Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Śmiertelnie niebezpieczne domy, czyli rosyjska ruletka rękoma deweloperów

54 116  
256   68  
Było już o pracy, było o rodzajach klientów. Dzisiaj skupimy się na życiu z perspektywy tychże. W końcu nie wszyscy są indywiduami, które można przypisać do określonych typów.


Zdecydowana większość to ludzie, którzy całe życie ciężko pracują, odkładając ostatni grosz na wkład własny kredytu hipotecznego, świadomi wieloletnich zmagań z takim obciążeniem domowego budżetu.

Zwyczajni Kowalscy (a raczej Smiths), nie mający zbyt wygórowanych oczekiwań. Twardo stąpający po ziemi, zdolni zrozumieć i wybaczyć pewne niedociągnięcia. W ich towarzystwie można pozwolić sobie na luźne rozmowy i żarty.

Jednak kiedy sypią się tryby w machinie budowlanej, oni obrywają najbardziej rykoszetem fuszerki i ludzkich błędów.
Dziś przybliżę wam historie, które teoretycznie nie miały prawa się wydarzyć, a jednak przyniosły wiele stresu i cierpienia ich bohaterom.

#1. "Gaz, gaz, gaz na ulicach*"

Nigdy nie pomyślałbym, że mój pierwszy dzień w nowej pracy przyniesie tyle zaskoczeń. Nowa firma, nowi ludzie, nowe twarze i... od razu skok na głęboką wodę. Odległa lokalizacja, trudna do odnalezienia (nowych osiedli często nie ma jeszcze na mapach, a kod pocztowy dla danego obszaru potrafi wyprowadzić w pole - dosłownie).
Tym razem nie skończyłem w otoczeniu owiec, choć niewiele brakowało (pastwisko tuż za rogiem).
Wezwanie do asysty - pomoc w demontażu kuchni, brak szczegółowych instrukcji.
Pomyślałem wtedy: po co w nowym domu demontować kuchnię? Czyżby zły design? Inny kolor szafek?
Na te rozmyślania miałem prawie dwie godziny, jakie zeszły na dojazd. Na miejscu lekki szok.
Kupa ludzi w kaskach, pod krawatem, debatująca nad sporą dziurą w betonowej podłodze kuchni, wykutą mniej więcej do głębokości kolan.

Okazało się, że strzeliła rura z gazem zasilająca bojler i kuchenkę (zlokalizowane w kuchni).
No trudno, wycieki gazu zdarzają się sporadycznie, ale... dlaczego ktoś zdecydował się poprowadzić rurę w linii prostej od licznika do bojlera bezpośrednio pod płytą fundamentową budynku (fundament typu raft)!?


Dodam, że przepisy są bardzo restrykcyjne i zakładają poprowadzenie tego typu przyłącza na zewnętrznej ścianie budynku lub w taki sposób, aby rura na całej długości była fizycznie dostępna w celu przeprowadzania regularnych inspekcji, na przykład przy okazji serwisowania bojlera bądź podejrzenia wycieku i awaryjnego zgłoszenia problemu (na przykład każdy landlord/landlady, czyli osoby wynajmujące swój dom czy mieszkanie, są prawnie zobligowane do przeprowadzenia corocznej kontroli instalacji gazowej, certyfikowanej przez zarejestrowanego serwisanta bojlerów/hydraulika z uprawnieniami do gazu).

No dobra, przepisy przepisami, a i tak jakiś baran (nie ten za oknem, te chyba mądrzejsze), pomyślał i zrobił po swojemu. W dodatku ktoś na końcu "klepnął" odbiór. Być może na zasadzie - leci gaz do kuchenki, to na uj drążyć którędy.

W takiej sytuacji zrozumiały był tłumek panów pod krawatami, włączając kierownika budowy i inspektorów nadzoru. Zapewne był wśród nich choć jeden, który znał prawdę, ale z jakiegoś powodu nie chciał lub nie potrafił się z nią zmierzyć.
Nie trzeba tłumaczyć, że osiadający w gruncie nowy dom zwyczajnie rozerwał rurę, z której ulatniający się gaz szybko wypełnił przestrzeń pod całą podłogą budynku.
Choć spektakularne wybuchy gazu z kulami ognia mają miejsce raczej w hollywoodzkich produkcjach, mimo wszystko nie chciałbym znaleźć się na miejscu biednej klientki.
Na szczęście pani w porę wyczuła problem i zdążyła zaalarmować służby. Całkiem przytomnie otworzyła wszystkie okna i opuściła lokum w oczekiwaniu na ratunek.

*"Gaz na ulicach" wziął się stąd, że podczas wietrzenia dało się go wyczuć na ulicy w promieniu kilku przyległych domów.

Niestety skończyło się to dla niej przeprowadzką do hotelu na krótko przed samymi świętami wielkanocnymi. W nadziei na szybkie rozwiązanie problemu nikt z członków jej rodziny nie spakował się na dłuższe "wakacje", co w rezultacie przełożyło się na większy stres i powrotne wycieczki do własnego domu w celu skompletowania garderoby.

Klientka oraz jej mąż regularnie wracali na "swoje", zaprzyjaźniając się kolejno ze wszystkimi budowlańcami, których trzeba było wpuścić, by dokonali potrzebnych napraw.
Aby poprowadzić nową rurę z gazem, trzeba było zdemontować całą kuchnię oraz usunąć część starego przyłącza biegnącego za szafkami. W dodatku pani w ramach rekompensaty za cały bałagan dostała w prezencie od firmy nową kuchnię, zaprojektowaną od podstaw z pewnymi ulepszeniami względem starej (trochę inny układ, więcej szafek naściennych, lepsze fronty).

Dla mnie pewnym zaskoczeniem była jakość instalacji starej kuchni, ponieważ demontaż (czytaj oderwanie wszystkiego od ściany) zajął mi mniej niż dwie godziny, a spodziewałem się długiej litanii przekleństw podczas mocowania się ze szkieletami szafek i blatem. Cała konstrukcja dolnej linii szafek trzymała się na kilkudziesięciu śrubach i listwie podporowej na ścianie, a blat chyba tylko na silikonie.

Stara kuchnia wylądowała w kontenerze podstawionym przed speców z pobliskiej budowy, a mniej więcej w połowie dnia pojawił się transport z nową, lśniącą kuchnią. Sprzęty z zabudowy miały zostać przełożone do nowej, ponieważ nic im nie dolegało, a nowy projekt uwzględniał ich położenie i wymiary. Panowie kurierzy zabrali się do rozładunku swojej ciężarówki, wnosząc poszczególne kartony na podwórko posesji (tylne dwuskrzydłowe drzwi kuchni wychodziły na ogród - największe i najwygodniejsze do wnoszenia dużych przedmiotów).
W pewnym momencie dało się usłyszeć głuchy trzask i charakterystyczne: BLYYYYAT!
Panowie w ferworze walki upuścili na chodnik jeden z największych paneli bocznych (prawdopodobnie ten od lodówki). Niestety po rozpakowaniu nie nadawał się do montażu, tak samo jak szafka pod zlewozmywak, która owszem, przeżyła transport, ale okazała się modelem o złych wymiarach. Tutaj reprymenda należy się chyba osobie kompletującej zamówienia w warsztacie wytwórni mebli.

Nieźle - pomyślałem - pani klientka będzie zachwycona, czas oczekiwania na nową kuchnię lub brakujące do niej elementy (kuchnia niestandardowa z panelami pod wymiar projektu) to minimum dwa tygodnie. Niestety nie myliłem się, musieliśmy tam wrócić już po świętach, a rodzina z feralnego domu spędziła w hotelu prawie miesiąc, z zakładanych początkowo maksymalnie dwóch tygodni.

Pewnie latem nie stanowiłoby to aż takiego problemu, jednak na przełomie marca i kwietnia gdy deszczowa pogoda nie rozpieszcza, mieszkanie w domu bez ciepłej wody i ogrzewania (bojler) to średnia przyjemność.

Finalnie udało się wszystko dopiąć do etapu radości klientki z widoku nowej, większej i droższej kuchni, ale zgaduję, że cena, jaką przyszło zapłacić rodzinie za ten wątpliwy "upgrade", była niewspółmiernie wysoka.

#2. Elektryka prąd nie tyka


Elektryka często nie tknie, gdyż jest obeznany z tajnikami profesji. Tymczasem nie każdy klient musi znać bezpieczne podstawy bliskiego kontaktu z napięciem sieciowym, więc wypadałoby, żeby instalacja w jego nowym, pachnącym pyłem budowlanym domu spełniała normy bezpieczeństwa.
Stąd między innymi wymóg instalacji bezpieczników (RCD - residual current device) o czasach reakcji około 0.1 sekundy i czułościach rzędu 100 mA (czyli taki w sumie europejski standard).
Choć jeszcze nigdy nie spotkałem się z wadliwymi szafkami bezpieczników, to sama jakość wykonania instalacji często woła o pomstę do nieba.

Z mojego punktu widzenia największym grzechem elektryków na Wyspach są byle jak poskręcane końcówki przewodów. Nie poskręcane ze sobą nawzajem, a źle połączone we wnętrzach gniazdek, włącznikach świateł, kostkach rozgałęzień itp.
Tego typu żmudna i nudna robota często przypada w udziale praktykantom - od czegoś muszą zacząć - a poziom kontroli nad ich wirtuozerią najwyraźniej nie jest wystarczający.

Na wielu brytyjskich szkoleniach z zakresu BHP można usłyszeć frazę "loose wires cause fires" - czyli luźno połączone przewody powodują pożary (iskrząc na stykach).
Najwyraźniej nie bez powodu angielskich elektryków określa się w codziennym slangu mianem SPARKY (od spark, czyli iskry).

Dosyć wyjaśnień. Był sobie dom. Duży, ładny, z czterema sypialniami. Co ważne w historii, już kupiony, na szczęście jeszcze nie zamieszkany. Klient miał już swoje klucze, ale podzielił się z nami zapasowym, aby pod jego nieobecność w pustym domu wyeliminować ostatnie usterki.
Głównie jakieś pierdoły estetyczne dotyczące niedociągnięć malarskich.
Pierwszy ZONK. Od progu zaskoczenie, naciskam włącznik światła w holu wejściowym, zapalają się światła na piętrze. Klasyka - któryś z młodocianych najwyraźniej pomylił styki w przełączniku dwukanałowym (przełącznik typu multi switch) i teraz działają odwrotnie od założonego schematu.
To samo w podwójnym przełączniku świateł w kuchni. Zewnętrzny włączał światła w kuchni, kuchenny te w ogrodzie. Drobiazg, wystarczyło rozebrać i przełożyć kable do odpowiednich portów.
Kuchenny włącznik iskrzył niebieskim światłem z oczywistego powodu wspomnianego powyżej.

Wróg czaił się jednak za rogiem, a dokładniej pod sufitem. Pech chciał, że musiałem się wdrapać na dwustopniowy podest (a to już praca na wysokości wedle przepisów), żeby usunąć zadrapania na suficie powstałe w wyniku pośpiesznego montażu metalowej osłony rury ekstraktora okapu kuchennego. Cały okap wykonany zresztą z blachy nierdzewnej, trochę w stylu tych przemysłowych, jakie można spotkać w restauracjach.

Wchodząc na stopień, jedną ręką dotknąłem metalowej płyty kuchenki gazowej, drugą ocierając nieopatrznie o obudowę okapu. Nie zdążyłem wydobyć z ust najpopularniejszego słowiańskiego przekleństwa, bo w ułamku sekundy, zlany potem, poczułem charakterystyczne napięcie mięśni, niczym Sebix po mocnych pigułach.
Na szczęście był to kontakt krótkotrwały, a poranna kawa okazała się zbędna. Po wyłączeniu zasilania wyszło na jaw, że pan fachowiec tak się wczuł w montaż okapu, że jednym z wkrętów mocujących obudowę okapu do ściany idealnie trafił w kabel zasilający. Kabel był co prawda trójżyłowy i posiadał uziemienie, ale nie zostało ono właściwie podpięte do metalowej obudowy. Na tę okoliczność stałem się na moment elementem uziemiającym obieg. Dziś podchodzę do metalowych sprzętów z czujnikiem napięcia, sprawdzając, czy nie zaświeci tam, gdzie nie powinien.

Niby nic się nie stało, gdzie zatem piekielność sytuacji?
A co gdyby nie wykryto problemu na czas i któreś z dzieci klienta ucierpiało w wyniku domowego porażenia prądem?
Wezwany na miejsce elektryk (miał za zadanie wydłubać ze ściany kabel, wymienić uszkodzony fragment i odpowiednio bezpiecznie odsunąć) sprawdził miernikiem napięcie, jakie płynęło z okapu do kuchenki: 227 V.
Pan Sparky znalazł na deser jeszcze wadliwe gniazdko w sypialni, które przy każdej próbie podłączenia czegokolwiek dawało tak silne spięcie, że od razu wywalało główny bezpiecznik.
Kurtyna.

#3. Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu


Pewien bardzo miły pan kupił nieruchomość. Ładny dom ulokowany na końcu ulicy (z największym ogrodem). Początkowo nic nie zwiastowało problemów. Ot, zwykłe pęknięcia na łączeniach regipsów w wyniku osiadania w gruncie, jakieś drobnostki typu zacinające się drzwi i kilka bardziej istotnych niedogodności w stylu zupełnie inne kafelki na ścianach łazienek od tych wybranych przez żonę w momencie składania zamówienia. Pan z tych, co to "przyzwyczają się i będzie", więc machnął ręką na glazurę, zwiedziony obietnicą rekompensaty finansowej (której się finalnie nie doczekał).

Żyli więc z partnerką szczęśliwie, lecz nie długo (do czasu wyjazdu na wakacje). Tak się nieszczęśliwie złożyło, że pod ich nieobecność główny zawór wody zlokalizowany pod kuchennym zlewem postanowił odmówić posłuszeństwa i poddał się ciśnieniu w sieci, zamieniając parter budynku w akwarium.
Wyobraźcie sobie powrót z typowo brytyjskich "wczasów", gdzie po dwutygodniowym ciężkim piciu nad brzegiem hotelowego basenu wracacie zmęczeni w nadziei na własne łóżko, a tu... znowu basen.
Nic tylko wyciągać bikini i szorty z walizek pełnych brudnych ubrań.

Lista zniszczeń:
1. Wszystkie kuchenne szafki pod blatem (panele z płyt wiórowych wciągnęły wodę jak gąbka).
2. Stół i krzesła w jadalnianej części kuchni.
3. Cała podłoga na parterze wykonana z winylowych paneli podłogowych (same panele w teorii wodoodporne, ale do czasu pojawienia się kogoś, kto zdarł podłogi, między panelami a posadzką wyrosła miejscami pleśń).
4. Stolarka - listwy przypodłogowe i listwy wykończeniowe futryn wykonane z MDF nasiąknięte wodą.
5. Kanapa, fotele, stoliki w salonie.
6. Szafki i pralka w pomieszczeniu gospodarczym obok kuchni.
7. Stolarka i podłoga w toalecie na parterze.

Raczej kosztowny wyjazd wakacyjny. W dodatku powrót do domu, do którego ponowna przeprowadzka możliwa była dopiero po porządnym osuszeniu i wymianie wszystkich uszkodzonych elementów, co trwało dobry miesiąc.

Strasznie stresująca sytuacja. Ponadto klienci musieli poświęcić resztki urlopu, biorąc wolne dni za każdym razem, gdy trzeba było kogoś wpuścić do domu, bo w całym bałaganie usuwania szkód brało udział kilka firm (podwykonawców). Finalny rachunek spadł na głowę szefa firmy hydraulicznej, która miała na etapie budowy zakontraktowane wszystkie aspekty związane z wodą i kanalizacją.
Do dziś nie wiadomo, czy zawinił człowiek, czy wadliwy fabrycznie zawór.
Dura lex sed lex i deweloperzy mają na takie okazje cały zestaw drobnych druczków w umowach z podwykonawcami.

Mam nadzieję, że klient otrzymał odpowiednie odszkodowanie z ubezpieczalni, chociaż skoro udało mu się tę historię podciągnąć pod gwarancję na nowy dom, całkiem prawdopodobne, że nie zgłaszał nawet szkody, by uniknąć w przyszłości podwyższonych składek.

Powyższe historie mogą mrozić krew w żyłach lub skutecznie odstraszać potencjalnych nabywców.
W branży tego typu fuszerki noszą miano "friday job" lub "too much whiskey in the tea" (piątkowa robota lub za dużo whiskey w herbacie).

Prawda jest trochę bardziej skomplikowana. Jak zawsze chodzi o pieniądze. Wielcy deweloperzy pod presją inwestorów i akcjonariuszy żądnych tłustych dywidend zmuszeni są wprowadzać patologiczny model biznesowy. Tam, gdzie na pierwszym miejscu jest zysk, nie ma miejsca na jakość.
Każdego roku plany idą w stronę ilości. Liczy się, by budować więcej, szybciej i taniej.
Patologii sprzyja niedobór na rynku nieruchomości, które i tak się sprzedadzą bez względu na niedoróbki. Po co więc się starać, skoro można szybko i tanio.
Prezesi i managerowie, aby utrzymać niski koszt produkcji, ograniczają koszty zatrudnienia i pozwalają w przetargach wygrywać najtańszym oferentom.
Tak oto wyłania się obraz przeciętnej budowy, na której bezpośrednimi pracownikami na garnuszku dewelopera są:
- kierownik budowy,
- zastępca lub dwóch,
- cieć od wszystkiego,
- kierowca ładowarki teleskopowej.

Na większych budowach personel niższego szczebla x2.

Cała reszta mrówek na budowie to podwykonawcy na kontraktach lub samozatrudnieniu, gdzie nie ma mowy o stawkach godzinowych. Są rozliczani za zakontraktowane prace, więc w ich intencji nie jest robić dokładnie, a szybko. Nie ma też fizycznej możliwości, aby personel kierowniczy spoglądał na ręce każdemu kontrahentowi.
Nikt nie biega za budowlańcami z miarką, poziomnicą, laserem. Mają w umowach zapisane kary za ciężkie grzechy. Te lekkie zerują się na bramie, do czasu aż się na siebie nałożą i wyniknie jakaś afera.
Wtedy zaczyna się gównoburza i szukanie winnych na siłę, bo deweloper będzie najpierw ścigał "fachowców", których sam zatrudnił, by obciążyć ich finansowo, zanim sam wyłoży z własnej kieszeni.

Na szczęście opisane ekstremalne przypadki są tylko niewielkim procentowym udziałem w wolumenie produkcji i jeśli drogi czytelniku rozważasz zakup nowego domu na Wyspach, poświęć swój czas na etapie wyboru dewelopera, przede wszystkim sprawdzając opinie klientów, którzy już swoją nieruchomość zakupili. Nie ograniczaj się do stron www z ofertami marketingowymi, szukaj w ciemnych krańcach internetów, na samym dnie, czyli grupach dyskusyjnych portali społecznościowych.

PS Nie ponoszę odpowiedzialności za straty moralne i schorzenia psychiczne. Codzienność moimi oczyma związaną z lokacjami nowych osiedli znajdziesz tutaj.

Jeśli macie jakieś życzenia odnośnie tematyki kolejnych wypocin, piszcie proszę w komentarzach.
Tymczasem do miłego i sprawdźcie dziś stan instalacji mediów we własnych czterech kątach.
4

Oglądany: 54116x | Komentarzy: 68 | Okejek: 256 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

18.05

17.05

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało