Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Oto największe oszustwa w historii muzyki

76 244  
224   32  
Wszyscy znamy historię przekrętu stojącego za całą karierą Milli Vanilli. Nie jest to jedyny zespół, który zdobył popularność bezczelnie kantując swoich słuchaczy. Nie zawsze jednak sukces jest efektem celowego oszustwa. Czasem pomagają w tym szukające sensacji media, żarty, które wymkneły się spod kontroli, a nawet… miejskie legendy.

#1. Beatlesi nagrali album ukrywając się pod inną nazwą


Kiedy w 1970 roku rozpadł się uwielbiany przez miliony ludzi zespół The Beatles, wielu miłośników tej brytyjskiej kapeli długo jeszcze żyło nadzieją, że ich idole odrzucą waśnie, zakopią topór wojenny (najlepiej razem z Yoko Ono) i wrócą do studia, aby nagrać nowe kompozycje. Sześć lat po tym, jak każdy z muzyków poszedł swoją drogą, amerykańska wytwórnia Capitol Records, która to była odpowiedzialna za sukces Beatlesów za oceanem, wydała płytę „3:47 EST” tajemniczej grupy Klaatu. Album pewnie przeszedłby bez większego echa, gdyby nie miejscami ogromne podobieństwa do stylu Czwórki z Liverpoolu, a niektóre partie wokalne brzmiały jakby wyśpiewywali je Lennon i McCartney. Na opakowaniu z nośnikiem nie znalazła się żadna informacja o składzie zespołu, ani o tym, kto te kompozycje napisał.

https://www.youtube.com/watch?v=9URM_5R-vWk

Szybko gruchnęła plotka o tym, że Klaatu to reaktywacja Beatlesów, którzy po przerwie postanowili wrócić do wspólnego grania, ale pod inną nazwą. Lepszej promocji ekipa z Capitol Records nie mogła dostać. Album sprzedawał się całkiem nieźle, a zanim na jaw wyszło, że płyta została nagrana przez grupkę nieznanych nikomu, kanadyjskich muzyków, wydawcy swoje zarobili.

# 2. Recenzja nieistniejącego albumu supergrupy doprowadziła do nagrania tej płyty!


W październiku 1969 roku na łamach Rolling Stone’a pojawiła się recenzja płyty „The Masked Marauders”. Autor tego tekstu – Greil Marcus chciał obśmiać modne w tamtym czasie wydawnictwa nagrywane przez tzw. supergrupy, czyli zespoły złożone z największych gwiazd ówczesnej muzyki. Za albumem, o którym mowa stać mieli tacy giganci, jak John Lennon, Paul McCartney, George Harrison Bob Dylan i Mick Jagger. Ze względu na kontrakty ze swoimi wydawcami, żaden z artystów nie mógł jednak oficjalnie podpisać się pod tym wydawnictwem, a sama płyta nagrana została w tajemnicy przed światem, gdzieś w małej, kanadyjskiej mieścinie. Chociaż recenzja naszpikowana była żartami sugerującymi, że Dylan nauczył się śpiewać głębokim basem, a McCartney wykonał spontaniczny jam grając na pianinie i basie jednocześnie, wiele osób uwierzyło w istnienie tego albumu i zaczęło wyrażać swoje niezadowolenie z absolutnej niedostępności „The Masked Marauders” w sklepach muzycznych.
Płyty domagali się nie tylko jej potencjalni słuchacze, ale i managerowie Beatlesów, Micka Jaggera oraz Boba Dylana! Dziennikarze z Rolling Stone chcąc rozwinąć swój dowcip, zawarli układ z Warner Bros Records i zatrudnili nieznanych muzyków imitujących charakterystyczne wokale wspomnianych artystów. Biorąc pod uwagę, że album sprzedał się w ilości 100 tysięcy kopii, trzeba przyznać, że żarcik się udał.

https://www.youtube.com/watch?v=7aXvQ6cg9Vs

#3. Platinum Weird – jedna z największych, muzycznych mistyfikacji XXI wieku

Zanim Dave Stewart poznał Annie Lennox i razem z nią utworzył zespół Eurythmics, istniała jeszcze inna kapela, którą muzyk ten powołał do życia. Mowa o Platinum Weird. W 1974 roku on oraz bardzo utalentowana wokalistka Erin Grace rozpoczęli pracę nad kompozycjami, które miały znaleźć się na ich debiutanckim albumie. Niestety, projekt ten nie został przeprowadzony do końca. Załamana po śmierci jednego ze swych przyjaciół Grace porzuciła marzenia o karierze muzycznej i uciekła gdzieś razem z… chłopakiem Eltona Johna.


Trzy dekady później Dave Stewart miał okazję współpracować z Karą DioGuardi – znaną wokalistką i autorką tekstów. Muzyk podczas spotkania z nią zagrał jeden z utworów Platinum Weird. Ku jego zaskoczeniu Kara znała tę kompozycję, dzięki swojej mentorce – starszej pani, która wprowadziła ją w świat muzyki. Ową nauczycielką była Erin Grace, która przypadkiem mieszkała w sąsiedztwie rodzinnego domu Kary.
Natchniony wspomnieniami Dave podjął ważną decyzję i wydał nagrane wiele lat wcześniej materiały demo. Przy okazji też opublikowany został nakręcony przez VH-1 dokument o Platinium Weird, a wśród gwiazd wypowiadających się na temat swej fascynacji tym zespołem znalazł się Mick Jagger, Ringo Starr, Elton John i Annie Lennox.

https://www.youtube.com/watch?v=1SG8haYPLD4

W rzeczywistości cała ta dziwaczna historia była jedną, wielką ściemą. Stewart i Kara pracowali nad kompozycjami dla the Pussycat Dolls, jednak materiał, który napisali bardziej pasował do kapeli w stylu Fleetwood Mac niż do popowego girls-bandu. Jimmy Iovine – właściciel wytwórni Interscope, uznał jednak, że materiał ten jest bardzo interesujący i szkoda by było go porzucić. Zachęcił więc dwójkę muzyków do kontynuowania prac nad tym projektem, a przy okazji obmyślił plan „sprzedania” go – zarówno film dokumentalny, strona internetowa, jak i cała historia Platinium Weird to efekt kreatywności Jimmy’ego. Oczywiście również i gotowy materiał z rzekomych taśm demo nagranych jeszcze w latach 70. to mistyfikacja, a utwory zarejestrowano w 2006 roku.

#4. Mamoru Samuragochi – głuchy, japoński Beethoven

Geniusz – tyle można powiedzieć o Mamoru. Japoński kompozytor, syn ocalałych z bombardowania Hiroszimy, muzyków, który uczył się gry na pianinie pod okiem matki, a mając zaledwie 10 lat pisał własne utwory na ten instrument. Nie mając absolutnie żadnego wykształcenia muzycznego, Samuragochi nagrywał przyprawiające o ciary kompozycje na potrzeby filmów, ale także i gier komputerowych. Jeśli graliście kiedyś w serię „Resident Evil” to bardzo możliwe, że kojarzycie utwory Mamoru. Tymczasem dedykowana ofiarom bomb atomowych zrzuconych na Kraj Kwitnącej Wiśni płyta z nagraniem „Hiroshima Symphony No. 1” sprzedała się w liczbie ponad 100 tysięcy egzemplarzy!


Nazywany przez wielu „japońskim Beethovenem”, podobnie jak ostatni klasyków wiedeńskich, stracił słuch. A mimo to nadal komponował. Tak się w każdym razie wszystkim wydawało. Między latami 1996 a 2014 powstała cała masa świetnych prac Mamoru. Jak się okazało – żadna z nich nie była jego autorstwa… Utwory pisał niejaki Takashi Niigaki – przyjaźniący się z Samuragochim nauczyciel muzyki. Kiedy sprawa wyszła na jaw, a genialny kompozytor znalazł się w ogniu krytyki swoich fanów, Takashi wyznał, że jego „pracodawca” wcale nie był głuchy, a jedynie udawał.

#5. Bayer Full – chiński sukces i miliony odsłon na Youtube

Nie powinno się kopać leżącego – powiadają. W tym jednak wypadku sam leżący prosi się o soczysty łomot, więc głupio by było mu nie wykurwić z laczka i poprawić z kopyta. Po tym, jak Sławomir Świerzyński - lider disco-polowej kapeli Bayer Full dał przed kamerą popis swej ignorancji, spadły na niego gromy. A przy okazji na jaw wyszły wyjątkowo słabe „oszustwa”, jakich dopuścił się ten, jakby nie patrzeć – legendarny zespół, który to przez lata wprowadza nas w głęboką zadumę dzięki swemu poetyckiemu protest-songowi o majtkach upierdzielonych kropkami.


Na youtube’owym kanale Bayer Full znaleźć można utwory tej grupy, które to w samym tytule dopisane mają mocno naciągane ilości rzekomych odsłon. Jest to o tyle zabawne, że dosłownie parę pikseli niżej znajduje się informacja o autentycznych statystykach oglądalności materiałów kapeli. I tak na przykład wspomniane „Majteczki w kropeczki”, które w rzeczywistości odtworzone zostały już 2,4 miliona razy, okraszone są opisem informującym, że utwór ten wysłuchało już… ponad 395 milionów internautów!


Przy okazji tego mocno parówiastego oszustwa przypomniano też inny, znacznie bardziej spektakularny „sukces” Bayer Full. Otóż na początku nowego tysiąclecia media trąbiły o wielkim tournée zespołu po Chinach. Grupa miała nagrać płytę w tamtejszym języku i dosłownie szturmem podbić serca Azjatów. W rzeczywistości Świerzyński pojawił się w charakterze ciekawostki jako gość jednego z chińskich programów rozrywkowych, a album, o który to mieli zabijać się tamtejsi melomani, wydany został, owszem, ale w… w Polsce.


Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6
16

Oglądany: 76244x | Komentarzy: 32 | Okejek: 224 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

25.11

24.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało