Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

5 książek, które warto przeczytać

67 899  
311   163  
Pod poprzednim artykułem dotyczącym książek, który popełniłam (wieki temu), pojawił się komentarz bojownika @GreEn85, który ubolewał nad tym, że nie ma co czytać i że z tego powodu odczuwa wielką pustkę przy porannym posiedzonku. :-( Zainspirowana dramatem kolegi, postanowiłam stworzyć Wam krótką listę moich ulubionych pozycji literackich!


Podkreślam na starcie - listę własną, całkowicie subiektywną, z którą zapewne niektórzy z Was się nie zgodzą. Ja jestem na to przygotowana, Wy też bądźcie. Nie rwijcie włosów z głów, nie wbijacie paznokci w wewnętrzne części dłoni, nie rzucajcie kubkami o ścianę. Pogódźcie się z tym.

No dobrze, zaczynajmy.

Zapraszam Was w piękną podróż po mojej biblioteczce! (PS Jako że czytam wszystko nie ograniczając się do żadnego z nurtów, postaram się, aby lista była urozmaicona pod względem gatunków literackich).

#1. Autostopem przez Galaktykę, Douglas Adams



Drodzy Bojownicy, czy wiecie ile dróg musi przejść człowiek? Czterdzieści dwie!

Jak byście zareagowali, gdyby pewnego dnia podszedł do was znajomy i oznajmił, że jest kosmitą, a tak w ogóle to zaraz nastąpi koniec świata? Panikowalibyście, gdyby nagle niebo utonęło w żółtym blasku statków kosmicznych, które ogłosiłyby chóralnie, że przepraszają, ale muszą zniszczyć waszą planetę, bo Galaktyczna Rada Planowania Hiperprzestrzennego postanowiła poprowadzić przez wasz układ słoneczny trasę szybkiego ruchu i niestety stanowicie przeszkodę? Protestowalibyście na wieść, że przecież wszystkie plany zniszczenia były wystawione w miejscowym departamencie planowania na Alfa Centauri przez bite 50 lat, i że jak się nie podobało, to trzeba było wnieść protest? Myślę, że nie. Myślę, że całą uwagę skupilibyście na własnym wyparowywaniu. Mhm, tak myślę.

Puff! I Ziemi nie ma. Pozostaje po niej jedynie pusta przestrzeń we wszechświecie i krótki wpis w międzygalaktycznym przewodniku, brzmiący: "przeważnie nieszkodliwa". No dobra, prawda jest taka, że ostał się jeszcze jeden Ziemianin - Artur Dent, i tak jak wam, jemu też się to w głowie nie mieści. Artur wraz ze swoim przyjacielem - kosmitą - będącym, ściślej rzecz ujmując, zwykłym autostopowiczem z planety Beteleguza, został zgarnięty na pokład statku kosmicznego przez Dentrassi (sympatycznych gości, którzy w dodatku świetnie gotują). I tu rozpoczyna się przygoda.

Mamy Artura, który nie wie, co się dzieje. Mamy Forda Prefecta, który po 15 latach na zapchlonej Ziemi w końcu się wydostał i nie chce zbyt szybko umierać. Mamy dwugłowego prezydenta galaktyki, uroczą Trillian, no i Marvina, który cierpi na paranoidalną depresję.
Lepiej stronić od poezji Vogonów, nie wdawać się w dyskusje z komputerami, unikać liberalnych policjantów i dać sobie spokój z pytaniem o sens. Serio.

A, no i ręcznik. Zawsze pamiętajcie o ręczniku.



Seria "Autostopem przez Galaktykę" liczy sobie nie bagatela aż 5 części. I każda z nich, moim skromnym zdaniem, jest warta Waszej uwagi.

Książka nie każdemu może przypaść do gustu. Szczególnie tym, którzy nie mają poczucia humoru, albo tym, którzy nie mają poczucia humoru i pewnie tym, którzy nie mają poczucia humoru. Zawiedzeni mogą być również ci, którzy nie mają poczucia humoru i zakleszczyli gatunek fantasy w zbyt ciasnych ramach gatunkowych. Bo aby cieszyć się tą książką, trzeba jednocześnie otworzyć umysł i przestać myśleć. I nie pytać o sens, bo sens to czterdzieści dwa. ;)

PS Broń Boże nie odrzucajcie książki na rzecz filmu, a jeśli film chcecie obejrzeć (chociaż w ogóle nie warto), to najpierw sięgnijcie po książkę, ślicznie proszę, grzecznie radzę.

#2. Limes Inferior, Janusz Zajdel



Janusz Zajdel, będący prekursorem nurtu fantastyki socjologicznej w Polsce, stworzył dzieło będące nadzwyczaj błyskotliwą paralelą późnego PRL-u. Książka ta, wydana w 1982 roku, bardzo trafnie i przejrzyście alegoryzuje ówczesny porządek społeczny, który na naszych oczach sprawnie chyli się ku upadkowi.

Stanisław Lem uznał Limes Inferior za najoryginalniejszą powieść SF, jaką czytał.

Akcja powieści rozgrywa się w fikcyjnym świecie Argolandu zdominowanym przez wszechobecną komputeryzację. Społeczeństwo miasta podzielone jest na siedem klas społecznych, oznaczanych cyframi od zera do sześciu. Każda z cyfr odpowiada wynikowi testu na inteligencję, który przechodzi każdy z obywateli. Rolę pieniędzy w Argolandzie pełnią punkty: czerwone, zielone i żółte (zwane kanarkami). Punkty czerwone przyznawane są wszystkim, bez względu na klasę czy zajęcie, starczają jednak tylko na podstawowe produkty potrzebne do życia. Ilość punktów zielonych przyznawana jest w zależności od klasy społecznej, im wyższa klasa, tym większy przydział. Z kolei punkty żółte przyznawane są za wykonywaną pracę i tym samym mają największą wartość.

Punkty przechowywane są na tzw. Kluczu, będącym kombinacją portfela, dowodu osobistego, karty kredytowej, zegarka, kalkulatora, certyfikatu klasy intelektu oraz czytnika linii papilarnych (który pozwala na korzystanie z Klucza wyłącznie jego właścicielowi).

Ogólny zamysł jest więc bardzo prosty: jeśli jesteś zbyt głupi, żeby pracować, nie pracuj, państwo i tak da ci wystarczającą ilość punktów, abyś mógł funkcjonować. Jeśli jesteś ambitny i pragniesz więcej niż tylko to, co konieczne, nieustannie staraj się zwiększać swoją przydatność społeczną, a twoje zarobki wzrosną, bez względu na to, czy będziesz pracować czy nie. Premiowana jest bowiem sama gotowość i zdatność do pracy. Z kolei gdy kuszą cię towary luksusowe i te najwyższej jakości, pracuj, a będziesz mógł sobie na nie pozwolić.
Ponadto, dzięki powszechnemu obowiązkowi ukończenia studiów wyższych, każdy na starcie ma równe szanse, reszta zależy tylko od jednostki. Sprawiedliwie, prawda? Nikt nie zostaje bez środków do życia, nawet jeśli nie ma dla niego pracy, a natura nie obdarzyła go najwyższego lotu intelektem.

Jednak nie wszyscy w Argolandzie odnajdują się w tym jakże idealnym porządku społecznym. Nasz główny bohater Adi Cherryson alias Sneer, pomimo bardzo wysokiej inteligencji, wybrał inną drogę na zarabianie żółtych niż uczciwa i wydajna praca. Zajmuje się bowiem liftingiem. Za odpowiednią opłatą pomaga klientom zdać test na inteligencję i tym samym podwyższyć wartość ich klucza. Z trójki na dwójkę, z dwójki na jedynkę, z jedynki na zero. Stworzył całą rzeszę podliftowanych prezesów, zarządców i administratorów. Jednak dzięki swojemu sprytowi i inteligencji, nigdy nie zwrócił na siebie uwagi policji.

Czy aby na pewno...?

Janusz Zajdel stworzył bardzo kreatywną i przejrzystą alegorię społecznego porządku lat 80. W książce znajdziemy wiele nawiązań do minionych lat, ale i niemało przestróg. Chociażby przed tym, że nasza cywilizacja zmierza ku rychłej minimalizacji nakładów jednostkowej pracy, która z biegiem czasu zostanie zastąpiona przez automatyczną fabrykację. Wszechobecność maszyn wyręczających nas we wszystkim i kontrolujących każdą dziedzinę życia, jest przesądzona. Staniemy się pionkami na wirtualnej tarczy, sterowanymi przez integralne zasady globalnej komputeryzacji.

Prawda, brzmi jak fantastyka, jednak nie zapominajmy, że to fantastyka socjologiczna, analizująca współczesność i na tej podstawie prognozująca przyszłość.
A co do zakończenia książki? Uff, oryginalne. W jednej chwili usystematyzowana i logiczna osnowa powieści skręca w stronę fantastyczną, niemal bajkową, nie tracąc przy tym wiarygodności. Specyfikacja odbioru nabiera kolejnego elementu tajemniczości i zagadkowości... Gorąco polecam.

#3. Cień Wiatru, Carlos Ruiz Zafón



Jedna książka może zmienić życie człowieka.
Każda znajdująca się tu książka, każdy tom, posiadają własną duszę. I to zarówno duszę tego, kto daną książkę napisał, jak i duszę tych, którzy tę książkę przeczytali i tak mocno ją przeżyli, że zawładnęła ich wyobraźnią. Za każdym razem, gdy książka trafia w kolejne ręce, za każdym razem, gdy ktoś wodzi po jej stronach wzrokiem, z każdym nowym czytelnikiem, jej duch odradza się i staje się coraz silniejszy.

Tak jak 10-letni Daniel Sempere dał się omamić Caraxowi, tak mną zawładnął Carlos Ruiz Zafón. Cień wiatru jest jedną z moich najulubieńszych książek, pozycją wyjątkową i unikalną, która odcisnęła wyraźne piętno na mojej wyobraźni i świadomości, stając się niewątpliwym faworytem pretendującym do miana książki idealnej.

Kiedy tej pamiętnej, czerwcowej nocy, Daniela zbudził jego własny krzyk, ojciec wiedział, że już czas. W okowach mroku zaprowadził swego 10-letniego syna do miejsca na tyle wyjątkowego, że do tej pory zamykając powieki, widzę je wyraźnie oczami wyobraźni.
Ruszyliśmy ze strażnikiem owym zamkowym korytarzem i dotarliśmy do wielkiej, okrągłej sali, najprawdziwszej bazyliki ciemności, zwieńczonej kopułą, z której wysokości padały snopy światła. Niezmierzony labirynt korytarzyków, regałów i półek zapełnionych książkami, wznosił się po niewidoczny sufit, tworząc ul pełen tuneli, schodków, platform i mostków, które pozwalały się domyślać przeogromnej biblioteki o niepojętej geometrii. Na wpół ogłupiały spojrzałem na ojca. Uśmiechnął się i puścił do mnie oko. - Danielu, witamy na Cmentarzu Zapomnianych Książek.

Przyjęte było, aby osoba, która po raz pierwszy odwiedza to magiczne miejsce, wybrała jedną książkę i zaadoptowała ją, aby nie dotknęło jej wieczne zapomnienie. Tak też uczynił Daniel. Wybór padł na krwiście czerwoną okładkę, przeszytą złotym napisem "Cień Wiatru" Julian Carax.
Kiedyś usłyszałem, jak jeden z klientów ojca powiedział w księgarni, że niewiele rzeczy ma na człowieka tak wielki wpływ, jak pierwsza książka, która od razu trafia do jego serca.

I miał rację.

Daniel utonął całkowicie w świecie obrazów i emocji, jakich nigdy przedtem nie znał. Postacie tak realne, jak wydychane przez niego powietrze, porwały go w tunel przygód i tajemnic. I na zawsze zmieniły jego życie.

Zauroczony powieścią chłopiec postanawia odnaleźć inne książki autora i poznać jego tajemnicę, która z każdą kolejną przewracaną stroną, wydaje się być coraz bardziej niezwykła. Daniel nie zdaje sobie sprawy, że oto rozpoczyna się największa i najbardziej niebezpieczna przygoda jego życia, która da również początek niezwykłym opowieściom, wielkim namiętnościom, przeklętym i tragicznym miłościom. A wszystko to w cudownej scenerii Barcelony gotyckiej i renesansowej, secesyjnej i powojennej.
Przede wszystkim jednak książka snuje swą opowieść o niedomówieniach, drobnych kłamstewkach, tajemnicach i zaszłościach, które zebrane razem potrafią nie tylko zabijać ludzi i niszczyć fortuny, ale nawet oplatać swymi pajęczymi sieciami całe miasta. Łączyć ze sobą kontynenty i wżerać się głęboko w pamięć, pozostawiając serce pełne nienawiści, smutek i choroby psychiczne.

Jednak pomimo ciekawej fabuły i zaskakującego zakończenia, tym, co mnie najbardziej zachwyciło w książce, jest język... Bogaty, plastyczny i obrazowy. Przepełniony barwnymi metaforami i alegoriami. Mimo że książka liczy sobie 500 stron, nie ma momentów przegadanych ani monotonnych. Postacie mówią z sensem, zawsze trafnie, barwnie i zajmująco. Autor się nie śpieszy, snuje swoją opowieść powoli, ale z oczekiwanym skutkiem. Czytelnik, który docenia kunszt literacki, będzie spijał każde słowo i przystawał przy każdym akapicie.
Tak, to język jest największym atutem Cienia wiatru. Język ekspresywny, wielobarwny - piękny.

A Barcelona? Cóż, Barcelona Zafóna jest magiczna. Wyrosła w mej świadomości jako zlepek wszystkich miast, o których kiedykolwiek czytałam, i które kiedykolwiek widziałam. Jest tak prawdziwa, że aż namacalna, i tak tajemnicza, że zupełnie niedostępna. Barcelona cierpi, a im bardziej cierpi, tym jest piękniejsza.

Ktoś kiedyś powiedział, że aby zostać mądrym człowiekiem, wystarczy przeczytać 10 książek, jednak aby je znaleźć, należy przeczytać tysiące. Przyjmując te mądre słowa za pewniak, śmiem sądzić, że spośród tych wszystkich książek, które dane mi było do tej pory przeczytać, Cień wiatru należy zaliczyć do magicznej dziesiątki.

#4. Cud, Ignacy Karpowicz



Cud, o matko. Co to jest za książka! Absurdy logiczne, wypaczona konotacja, wszystko na opak, wspak, srak i pozornie bez sensu. Absolutnie uwielbiam takie literackie ecie-pecie :D, zabawę formą, tworzenie poza pudełkiem i całą tę groteskę codzienności. Czytałam wszystkie książki pana Ignacego i każda z nich zrobiła na mnie duże wrażenie, jednak Cud mnie niemalże zmiótł.

Fabuła jest prosta. Ania, 31 lat, pani neurolog, neurotyczna, ekscentryczna, atrakcyjna kobieta, która mimo wyobraźni, której mógłby pozazdrościć 3-latek z krainy szczęśliwości, prowadzi przyziemne, nudne życie, wypełnione codziennością po sam korek. Wszystko jednak zmienia się w pewien czerwcowy poniedziałek na jednej z warszawskich ulic. Ania spotyka Mikołaja. Szkopuł w tym, że Mikołaj właśnie zginął. Chłopak nie żyje. Błyskawiczny i - co godne podkreślenia - bezkrwawy wypadek pozbawił go przyszłości. Ania postanawia pomóc i zabiera zwłoki do Akademii Medycznej. I tu karuzela absurdu wchodzi w pierwszy zakręt. Ania się w Mikołaju zakochuje. Potężnie i bezkompromisowo. Postanawia zostać jego dziewczyną, od zaraz i na poważnie. W tym celu musi nie tylko uwiarygodnić teraźniejszość (i dowiedzieć się jak najwięcej o życiu swojego chłopaka), ale i sfabrykować przeszłość, stworzyć związek, którego nie było. Tymczasem karuzela absurdu nabiera już potężnego rozpędu. Mikołaj bowiem, idąc w ślad rozkosznej Ani, również postanawia pozostać w sprzeczności z rzeczywistością i... konsekwentnie nie stygnie. A czasem nawet otworzy jedno oko.

Poza zaskakującą fabułą, która z pewnością miała za zadanie stać się trzonem całej książki, na podium bezdyskusyjne wdrapuje się język. Warsztat Karpowicza jest pierwszorzędny. Mistrzowska zabawa słowem i formą. Z jednej strony przezroczystość stylu, klasyczne opisy wydarzeń, hiperbolizacja, ironia, wtrącenia, nie zawsze zgodne z regułami ortografii, ale absolutnie esencjonalne. Z drugiej strony biblijny patos sprowadzający do sacrum rzeczy niskie, nieczęsto cielesne i wulgarne. Patos trywialny, grubiański, niekiedy wręcz przaśny - no prawdziwy język Biblii, po prostu.

A morał? Pewnie każdy, kto tę książkę przeczyta, ma problem z morałem. Bo pomimo ciekawych rozwiązań fabularnych, pomimo kapitalnego stylu, wypadałoby również, aby była i puenta. Klasyczne podsumowanie, które tłumaczy nam po kiego grzyba ten Karpowicz w ogóle Cud popełnił. No cóż. Sama nie wiem. Może chodzi o to, że w naszej codzienności tak naprawdę nie ma miejsca na cuda, a jedynie na pojedyncze wydarzenia, które potrafią przewartościować porządek rzeczy. Może o to. A może nie. Oceńcie sami.

#5. Cokolwiek, Charles Bukowski



Tu nie będę się jakoś specjalnie rozpisywać, bo ciężko streścić jakąkolwiek książkę Bukowskiego. Niemniej warto przeczytać, jak nie wszystkie, to przynajmniej jedną. Polecam ze wszech miar.

Różne mamy w sobie pokłady cynizmu, różną wrażliwość emocjonalną i poziom pruderii. Niektórzy sięgając po tego autora pewnie stwierdzą z obrzydzeniem, że to jakiś odszczepieniec, łajdak i szubrawiec, a jego literatura nie niesie ze sobą niczego wartościowego i godnego przyswojenia. Co zresztą idealnie wpisuje się w opinię wielokrotnie powtarzaną przy okazji jego prozy, że "Bukowskiego się albo kocha, albo nienawidzi". Ja uważam, że to niesprawiedliwie. Ta nienawiść w sensie. Bo Bukowski jest łajdakiem, jest kanalią, pijakiem i seksoholikiem. Z poharataną od ospy twarzą wygląda jak bestia, przepełniona cynizmem i zjadliwością, istny diabeł na ludzkim padole. To prawda. Ale przy okazji, jakiż on boleśnie autentyczny. Ych.
Polecam.

No dobra. Bo ile można. Pewnie i tak co drugi z Was stwierdzi TL;DR.
Dzięki za uwagę. :-)
15

Oglądany: 67899x | Komentarzy: 163 | Okejek: 311 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

06.10

05.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało