Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Geneza tych filmów może cię mocno zaskoczyć!

47 782  
166   6  
Te produkcje doskonale znamy. Trudno się dziwić – to dzieła, które wyryły się w historii kina i ich wartość dla każdego miłośnika emocjonujących seansów, jest wręcz bezcenna. Dziś przyjrzymy się jednak nie samym filmom, a ich początkom. Okazuje się bowiem, że te bywają niekiedy niemniej intrygujące niż efekt końcowy!

#1. „Psychoza” to ekranizacja książki, która zniknęła z księgarni na długo przed premierą filmu

Genialny film Hitchcocka to ekranizacja książki. Kropka. Pasjonujące, co? No, dobra. Wiele filmów ma swoje korzenie na papierze. Tutaj jednak sprawa ma pewien zaskakujący "twist".


W 1959 roku amerykański pisarz Robert Bloch wydał opowiadanie pod tytułem „Psychoza”. Inspiracją do napisania tego dzieła była historia Eda Geina – zboczonego świra, który rozkopywał groby, patroszył zwłoki, kolekcjonował w słoikach wycięte z kobiecych ciał waginy, trzymał w domu ciało własnej matki i prawdopodobnie zabił parę kobiet (udowodniono mu zaledwie dwa morderstwa, ale wiele wskazuje na to, że ofiar było więcej). Bloch tematem tego psychola szczególnie się interesował, bo Gein mieszkał zaledwie 60 km od jego domu.


Asystentka Hitchcocka – Peggy Robertson znalazła recenzję „Psychozy” w jednym z popularnych magazynów kryminalnych. Pokazała ją reżyserowi, który szybko doszedł do wniosku, że książka ta jest godna uwagi. I nie mylił się – po jej lekturze był już pewien, że nadaje się ona do zekranizowania. Filmowiec za śmieszną sumę 9500 dolarów kupił prawa do opowiadania, a następnie nie chcąc, aby ktokolwiek poznał finałowy zwrot akcji, kazał Peggy kupić wszystkie dostępne w księgarniach kopie książki!


#2. „Piła” to niskobudżetowa (ufajdana juchą) perełka, natomiast druga część… miała być zupełnie inną produkcją

Chociaż większość z nas ocenia tę serię przez pryzmat tuzina kolejnych, coraz bardziej krwawych i rażąco wręcz absurdalnych, części tego filmu, to pierwsza odsłona „Piły” była świetnym, niskobudżetowym kąskiem opartym na naprawdę interesującym scenariuszu. Produkcja ta zarobiła niemało, więc kwestią krótkiego czasu była realizacja sequela.


Problem w tym, że Leigh Whannell i James Wan, którzy odpowiadali za „Piłę” pochłonięci byli już innym projektem i nie mieli czasu, aby wymyślić sensowną fabułę kontynuacji. Reżyser, który miał się podjąć realizacji tego projektu - Darren Lynn Bousman wyjął wówczas z szuflady kiedyś napisany przez siebie scenariusz pt. „The Desperate” i zaniósł go do producentów. Wcześniej nikt nie chciał na te wypociny rzucić nawet okiem, a teraz, kiedy czas gonił, okazało się, że po naniesieniu paru zmian, można było „ulepić” z tego tekstu scenariusz do „Piły II”. I tak właśnie się stało.


#3. „Mad Max” został zainspirowany zwłokami ofiar wypadków drogowych

Pod koniec lat 70. George Miller napisał scenariusz do pierwszej odsłony „Mad Maxa”. Przypomnijmy, że ten dystopijny film, w którym poznaliśmy tytułowego zabijakę skupiał się głównie na pościgach i bardzo brutalnych starciach z członkami motocyklowego gangu, którym to Max miał pecha zajść za skórę. Miller studiował medycynę na prestiżowym, australijskim uniwersytecie, a później przez jakiś czas pracował jako lekarz na pogotowiu. Tam zetknął się z dużą ilością ofiar wypadków samochodowych, którzy bardzo często byli paskudnie poranieni, rozczłonkowani lub wręcz pokiereszowani tak, że bardziej przypominali mielonego kotleta, niż niegdyś żywą istotę.


George uznał, że (jak sam potem wspominał) to co wówczas zobaczył było „surowym materiałem na film”. Takie doświadczenie nie tylko zainspirowało go do realizacji „Mad Maxa”, ale i sprawiło, że parę scen zgonów w tej produkcji bezpośrednio nawiązuje do tego w jaki sposób zginęli niektórzy ludzie, których zwłoki Miller miał okazję oglądać.

#4. „Szybcy i wściekli” nigdy by nie powstali, gdyby nie pewien artykuł

W 1998 roku na łamach magazynu Vibe pojawił się napisany przez Kena Li artykuł o nielegalnych wyścigach samochodowych, w których to brał udział niejaki Rafael Estevez – pochodzący z Dominikany poszukiwacz adrenaliny. Młodzieniec, skuszony możliwością wygrania niezłego hajsu, zdecydował się na wzięcie udziału w podziemnych, nowojorskich zawodach. Reżyser Rob Cohen nie tylko artykuł ten przeczytał, ale i sam, zaintrygowany społecznością świrów tuningujących swoje auta, był świadkiem takich wyścigów w Los Angeles. Ostatecznie filmowiec nakłonił wytwórnię Universal do realizacji filmu o takiej tematyce i kupił od Li prawa do ekranizacji wątków z jego artykułu.

Rafael Estevez i Ken Li libu dibu dałczju

#5. „Marsjanie atakują!” to film wzorowany na… kolekcjonerskich kartach!

W 1985 roku scenarzysta i reżyser – Alex Cox bardzo zainteresował się starymi kartami kolekcjonerskimi „Mars Attacks!”. Na rynku pojawiły się one w 1962 roku i zawierały rysunki autorstwa dwóch artystów – Wally’ego Wooda oraz Normana Saundersa. Wydarzenia prezentowane na kartach skupiały się wokół historii okrutnych Marsjan, którzy wiedząc, że życie na ich planecie skazane jest na zagładę, poszukują możliwości skolonizowania Ziemi. Obrazki te były wyjątkowo wulgarne, pełne scen wyrachowanych tortur i kreatywnego wyrzynania ludzi za pomocą dziwacznych, marsjańskich wynalazków.












Przez moment produkt ten był całkiem popularny wśród amerykańskich dzieciaków, jednak wkrótce ich rodzice, oburzeni wylewającym się z kart grafikami w stylu gore i widokami nierzadko ocierającymi się o pornografię, zaczęli wydawać z siebie głośne pomruki niezadowolenia. Aby uniknąć skanddalu, firma Topps, która stała za „Mars Attacks!” zdecydowała się zrezygnować z tego biznesu.

Alex Cox napisał trzy szkice scenariuszy opartych na rysunkach, które widział na kartach, a zainteresowani takim projektem byli włodarze Orion Pictures. Temat ten wrócił jednak na początku lat 90., kiedy to pomysł nakręcenia filmu na podstawie „Mars Attacks!” albo innej serii kolekcjonerskich kart - „Dinosaurs Attacks!” przedstawiony został Timowi Burtonowi. Ten uznał, że zabieranie się za produkcję o kopalnych gadach nie pozbawiona była sensu, bo nikt przecież nie miałby szans konkurować ze Spielbergiem i jego „Jurajskim Parkiem”. Spodobała mu się natomiast wizja stworzenia kiczowatej produkcji o Marsjanach. Tym bardziej, że Burton właśnie pracował nad biografią Eda Wooda – reżysera jednego z największych paździerzy w historii kina. Mowa oczywiście o „Planie 9 z kosmosu”. Tim uznał, że „Marsjanie atakują” mogliby być wspaniałym hołdem dla pokracznych produkcji sci-fi z lat 50. I trzeba przyznać, że gość stanął na wysokości zadania!


Źródła: 1, 2, 3, 4
6

Oglądany: 47782x | Komentarzy: 6 | Okejek: 166 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało