Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Trudno uwierzyć, że te rzeczy naprawdę się wydarzyły!

81 974  
258   17  
Powiadają, że życie pisze najciekawsze scenariusze. Czasem są one tak nieprawdopodobne, że aż trudno uwierzyć, że historie te wydarzyły się naprawdę. Wydarzenia, o których przeczytacie, z powodzeniem mogłyby posłużyć za kanwę niejednego filmu!

#1. Kilkadziesiąt tysięcy zdjęć więźniów Auschwitz zachowało się dzięki ryzykownej akcji dwóch mężczyzn

Dziś spoglądające ze ścian muzeum w byłym obozie zagłady twarze umęczonych więźniów są przerażającym dowodem na ogrom zbrodni dokonanych przez ludzi napędzanych chorą ideologią. Niemcy, z typową dla siebie skrupulatnością, dokumentowali przybycie do obozu każdego człowieka, a jedną z procedur było dokładne sfotografowanie takiej osoby już po ogoleniu jej głowy i ubraniu w więzienne pasiaki. Zdjęcia robiono ludziom w trzech różnych pozach, a zadaniem tym zajmowali się więźniowie zatrudnieni w Erkennungsdienst, czyli laboratorium fotograficznym. Do obowiązków jego pracowników należało też wykonywanie dokumentacji prac Josefa Mengele, jednak te materiały na krótko przed ewakuacją obozu przewieziono do jednostki Gross-Rosen.







W tym też okresie wydano rozkaz zniszczenia wszystkich zdjęć i negatywów z fotografiami dziesiątek tysięcy więźniów Auschwitz. Zadanie to otrzymało dwóch więźniów – Bronisław Jureczek oraz Wilhelm Brasse. Pod okiem kierownika laboratorium Bernharda Waltera panowie zaczęli upychać w piecu dokumenty i klisze. Kiedy jednak SS-man wyszedł z pomieszczenia, Bronisław i Wilhelm czym prędzej wyciągnęli większość z negatywów i poukrywali je w pomieszczeniach należących do Erkennungsdienst. Chwilę przed rozpoczęciem ewakuacji fotografowie zaryglowali drzwi do pracowni, zabezpieczając tym samym 38 916 zdjęć więźniów tego obozu. Niedługo potem wszystkie te materiały zostały zebrane do worków i przekazane do biura Polskiego Czerwonego Krzyża w Krakowie, a dwa lata po zakończeniu wojny fotografie wywołano, opisano i umieszczono w gablotach nowo otwartego muzeum w Oświęcimiu.

#2. Oficer, który zrezygnował z emerytury w dniu zamachu z 11 września

Rankiem 11 września 2001 roku nowojorski oficer policji John William Perry odebrał swoje dokumenty – na ich mocy od tego dnia był już emerytowanym pracownikiem NYPD. Lubiany przez swoich kumpli z roboty, operujący wieloma językami twardziel, za dzieciaka miał spore problemy w nauce, ale dzięki dużemu wysiłkowi, który włożył w walkę ze swymi słabościami, Perry "wyszedł na ludzi". Teraz natomiast miał oddać przełożonym swoją odznakę i udać się na zasłużony odpoczynek od służby w policji. Planował też rozpoczęcie kariery prawniczej.


Pożegnania Johna z kumplami przerwane zostały przez informację o samolocie, który uderzył w jedną z wież World Trade Center. Emerytowany policjant, niewiele myśląc, podniósł z biurka odłożoną tam przed momentem odznakę i rzucił się biegiem w stronę miejsca katastrofy. Przez dłuższy czas Perry pomagał w ewakuacji ofiar ataku. Ostatni raz widziano go transportującego ranną kobietę z południowej wieży. Chwilę później budynek runął – policjant mógł uciec, ale wówczas musiałby porzucić osobę, której próbował ratować życie. Nie zrobił jednak tego i oboje zginęli pod gruzami walącego się drapacza chmur.
John William Perry był jedynym policjantem nie na służbie, który stracił życie w zamachu z 11 września. Dzięki poświęceniu cywilów oraz zmobilizowanych służb z całego miasta tamtego dnia udało się uratować 25 tysięcy osób!

#3. Bohater popularnego mema wykorzystał swoją sławę, aby uratować swojego ojca!

W 2007 roku rodzice małoletniego Sammy’ego Grinera zrobili mu zdjęcie na plaży. Brzdąc akurat jadł… piasek. Fotografia dzieciaka trzymającego w rączce swój „posiłek” trafiła do serwisu Flickr, a stamtąd – na szerokie wody globalnej sieci. Wkrótce wizerunek szczyla z hardą miną i zaciśniętą piąstką krążył po Internecie z podpisem „Nienawidzę zamków z piasku!”. Nie minęło dużo czasu, zanim mały Sammy stał się viralowym memem.


Kiedy w 2015 roku ojciec dzieciaka (Justin Griner) zachorował, okazało się, że rodzina ma zbyt mało pieniędzy, aby sfinansować jego leczenie po transplantacji nerki. Medykamenty, które sprawiają, że organizm nie odrzuca przeszczepu, kosztują majątek, a bez nich szanse na sukces operacji są praktycznie zerowe.
W tej sytuacji Sammy i jego rodzice ruszyli z kampanią „Success Kidney”. Wykorzystując słynny mem, z pomocą serwisu crowdfundingowego Go Fund Me, zebrali ponad sto tysięcy dolarów na sfinansowanie zarówno operacji, jak i leków immunosupresyjnych.


#4. Bill Gates kupił najdroższą książkę świata, aby… zrobić z niej wygaszacz ekranu

Kodeksu Leicester to pochodzący z XVI wieku i liczący sobie 72 strony zbiór pism, rysunków i dokumentów, których autorem był Leonardo da Vinci. Tekst, który zawarty jest w tej księdze, napisany jest w sposób przypominający lustrzane odbicie, co sprawiło, że wokół postaci jego autora pojawiło się wiele legend, w tym takich sugerujących poukrywanie przez niego całej masy „tajemnych” informacji. Tymczasem da Vinci pisał w ten sposób, bo był leworęczny i po prostu tak mu było wygodniej… Prace zawarte w Kodeksie Leicester dotyczą jego teorii na temat obserwacji wody i światła. Da Vinci poruszył też parę zagadnień dot. astronomii i geologii.


Po śmierci autora Kodeks trafił do jednego z uczniów Michała Anioła, którego spadkobiercy sprzedali bezcenne dokumenty pewnemu barokowemu malarzowi. Ten z kolei opchnął je Thomasowi Coke’owi – brytyjskiemu arystokracie, jednemu z pionierów rewolucji rolniczej. Wiele lat później Kodeks ponownie spieniężono – tym razem, aby zgromadzić fundusze na remont rodzinnego pałacu potomków Thomasa. Dzieło Leonarda za sumę 5,1 miliona dolarów zakupione zostało przez Armanda Hammera – potentata naftowego i filantropa. Po jego śmierci spadek wystawiony został na aukcję. W 1994 roku znalazł się ktoś na tyle zamożny, aby przebić inne oferty. Za 30,8 miliona dolarów Kodeks trafił do rąk Billa Gatesa. Przedsiębiorca zeskanował wiele stron Kodeksu i zrobił z nich… wygaszacz ekranu do swojego nowego produktu – Windows Plus!, będącego zbiorem dodatków do programów operacyjnych firmy Microsoft.


#5. Maskotka Nintendo - Mario zawdzięcza swoje imię prawdziwej osobie!

Mario Segale był dzieckiem włoskich imigrantów, którzy przybyli do USA w latach 30. ubiegłego wieku. Ich syn dość szybko skończył edukację i zamiast kontynuować naukę na wyższych uczelniach, postanowił założyć firmę budowlaną. Z dużym powodzeniem – warto odnotować.


W roku 1981 Segale spotkał się z grupą Azjatów, którzy zapragnęli wynająć od niego jeden z budynków, aby zrobić tam siedzibę amerykańskiego oddziału swej firmy. Biznesmen zgodził się, mimo że młodzi przedsiębiorcy ewidentnie nie należeli do szczególnie bogatych. Pracownicy Nintendo, bo tak zwało się japońskie przedsiębiorstwo, tworzyli właśnie grę pt. „Donkey Kong” (pierwotnie miała to być gra o przygodach marynarza Popeye'a, jednak nie udało się uzyskać licencji na wykorzystanie tej postaci).


Niestety, początkowo biznes nie przynosił zbyt wiele pieniędzy i przedsiębiorstwo poważnie zalegało z opłatami za czynsz. Mario Segale nie wypowiedział jednak umowy, ale osobiście stawił się w firmie i na oczach wszystkich pracowników bezlitośnie zrugał założyciela i prezesa Nintendo - Minoru Arakawę! Jednocześnie jednak okazał wyrozumiałość i zgodził się dać japońskiej ekipie drugą szansę. Jak wszyscy wiemy - „Donkey Kong” stał się wielkim hitem i przyniósł jego twórcom sporo kasy. Segale nie tylko otrzymał swoje pieniądze, ale i dowiedział się, że pierwotnie zwany Jumpmanem bohater gry przemianowany został na… Mario!



Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8
7

Oglądany: 81974x | Komentarzy: 17 | Okejek: 258 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

25.02

24.02

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało