Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

„Man Behind the Sun” - czyli film, po obejrzeniu którego, będziecie długo dochodzić do siebie

91 755  
188   40  
Są filmy, które wspomina się głównie przez pryzmat szoku, niezależnie od gatunku czy celu stworzenia takiego obrazu. „Salo, czyli 120 dni Sodomy” na podstawie prozy Markiza de Sade porażało obrzydliwością w ujęciu klasycznym przy jednoczesnym akompaniamencie śpiewnego, włoskiego języka. „Cannibal Holocaust” wywoływał odruchy wymiotne scenami zabijania prawdziwych zwierząt, a „zamordowani” aktorzy w sądzie musieli potwierdzać fakt, że... żyją.
W czołówkach zestawień niezbyt wygodnych dla oka odbiorcy produkcji przoduje też „Oddział 731” – obraz, po którym trzeba przez dłuższy moment dochodzić do siebie (jeśli tylko ktoś da radę na raz przebrnąć przez 90 minut okropieństw). I nie chodzi tu tylko o ekstremalnie naturalistyczne sceny, potrafiące wywrócić żołądek na drugą stronę, ale przede wszystkim świadomość faktu, że zdarzenia pokazywane na ekranie wydarzyły się naprawdę.

UWAGA – MOGĄ PRZYTRAFIĆ SIĘ SPOJLERY




„Odział 731” (szerzej znany pod tytułem „Man Behind the Sun”) miał swoją premierę w 1988 roku – był to czas, kiedy świat miał już niejedną sposobność, by oswoić się z ekranową brutalnością. W końcu „Faces of Death”, będący klasykiem kina mondo, nakręcono 10 lat wcześniej; nie mówiąc już o wiarygodności serii „Guinea Pig” (jej druga część sprawiła, że sam Charlie Sheen poinformował FBI o rzekomych morderstwach, które oglądał na ekranie). Jeśli miałoby się określić widełki czasowe, kiedy śmierć na ekranie finalnie przestała być tematem tabu (a często stawała się wręcz magnesem dla spragnionych kontrowersji widzów), należałoby postawić chyba właśnie na lata osiemdziesiąte. W opisach przywoływanej dziś i raczej kiepsko rozpoznawalnej w Polsce hongkońskiej produkcji, często pojawia się słowo „infamous” (ang. owiane złą sławą) w dużej mierze zarezerwowane dla tytułów wymienionych przed chwilą. Czy jednak należy szukać wspólnego mianownika w filmach bazujących przede wszystkim na „shock value”, a „Man Behind the Sun”? Nie do końca.

Ukazane tam wydarzenia to przede wszystkim jeden z wycinków dziejowych, o których raczej mało kto miał okazję usłyszeć na lekcjach historii – ta sytuacja zresztą prawdopodobnie nie zmieni się w najbliższej przyszłości. Perspektywa zdalnego nauczania nie sprzyja wchodzeniu na niezbyt oczywiste edukacyjne ścieżki, a historia II Wojny Światowej i XX wieku w ogóle, przez gros nauczycieli wałkujących starożytny Egipt, rozbicie dzielnicowe czy bitwę pod Grunwaldem, zazwyczaj traktowana jest po macoszemu. Ale to kwestia szersza niż dotycząca wyłącznie polskiego systemu edukacji.

Wiedza na tak niewygodne tematy była i jest często mocno reglamentowana (najlepszym przykładem w tym dokładnie wypadku jest... Japonia) – jak wspominał w wywiadzie udzielonym dla nieistniejącego już portalu Horrorview.com reżyser „Men Behind the Sun”, Mou Tun-fei, on sam dowiedział się o zbrodniczej działalności oddziału już jako dorosły człowiek. Przyznał, że w 1980 roku miał dość kręcenia niezbyt ambitnych filmów o kung-fu i gdy chciał już zabierać się za tematykę dziecięcą (wszelkie „poważniejsze” tematy społeczne czy polityczne były wówczas zakazane w chińskim kinie), udało mu się trafić na krótką książkę wydaną niecałą dekadę po zakończeniu II wojny światowej.

Był to kamień, który poruszył lawinę. W dużym stopniu w trwającym 4 lata researchu pomogła żona filmowca, Amerykanka, która zyskała dostęp do ważnych (od niedawna odtajnionych) informacji z Archiwów Narodowych; w dotarciu do prawdy pomagały też dokumenty rosyjskie i japońskie. Wiele źródeł zniknęło jednak na zawsze. Należy pamiętać, że gdy wojna dobiegała końca, pozostali w jednostce więźniowie zostali zabici – ich ciała oraz inne dowody zniszczono, a o działalności jednostki nie wiedziała nawet spora część okolicznych mieszkańców.


Japonia co prawda była sygnatariuszem protokołu genewskiego z 1925, jednak kto by się przejmował takimi szczegółami, jak akceptowanie jego postanowień. Nie możemy korzystać z broni chemicznej? Wolne żarty! Kraj Kwitnącej Wiśni najwyraźniej pragnął stać się pionierem w badaniach nad wytrzymałością ludzkiego organizmu. Jedną z ważnych postaci tych „eksperymentów”, i zarazem bohaterem, wokół którego toczy się akcja „Man Behind the Sun”, był urodzony w 1892 roku japoński generał Shirō Ishii (w tej roli niezwykle przekonujący Gang Wang). Lekarz-psychopata będący emanacją azjatyckiego szaleństwa. Znamienna jest scena, w której, chcąc udowodnić swoją rację, duszkiem wypija własny mocz. W oczach reżysera to jednak bardziej kat niż ofiara.

Sądzę, że wierzył, iż to, co robi, było jak najlepsze dla Japonii. Ishii, podobnie jak wielu wojennych zbrodniarzy, po 1945 roku uniknął sądu. Ekspert od chemicznej i biologicznej broni został złapany i zatrudniony przez amerykański rząd. Ubiegli oni Rosjan, którzy również interesowali się generałem Ishii. Choć nie ma dowodów na jego pomoc w pracach nad bronią użytą w wojnie koreańskiej, Mou Tun-fei nie wątpi, że tak właśnie było. Ishii zmarł na raka w 1959 roku w Tokio jako wolny człowiek.

Ishii naprawdę i w filmie

Mou Tun-fei główną winą zarówno za działalność jednostki 731, jak i masakrę nankińską, obarczał rząd. W jego opinii żołnierze, lekarze i całe społeczeństwo wiedziało tyle, ile cesarz Hirohito uważał za słuszne. Co ciekawe, filmowiec sytuację z II Wojny Światowej zestawił ze znacznie bardziej współczesnym konfliktem zbrojnym – amerykańską wizytą w Iraku w 2003 roku. A jeśli chodzi o realizację filmu, chiński rząd nie zamierzał ułatwiać sprawy. Gdy w 1986 roku reżyser zabierał się za kręcenie filmu, musiał zwrócić się do Komitetu Centralnego oraz sekretarza z prośbą o zgodę. Swoje obawy głośno wyrażało także Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Chiny i Japonia od wielu lat przecież żyły w pokoju i takie rozgrzebanie ran sprzed ponad 40 lat mogło zaszkodzić tym relacjom. Mou Tun-fei jednak postanowił dopiąć swego, tłumacząc, że chodzi mu wyłącznie o pokazanie faktów z przeszłości.

Nie były to jedyne potyczki reżysera z chińskim aparatem państwowym – w trakcie kręcenia kolejnego szokującego obrazu, „Black Sun: The Nanking Massacre”, aż trzy razy kazano mu zmienić tytuł. Produkcja finalnie ujrzała światło dzienne w 1995 roku, jednak nie w Chinach. Ojczyzna Ishiiego także nie powitała „Man Behind The Sun” z otwartymi ramionami.

Film w Japonii był pokazany tylko raz w jednym kinie, którego pracownicy po projekcji otrzymali telefon. W razie ponownej prezentacji obrazu kino miał zostać spalone, a ja zabity. Nie obawiałem się o swoje bezpieczeństwo, jednak zrezygnowano z kolejnych projekcji – wspominał reżyser.

Twórcy filmu rzeczywiście zależało na wiernym podejściu do historycznej prawdy. Już sama lokalizacja planu filmowego w mandżurskim Harbinie pokrywała się z miejscem stacjonowania jednostki 731. Na jej dawnej siedzibie, gdzie pod koniec lat osiemdziesiątych znajdowała się szkoła, ponownie zawisły japońskie barwy, co wprawiło mieszkających tam starszych ludzi – kompletnie nieświadomych „charakteryzacji” planu filmowego – w spore osłupienie i przerażenie.

Co ciekawe, „Man Behind the Sun” pierwotnie miał być dokumentem. Japońska armia jednak zadbała, by nagrania dokumentujące eksperymenty zostały zniszczone i konieczna była weryfikacja planów. Reżyser, już ponad 10 lat po premierze „Oddziału”, nazywał ten pomysł politycznym gorącym ziemniakiem, na który nikt nie chciał wyłożyć kasy. W międzyczasie pojawił się jednak chiński producent, który zainwestował pieniądze w film – pokrył ponad 60% kosztów i nie wtrącał się w artystyczną wizję, co dla reżysera było typową sytuacją win-win.

Jednostka 731 z lotu ptaka

O tragedii pokazanej w „Man Behind The Sun” szczegółowo opowiada (niestety, wciąż nieprzetłumaczona na polski) książka „Jednostka 731: Laboratorium diabła”. Identyczny tytuł ma również pochodzący z 1992 roku quasi-sequel filmu (wyreżyserowany już jednak przez Godfreya Ho). Andrzej Mężyński w zamieszczonej w „Dzienniku” recenzji publikacji napisanej przez azjatyckich naukowców Yang Yan-Jun i Tam Yue-Him wymieniał różne warianty przekraczania wszelkich wyobrażalnych granic „eksperymentu”. Należy pamiętać, że – o zgrozo – fragment jego podsumowania to tylko część znacznie dłuższej litanii:

Japończycy eksperymentowali na ludziach w różny sposób – przeprowadzali sekcje, bez narkozy na żywych „marutach”, zarażali bakteriami, wystawiali na działanie silnego mrozu, czy też z samolotów zrzucali bomby, zawierające wirusy i bakterie. Ofiarami „lekarzy” padały niemowlęta, dzieci i dorośli. Opisy sekcji są prawdziwie przerażające, gdy przytaczane są zeznania, jak Japończycy wycinali – bez znieczulenia – 12-letniemu Chińczykowi organy, nie przejmując się krzykami chłopca. Jednocześnie testowano też metody zarażania takimi chorobami, jak dżuma czy cholera. Podawano wirusy w zastrzykach i doustnie. Różne dawki, by sprawdzić, jaka jest minimalna skuteczna doza, potrzebna do zabicia człowieka. Szacuje się, że w konsekwencji eksperymentów zginęło około trzech tysięcy pozbawionych człowieczeństwa nieszczęśników nazywanych „marutami”, choć liczba rzeczywistych ofiar działalności 731 oceniana jest nawet na kilkaset tysięcy.

W filmie opowiadającym o tak tragicznym wycinku dziejów śmierć musiała odgrywać pierwszoplanową rolę. Mając na uwadze niski budżet, który wynosił zaledwie 200 tysięcy dolarów (szacuje się, że pochodząca także z 1988 roku „Szklana pułapka” kosztowała od 25 do 35 milionów zielonych), zdziwić może niezwykle wiarygodna charakteryzacja. Szkopuł w tym, że w niektórych scenach pojawiają się prawdziwe zwłoki, do tego ogromną większość aktorów stanowili kompletni amatorzy. Mou Tun-fei był wujkiem dziewczyny, która zgodziła się wystąpić w jednej z najbardziej przerażających scen. Tej, w której doktor ordynuje zamrażanie rąk, a następnie dokonuje sprawnego ściągania skóry na żywca. Nie dość, że zupełnie niedoświadczona aktorka trzymała odcięte ze zwłok przedramiona, to jeszcze prawie nabawiła się odmrożeń.


Rzeczywista była też scena autopsji. Sekcję zwłok na zmarłym kilka godzin wcześniej dziecku przeprowadzali prawdziwi, choć przebrani w kostiumy, lekarze za zgodą rodziców i policji. Wszystko po to, by – jak mówił reżyser – zrobić coś pozytywnego dla ludzi w Chinach. W tym newralgicznym czasie na planie znajdowały się zaledwie cztery osoby: makijażysta, operator i jego asystent oraz Mou Tun-fei. A jeśli chodzi o rekrutację, dzieci występujące w filmie, zatrudniono mieszkających w Chinach Koreańczyków. Jak przyznawał reżyser, ich fizjonomia bardziej pasowała do typu urody młodych Chińczyków z lat czterdziestych. Kreatywna improwizacja była na porządku dziennym. „Efekty specjalne” polegały między innymi na nierównej walce z przepychaniem świńskich flaków – imitujących, rzecz jasna, ludzkie.

Śmierć zarejestrowana na taśmie filmowej nie dotyczyła wyłącznie ludzi – jedne z największych kontrowersji związanych z „Man Behind The Sun” budzi scena, w której kot jest jedzony żywcem przez szczury, które następnie płoną – także żywcem. Według pochodzących z wydanego w 2010 roku dokumentu „Black Sunshine: Conversations With T.F. Mou” wypowiedzi twórcy filmu zwierzak miał być... wysmarowany miodem, który zlizywany był przez gryzonie. Sami przyznacie, że tłumaczenia te brzmią dość irracjonalnie. Niestety istnieje spora szansa, że sierściuch mógł podzielić los biednych żółwi i małp z „Cannibal Holocaust”. Należy też zwrócić uwagę na to, że Mou Tun-fei w szczerej rozmowie dla Offscreen poprosił o zmianę tematu tylko przy okazji poruszania wątku kota i szczurów.


Emisja „Oddziału 731” została zakazana w Australii (ponoć nawet cenzor nie dał rady go obejrzeć w całości), a w Wielkiej Brytanii, zanim trafił do szerszej publiczności, sprawne nożyczki wycięły co straszniejsze sceny. W Stanach skończyło się na recenzji w New York Poście (trzy gwiazdki) i krótkiej obecności w nowojorskich kinach. Jeśli chodzi o Chiny, reżyser przedstawiał szokujące dane – aż 16 osób miało umrzeć w trakcie seansów; na porządku dziennym były zasłabnięcia czy ucieczki z kina.

Najbardziej może dziwić jednak fakt, iż film nie był poprzedzany żadnymi ostrzeżeniami, przez co widzowie nie mieli pojęcia, czego mają się spodziewać. Podczas projekcji na Uniwersytecie w Tokio wśród publiczności pojawili się nawet żołnierze z jednostki. Jeden z nich zabrał głos, opowiadając zszokowanej, złożonej głównie ze studentów publiczności, że nie wszystkie tortury, które rzeczywiście miały miejsce, zostały pokazane w filmie.

Przyjaźń jest przyjaźnią; historia jest historią”. To zdanie, które otwiera film i jednocześnie przekaz, na którym Mou Tun-fei oparł sens powstania „Men Behind The Sun”. Obraz, który z pewnością nie każdy da radę obejrzeć, choć nie chodzi w nim przecież o epatowanie brutalnością i obrzydlistwem. To w głównej mierze fascynująca lekcja historii i etyki. „Czy oni zginęli na marne?” – o to reżyser pytał już w napisach końcowych.

Mou Tun-fei zmarł 25 marca 2019 roku w Filadelfii.

****
Jeśli po lekturze tekstu czujecie się na siłach, aby obejrzeć film, to dostępny jest on w całości na YouTube, ale wbrew tytułowi bez polskich napisów. Życzymy udanego seansu.
19

Oglądany: 91755x | Komentarzy: 40 | Okejek: 188 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało