Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Skutki molestowania, kupowanie pączka i inne anonimowe opowieści

50 869  
258   130  
Dziś przeczytacie także m.in. o potrąceniu na pasach i przygotowaniach do ślubu oraz dowiecie się, że czasem wiedza nie popłaca i z kim mieszka Maciek Kot.

#1.


Potrąciłem starszą panią na pasach.
Było to około 10 lat temu. Początek pamiętam jak przez mgłę. Mimo szoku, w którym byłem, włączyłem awaryjne. Miałem koc w bagażniku, więc poszkodowaną z pomocą innych przechodniów posadziliśmy na nim. Starsza pani płacze i pokazuje prawą rękę, że mocno boli. Szczęście w nieszczęściu, że jechałem powoli, bo mogłoby się to gorzej skończyć.
Ktoś postawił trójkąt, ktoś zadzwonił po karetkę. Ludzie będący tam zachowali się naprawdę dobrze, pomogli tyle, ile mogli i umieli. Ale nie wszyscy. Trzy młode dziewczyny jakieś 18-20 lat stały obok i dosyć długo się na mnie darły, puszczały mnóstwo niemiłych komentarzy w moim kierunku. Nie reagowałem na to, bo po pierwsze miały trochę racji, a po drugie byłem skupiony na pomocy poszkodowanej. Starszą panią podnosiliśmy z mokrej ulicy na koc na suchym chodniku, dziewczyny protestowały, krzyczały, że nie mam prawa zacierać śladów. Dobrze, że ich protest był tylko słowny, zignorowaliśmy je i robiliśmy swoje. Docinki dziewczyn nie ustawały, z perspektywy czasu wyobrażam je sobie jako trzy małe wrzaskliwe pieski szczekające na mnie.

Pierwsze przyjechało pogotowie, gdy pakowali panią do karetki, podszedł do mnie syn poszkodowanej. Facet w średnim wieku, po wyglądzie łatwo było zgadnąć, iż trzeźwość to termin znany mu z dzieciństwa. No ale potrąciłem mu matkę, więc trzymając bezpieczny dystans do ucieczki, przystępuję grzecznie do rozmowy. Facet mnie zdziwił, zaczął mnie uspokajać. Mówił: "każdemu może się zdarzyć", "dobrze, że to tylko tak się skończyło". Nie zasłużyłem sobie na takie słowa, ale poczułem mocno, że tego potrzebowałem. Następnie facet spytał mnie o 5 zł. Dałem mu kilkanaście złotych, wysypując drobne z portfela do jego rąk. Dopiero jak poszedł zrozumiałem, że albo nie jest jej synem i wykorzystał sytuację, albo sprzedałby za alkohol najwyższe ludzkie wartości.

Odjazd karetki i słowa faceta trochę mnie uspokoiły. Dziewczyny szczekały trochę mniej i czekały na policję, którą zawiadomiły. Syn poszedł pić. Jedna ze szczekających sama podsunęła mi pomysł, powiedziała, że zezna, iż źle udzielałem pomocy i że za to też jest parę latek. Podszedłem do nich wolnym krokiem, ucichły, jakby się wystraszyły, co teraz zrobię. Powiedziałem: "nie udzieliłyście pierwszej pomocy, za to grozi odpowiedzialność karna". Odwróciłem się i poszedłem do samochodu poczekać na policję. Gdy wsiadłem, dziewczyn już nie było, nawet nie zdążyłem się zorientować kiedy i w którą stronę uciekły. Zadzwoniłem do żony, znając moje przesadne poczucie humoru nie uwierzyła mi i się rozłączyła. Telefon się rozładował. Syn potrąconej wrócił. Mówię, że potrzebuję telefonu. Poszedł po kolegę, który miał telefon. Kolega też okazał się być spragnionym. Po drugim telefonie żona mi uwierzyła.

Reasumując: 8 miesięcy w zawieszeniu na 3 lata i 1000 zł kary.
Poszkodowana 18 tys. z OC.

#2.

Do mojego ślubu przygotowywałam się przez niemalże rok. Dzięki rygorystycznym treningom schudłam kilkanaście kilogramów, zadbałam o cerę, nauczyłam się tańczyć (co szczególnie wielkie dla mnie osiągnięcie, bo z natury jestem straszliwą łamagą) i udało mi się opanować sztukę chodzenia w butach z nieco większym obcasem. Ostatnie miesiące spędziłam przed lustrem, powtarzając tekst przysięgi małżeńskiej.

Kiedy przyszło mi stanąć przed ołtarzem, a ksiądz podsunął mi pod nos mikrofon, tak bardzo się zestresowałam, że na oczach zebranej w kościele rodziny i znajomych ordynarnie narzygałam na garnitur mojego przyszłego męża oraz sutannę zszokowanego moim nieoczekiwanym zachowaniem duchownego.

#3.


Jako małe dziecko byłam molestowana przez osobę z rodziny. Wszystko to trwało od trzech do czterech lat. Ciężko jest mi to uporządkować chronologicznie w głowie. Nie wiem, czy to nie ze względu na to, że przez długi okres czasu starałam się o tym zapomnieć tak, jakby to wszystko się nigdy nie wydarzyło.

Molestowanie zakończyło się tak naprawdę dzięki mojej własnej interwencji. Gdy trochę podrosłam, odważyłam się komuś o tym powiedzieć (co wcale nie było takie proste). Przyznałam się osobie z rodziny, która musiała przekazać to dalej (nie wiem ile osób wie, na pewno moi rodzice). Już wtedy czułam się strasznie 'brudna". Osoba, której się zwierzyłam, zapewne ze względu na swój podeszły wiek, też nie wytłumaczyła mi tego w rzetelny sposób. Powiedziała, że ten kontakt fizyczny, w tym wieku i to w dodatku z "nim" jest strasznym grzechem i za takie czyny mogę się potem smażyć w piekle (tak, teraz gdy już nieco dorosłam widzę, jak niedorzeczne to brzmi).

Nikt nigdy o tym ze mną do dziś nie porozmawiał. Nawet rodzice nigdy nie poruszyli ze mną tego tematu, co mnie po prostu bardzo boli.
Wiem, że wiele kobiet jak i mężczyzn przeżyło molestowanie, a nawet o wiele gorsze rzeczy. Wiem też, że wiele z tych silnych ludzi radzi sobie po tym w mniejszy lub większy sposób. Ale ja po prostu nie potrafię.

Od gimnazjum zmagam się z ciągle nawracającymi myślami samobójczymi. Czasem jest lepiej, czasem gorzej. Zaczęłam się samookaleczać i udawało mi się to maskować przed wszystkimi przez ponad rok. Mama odkryła moje rany przypadkiem, w końcu nie mogłam tego ukrywać w nieskończoność. Nie potrafiłam i nie potrafię się nikomu zwierzyć, przez co gdy dopytywała w kółko, czy robię to dla "atencji", w końcu ze łzami skłamałam, że tak. Chciałam jak najszybciej uciec od tej rozmowy.

Dziś, gdy jestem w klasie maturalnej, doszło mi wiele nowych problemów, nie tylko tych szkolnych. Nie wiem, do czego dążę, a tym bardziej po co. Nienawidzę swojego odbicia w lustrze, brzydzę się tym, co w nim dostrzegam. Boję się dotyku. Mam ochotę ze sobą skończyć i choć kilka lat temu bałam się śmierci, dziś jest mi naprawdę obojętne to, czy żyję.

Na szczęście dzięki koronawirusowi nie spotkaliśmy się na święta. Nie musiałam znowu sztucznie uśmiechać przy świątecznym stole, dzielić się z nim opłatkiem i słuchać pochwał rodziny, jaki to on nie jest wspaniały, na jakie to studia nie chodzi i jaką to on ma wspaniałą i piękną dziewczynę. Dobre i to.

#4.

Sytuacja miała miejsce jakieś 15 lat temu, kiedy byłam jeszcze brzdącem uczęszczającym do 1 klasy podstawówki. Jedną z umiejętności, które miałam tam posiąść, było rozwiązywanie prostych zadań matematycznych. Pamiętam, że każde dziecko miało swój zeszycik, w którym obliczało zadane działania. Zeszyt był następnie zabierany przez nauczycielkę do oceny. Po jednym z takich sprawdzianów byłam z siebie bardzo zadowolona, bo obliczenia nie sprawiły mi wielkiej trudności. Byłam więc bardzo zdziwiona, kiedy zeszyt wrócił do mnie z niezbyt wysoką oceną.

Okazało się, że przy kilku równaniach nauczycielka przyznała mi zero punktów. Były to zadania na odejmowanie typu 3 minus 5, 2 minus 7. Jako wynik tych działań podałam odpowiednie liczby ujemne. Zapytałam nauczycielki, dlaczego nie otrzymałam punktów za moje rozwiązania, a ta odpowiedziała, że powinnam wpisać 0, bo nie uczyliśmy się jeszcze liczb ujemnych...

#5.


Sytuacja, która mi się przytrafiła, miała miejsce rok temu w osiedlowym sklepie spożywczym. Wielkie święto - Tłusty Czwartek. Chcąc zakupić pączka, kulturalnie przywitałem się z ekspedientką, po czym powiedziałem:
- Poproszę pączka.
- Którego? - spytała.
Niezdecydowany rzuciłem, że obojętne.
- Proszę pana - kontynuowała - gdyby to było obojętne, to ludzie zamiast w usta, to by się w dupę całowali.

I tak oto ja, jako młody 20-letni mężczyzna, zostałem zgaszony przez kobietę w podeszłym już wieku.

#6.

Nie kocham swojego dziecka.

Ola była planowana. Bardzo planowana. Staraliśmy się o dziecko przez ponad 5 lat. Gdy zobaczyłam dwie kreski na teście, bardzo się ucieszyłam. I to by było na tyle z ciążowych radości. Sam pierwszy trymestr był całkiem w porządku, poza zmęczeniem. Kiedy na pierwszym USG zobaczyliśmy bijące już serduszko, mąż ścisnął mnie za rękę wzruszony, a ja się tylko uśmiechnęłam. Nie czułam nic, żadnego instynktu macierzyńskiego, żadnej radości, bardziej ciekawość. Wszyscy znajomi, nawet koleżanki w pracy gadały jedynie o mojej ciąży i dzieciach. Ja chciałam spotkać się na kawę, pogadać o tym, co słychać, poplotkować, a nie ciągle mielić o moim brzuchu. Przy drugim USG widzieliśmy już fikające w brzuchu dziecko, ruszające rączkami i nogami. Przyznaję, to było fascynujące i takie nierealne, jednak nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Kiedy po porodzie położyli mi dziecko na piersi stwierdziłam, że jest brzydkie jak noc. Całe opuchnięte, pomarszczone, czy to na pewno moje?

Zaczęłam się trochę niepokoić, gdzie ten cholerny instynkt. Chyba powinnam już zacząć kochać to tak bardzo wyczekane dziecko, prawda? Tak się nie stało. Ani miesiąc później, ani dwa, ani pół roku później. Kiedy w końcu jako tak zaczęło bardziej reagować na bodźce, uśmiechać się do mnie, pomyślałam, że może jednak w końcu się polubimy. Nie zrozumcie mnie źle, ja nie nienawidziłam mojego dziecka, z czasem je nawet polubiłam, ale nigdy go nie pokochałam jak np. swojego psa. Nie wyobrażam sobie życia bez niego, bez spacerów rano, zabaw z piłeczką i domu bez jego zapachu. Natomiast jeśli chodzi o moja córkę, to zajmuje się nią, bo wiem, że trzeba ją nakarmić, przewinąć, pobawić się. Nie robię tego z niechęcią. Robię to, bo chcę, bo decydując się na dziecko wiedziałam, że tak będzie. Jednak nie czuję tej wielkiej miłości. Przytulam, bujam, rozmawiam, uśmiecham się do niej, ale jeśli miałabym wybrać czyje życie uratować, to z pewnością byłby to mój pies…

Rozmawiałam o tym z psychologiem. Nie widzi w tym nic złego, twierdzi, że miłość jeszcze przyjdzie, ale ja czuję się, że zawiodłam w byciu matką. Przekopałam wiele stron i wiem, że nie tylko ja nie pokochałam od razu swojego dziecka, jednak u mnie trwa to już ponad rok, a ja nadal tylko lubię swoją córkę. Nie żałuję decyzji o dziecku, ale boję się, że nigdy nie pokocham jej tak, jak powinna kochać matka.

#7.


Od lat jestem wielką fanką skoków narciarskich. Mój mąż, wiedząc o mojej pasji, co jakiś czas robi mi prezenty w postaci różnych gadżetów związanych ze skokami.

W moje urodziny przyszedł do domu z bukietem kwiatów i dużym, kolorowym pudełkiem, w którym ewidentnie coś się ruszało. Jakież było moje zdumienie, kiedy się okazało, że w pudełku jest mały kotek. Miał czerwoną obróżkę z doczepioną karteczką. Było na niej napisane MACIEK.
Mąż powiedział:
- Niestety, nie udało mi się dostać nigdzie Kamila Stocha, ale za to załatwiłem dla ciebie Macieja Kota.
Znajomi robią teraz wielkie oczy, kiedy im mówię, że Maciek Kot zamieszkał u mnie w domu...

#8.

Około rok temu poznałem kobietę, przez miesiąc ukrywała fakt posiadania dziecka. Stwierdziła, iż zrobiła to po to, żebym mógł ją lepiej poznać, zamiast skreślić na początku. Już wtedy powinienem dać sobie spokój, ale serce już zdążyło zabić.

Piękna sielanka bardzo szybko się kończy, zwłaszcza po zamieszkaniu razem. Bardzo szybko doszło do mnie, że każdy wieczór będziemy spędzać w domu, ewentualnie na spacerze, bo nie ma z kim dziecka zostawić, bo w przeciwnym razie trzeba je wieźć do jej matki 60 km dalej i rano odebrać, a to wiąże się z trzeźwymi weekendami. Ja mam 27 lat i nie chcę spędzać życia jak emeryt. Popukać się też jak młodzi ludzie nie bardzo mogliśmy, ewentualnie w nocy, i to po cichu, żeby małej nie zbudzić. Już wtedy zaczynało mnie to wszystko irytować. Ona nie pracowała, bo mała miała 4 lata i chciała się nią zajmować. Już wtedy powinna mi się zapalić czerwona lampka, dlaczego dziecka nie można oddać do żłobka, a ona do pracy.

Doszło do mnie po czasie, że jako facet w tej relacji zawsze będę pełnił rolę drugoplanową i moje potrzeby zawsze będę na drugim miejscu - ja śpię w salonie, bo mała chce z matką, na wypadzie w góry musimy wracać, bo mała zmęczona. Chcę sobie obejrzeć coś w TV - nie, bo mała chce akurat bajkę itd. Paradoksalnie rękę po hajs wyciągała, kiedy pokazałem jej, że potrafię kupić małej to czy tamto, ale decyzji odnośnie wychowywania już nie mogłem podjąć. To nic, że mieszkali u mnie i żyli za moje, ale kto by się na to patrzył.

Czara goryczy przelała się, kiedy mała utopiła mój telefon służbowy, gdzie były wszystkie kontakty do klientów i inne ważne rzeczy. Uniosłem się na nią i usłyszałem od matki, że nie jestem jej ojcem i nigdy nie będę i mam nie podnosić głosu na jej dziecko.

Wylała mi na głowę kubeł zimnej wody. Poczułem się tak jakby ktoś mnie uderzył tępym narzędziem. Emocje wzięły górę i kazałem jej zabierać małego bachora i wyp…ć z mojego życia.

Była to najlepsza decyzja, jaką podjąłem od dłuższego czasu. Czuję w tym momencie psychiczną ulgę. Skończyło się znoszenie jej humorów i humorów małej, bo matka nie potrafiła zapanować nad własnym dzieckiem. Skończyło się oglądanie jej byłego faceta, który przychodził do dziecka i który wtrącał się na tyle, że w pewnym momencie miałem wrażenie, że jest nas w związku troje. Skończyło ogołacanie z hajsu, bo wszędzie gdzie byliśmy musiałem liczyć wydatki razy trzy, nie mówiąc już o lekach w razie choroby, ubrankach itp., które ja pokrywałem w większości. Żadnego pożytku z takiego związku. Seksu jak na lekarstwo, no bo nie ma kiedy przy wszędzie obecnym dziecku, które ma ADHD. Moje inne potrzeby też były marginalizowane lub ignorowane, no bo dziecko.

Nigdy więcej takiego bagna i jak najdalej od samotnych matek. Tylko bezdzietne.

W poprzednim odcinku

15

Oglądany: 50869x | Komentarzy: 130 | Okejek: 258 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało