Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Jak dokonałem apostazji

48 159  
353   198  
Nie jest to łatwa droga.

PIERWSZY KROK DO APOSTAZJI

Kiedy zostałem wkurwiony po raz 2137 tym, jak zachowują się hierarchowie kościelni, postanowiłem dokonać mojego formalnego odejścia z Kościoła. Pomimo wrodzonej nienawiści do biurokracji i mimo notorycznego braku czasu, wybrałem się w godzinach szczytu przez pół miasta stołecznego do parafii, w której byłem ochrzczony, by formalnie zaznaczyć swój sprzeciw. Byłem praktycznie pewien, gdzie mnie ochrzczono - był to kościół tuż obok miejsca, gdzie wtedy mieszkałem, pamiętałem go z dzieciństwa, kojarzyłem z jakichś najwcześniejszych zdjęć - gdzie jak nie tam?

Najpierw zadzwoniłem, ale powiedziano mi, że przez telefon i maila nie udzielają żadnych informacji i nigdzie mojego świadectwa nie prześlą (taka odmowa, jak się później dowiedziałem, jest niezgodna z prawem kościelnym) i mam pofatygować się osobiście.
Z 99,5% pewności, że to właściwe miejsce, podjechałem, odstałem swoje w kolejce, po czym siadłem naprzeciwko siostry w kancelarii.

Gdy zapytała, po co mi ów dokument, odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że do apostazji. Wtedy spotkały się nasze napięte spojrzenia. To był moment archetypowy, niczym w westernie Sergia Leone, w końcowej scenie, w której długa cisza zwiastuje nieuchronne odgłosy strzałów.

Czułem, że czeka na jakieś oznaki mojego wstydu, strachu, poczucia winy, wyrzutów sumienia, a może szatańskiego syczenia, ale jako że nie pojawiły się żadne z nich, odparła po chwili namysłu, że jestem dorosły i to moja decyzja, więc nie będzie mi robić problemów.
Zaobserwowałem u siebie dziecięcy impuls niedowierzającej radości, że ktoś traktuje mnie tu normalnie, więc pojawiła się przemożna potrzeba, by szczególnie za to podziękować (tak mamy przeprane mózgi, że normalne traktowanie i poszanowanie naszych praw traktujemy jako coś wyjątkowego i godnego podziwu), ale postanowiłem go nie wyrażać.

Tego chciałem uniknąć

I dobrze, bo bym się tylko wygłupił. Pani przejrzała jakąś księgę i powiedziała, że mnie tam nie ma, dopytując, czy jestem pewien, że to tu.

Odpowiedziałem uczciwie, że absolutnej pewności nie mam, bo nie pamiętam momentu chrztu, ale ze wszystkich poszlak wynika, że to tu (zacząłem wtedy mieć wątpliwości - może jednak warto było się upewnić i spytać rodziców). To była widocznie dla niej woda na młyn - zajrzała jeszcze raz, poprzekładała parę kartek i powiedziała, że jednak nie tu i żebym lepiej sprawdził. Spytałem, czy może nie jestem zapisany w jakiejś innej księdze - ale powiedziała, że nie, że ma ułożone nazwiskami i NIE MA TAKIEJ MOŻLIWOŚCI, BYM
KIEDYKOLWIEK BYŁ CHRZCZONY W TEJ PARAFII.

Wracając do domu, plułem sobie w brodę, że jednak lepiej było się upewnić, zamiast jechać w ciemno. Napisałem więc do mamy, pytając, gdzie byłem chrzczony - odpisała od razu, że właśnie w tejże parafii. Hmm, przynajmniej jestem usprawiedliwiony, pomyślałem, ale odpisałem jej, żeby sobie dobrze przypomniała, bo właśnie tu byłem i skierowali mnie gdzie indziej. Może mimo wszystko gdzie indziej? Powiedziała, że zajmie się tematem.
Po kilku dniach przyniosła mi świadectwo chrztu, które od lat leżało gdzieś u niej w szufladzie. I teraz zagadka roku: Jak myślicie, w jakiej parafii byłem chrzczony?

Tak, dobrze myślicie.

W tej, w której absolutnie nie ma żadnej takiej możliwości i w której siostra nie mogła mnie znaleźć.
Przypadek?
Nie sądzę.

Dlaczego oni tak robią?
Bo mogą.

APOSTAZJA WŁAŚCIWA

Byłem przygotowany na ciężką przeprawę, bo parafia, przy której mieszkam, oznaczona jest czerwoną pinezką na mapie - co oznacza, że proboszcz robi problemy osobom chcącym się wypisać. Żeby móc łaskawie skorzystać z mojego prawa do wypisania się, dbam o to, by zabrać wszystkie papiery i zapamiętać kościelne regulacje, gdyż księża lubią przy niektórych punktach mijać się z prawdą. To drugiej podejście, bo za pierwszym nie było proboszcza i trochę mi głupio, że dokumenty noszone przez kilka dni w kurtce trochę się pogniotły.

Gdy wchodzę, proboszcz komentuje wygląd dokumentów, ale mówi, że je podpisze, bo nie chce robić problemów. Wyraźnie jednak chce mi dać do zrozumienia, że idę złą ścieżką. Wmawia mi, że uzasadnienie, które pisałem z wielką pasją, skopiowałem z internetu, gdyż jest tam fałszywy fragment o wspieraniu rzezi na Indianach, czego sam bym rzekomo nie wymyślił. Oczywiście, że nie wymyśliłem, wierzę historykom, więc tłumaczę kulturalnie, że tekst pisałem sam, a on mija się z prawdą, próbując cała winę za indiańskie masakry zrzucić na protestantów.


Wtedy coś mu się odpala i nagle, znienacka, zaczyna upierać się, że nie będzie mnie obsługiwał, jeśli nie przestanę mówić do niego per pan, a nie zacznę per ksiądz. Nie przeszkadzało mu, że powiedziałem tak wcześniej kilka razy, dopiero Indianie go wkurzyli i stał się taki drobiazgowy. Tłumaczę, że jest dla mnie taką samą osobą jak każdy, wiec mówię tak jak do każdego. On wtedy zaczyna mówić do mnie per pani (!!!), a gdy widzi, że wcale nie czuję się obrażony - mówi, że nie obsłuży mnie, póki nie będę tytułował go księdzem proboszczem.

Widzę, że mam do czynienia z osobą ekstremalnie upartą, więc mam dwa wyjścia. Mogę zrobić coś, co znam, umiem, nieraz stosowałem na studiach - grzecznie wsłuchać się w rozmówcę, obniżyć swój status, pójść po linii najmniejszego oporu i za 3 minuty wyjść z załatwioną sprawą, ale też i poczuciem upokorzenia, albo zrobić to inaczej.
Czuję też, że wcale nie chcę dać się zdominować w tym pożegnalnym akcie relacji z tą instytucją, że są rzeczy ważniejsze, że prostackie skłonienie mnie do posłuszeństwa nie może mu ujść na sucho i nie będę się przed nim płaszczył, by mnie łaskawie wypisał. Nie jestem studentem, który spóźnił się pół roku z oddaniem indeksu, tylko zgodnie z prawem żądam wypisania mnie z KK. Domyślając się konsekwencji, odmawiam, tłumacząc, że będę się do niego zwracał jak do każdego innego człowieka. On mówi, że nie będzie podpisywał pogniecionych dokumentów i że mam przynieść dowody, że mieszkam pod swoim adresem (bezprawnie zresztą, sprawdziłem to wcześniej - nie ma takiego wymogu).
Mówię mu, że jak zaraz nie zmieni zachowania, to dzwonię do kurii - reaguje na to lekceważąco i każe mi wyjść, bo inni ludzie czekają. Gdy mówię, że nie wyjdę, dopóki nie zrealizuję mojego prawa do wypisania się z ich organizacji, wychodzi i obsługuje ludzi na korytarzu, skarżąc się im na moje zachowanie. Ja tymczasem próbuję dodzwonić się do kurii.
Niestety akurat nie ma odpowiedzialnego za to człowieka, będzie za 30 minut. Jak pech, to pech.

Uradowany brakiem odpowiedniej osoby ksiądz mówi, że nie obchodzi go zdanie kurii, on nie podpisze i już, bo mam pogniecione dokumenty i nie mam zaświadczenia o adresie zamieszkania. Przypominam mu, że przed chwila dokumenty mu aż tak nie przeszkadzały, a żądanie takiego zaświadczenia nie ma podstaw prawnych.
Wtedy znów coś się w nim gotuje, mówi do mnie „synku” i zaczyna przemawiać na „ty”. Odpowiadam, że wódki razem nie piliśmy i nie będziemy mówić do siebie jak koledzy.
To już sprawia, że gotuje się na maksa i mówi, że zaraz mnie wyciągnie za kark z tej kancelarii. Sam jestem ciekaw takiej konfrontacji, więc stwierdzam, że życzę powodzenia. Uświadamia sobie chyba absurd tej groźby, bo wraca do poprzedniej taktyki i mówi, że nie podpisze nic, bo ja go nie szanuję.

I tak sobie siedzimy, niestety odpowiedniej osoby w kurii wciąż nie ma, choć wydzwaniam, a ja powoli muszę iść do pracy. Na wiele komplikacji byłem przygotowany, ale przyznaję, że nie wziąłem pod uwagę upartego „co mnie obchodzą wytyczne kurii, nie podpiszę i już”.
Rozmowa do czasu pierwszego telefonu była przeze mnie nagrywana (później nie włączyłem dyktafonu, a szkoda).

Dla mnie to była esencja pasterzy tej religii - gburów, którzy za nic maja prawo państwowe, a nawet kościelne, a jeśli nie jesteś im posłuszny, to nazywają to brakiem szacunku.

Dopiero pięć minut po wyjściu od niego udało mi się złożyć skargę w kurii, byli zniesmaczeni jego zachowaniem i powiedzieli, że załatwią to tak, bym następnym razem mógł już bez przeszkód wypisać się z KK. Dostałem maila:

"Wygląda na to, że Proboszczowi "nerwy puściły". Po wyjaśniającej rozmowie z ks. Proboszczem ustaliliśmy, że apostazja będzie przyjęta. Dla uniknięcia niepotrzebnych napięć, może ją Pan złożyć w kancelarii parafialnej w godzinach jej otwarcia wobec któregokolwiek księdza (nie musi to być proboszcz). [...]

Tak więc oficjalnie jeszcze przez tydzień będę liczony jako katolik.

HAPPY END

Czy myślicie, że proboszcz poinformował swoją ekipę o wyjątkowej sytuacji, że kuria zezwoliła mi na oddanie rezygnacji w kancelarii bez jego obecności? No jasne, że nie.
Na pewno był przepracowany biedaczek i zapomniał.

Więc wchodzę i widzę młodego księdza, który oczywiście o niczym nie wie i nie słyszał, więc próbuje zrobić dokładnie to, czego się obawiałem i próbuje spławić mnie do proboszcza. Wystarczyła odrobina złośliwości i mógł całkiem miło odesłać mnie na poniedziałek, zasłaniając się niewiedzą i przepisami. Ale różnica polegała na tym, że trafiłem tym razem na człowieka, który był NORMALNY. Jego normalność przejawiła się w tym, że zobaczywszy maila od kurii, po prostu stwierdził, że w tej wyjątkowej sytuacji przyjmie moją deklarację i prześle tam, gdzie trzeba. Nie wyczułem od niego żadnej oceny, co najwyżej smutek, nie powiedział żadnego negatywnego zdania, na końcu szczerze podziękowałem mu za obsługę i życzyliśmy sobie wszystkiego dobrego.

Można?

Można.

W ten sposób doświadczyłem na koniec całego spektrum, spotykając się również z tym miłym aspektem, który ponownie przypomniał mi, czemu tak wiele osób ma na temat tej organizacji pozytywne zdanie i dlaczego pewnie tak trudno jest zestawić jej mroczną (której osobiście nie doświadczyli) i jasną stronę.

Gdyby wszyscy duchowni tacy byli, jak inaczej wyglądałby świat!
Ale nie są i dlatego jestem dumny z mojej decyzji.

Dziś jest dobry dzień na szampana.

Gorąco polecam.

* * * *
PS. Kościół i tak złagodził wymogi co do apostazji, jeszcze w 2011 roku trzeba było mieć dwóch świadków katolików i był to teatralny "akt apostazji", który uroczyście podpisywało się w obecności proboszcza.
50

Oglądany: 48159x | Komentarzy: 198 | Okejek: 353 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

29.09

28.09

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało