096x | Komentarzy: 109 | Okejek: 427 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

15.04

14.04

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało