Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Jak to jest być studentem polonistyki, dobrze?

34 582  
259   81  
Październik, wszystko pięknie, warto więc opowiedzieć co nieco o życiu studenta polonistyki.


To jest jakaś zupełna abominacja. Dwieście osób, z tego sto dziewięćdziesiąt sześć to kobiety, na cały rok jest czterech mężczyzn, z czego dwóch to geje bardziej kobiecy od tych lasek, ty, oraz typ, który przyszedł na polonistykę tylko dlatego, że jest tutaj rozliczenie roczne. Przez cały rok pojawi się dwa razy, podrywa dziewczyny tekstem „to już siódmy kierunek, który zaczynam”, a zniżki studenckie wpadną mu do kieszeni ot tak.

Dla równowagi – prawie wszyscy wykładowcy to faceci. I to tacy w stylu Jerzego Pilcha i kolejnego eksperymentu jego stylistki. Większość zajęć jest spoko, pod warunkiem, że jakaś laska nie zacznie się wyrywać z tekstami: Haller to jest taki męski, mmm… No i kurwa pograne. Przez kolejne pięć zajęć napierdalacie „Wilka stepowego”, bo duperka wpadła w oko prowadzącemu. Srasz już Hessem, błagalnie patrzysz nawet na „Nad Niemnem” i chuj ci w ryj, i na imię. Haller jest męski, więc prowadzący zaczyna przychodzić w skórzanej katanie i wymienia korodującą Fabię na jednoślad Hondy starszy od tej dziewczyny. Jak już przewertowaliście każdy przecinek i miał nadejść upragniony spokój, to się zaczyna: Ja wiem, że mieliśmy się skoncentrować na twórczości Dostojewskiego, ale „Zbrodnię i karę” znacie, więc przejdziemy do „Buszującego w zbożu”. Co prawda nie ma go w sylabusie, ale pani Ola zaproponowała, że fajnie będzie go dodać dla urozmaicenia naszego, hi, hi, konwersatorium. Chuj bombki strzelił.

Egzaminy wyglądają analogicznie. Zakuwasz przez minimum tydzień. Czytasz tyle, że jak śpisz, to śni ci się, że czytasz, więc zaczynają ci się pierdolić wątki. Przychodzisz na egzamin odjebany jak na rozmowę na stanowisko sekretarza ONZ – i kamera, akcja!:

– Proszę powiedzieć, jaka polska powieść ukazała się 23 marca 1923?


Ogary poszły w las! Rozkręca się analiza. Kto żyje, kto nie żyje. Młodopolscy podejrzani, ale wiadomo, że rok wcześniej Przybyszewski pił wódkę w Berlinie do odcinki, czyli na pewno nic nie napisał. Brzozowski trzyma łapę na lewej stronie, więc tam cisza. Świętochowski się wkurwia, że nikt go nie słucha, ale młode wilki wciąż patrzą w niego jak w obrazek. Dobra, czyli ktoś neutralny, wschodząca gwiazda. Mam!

Proszę szanownego pana profesora, to będzie zbiór opowiadań „Uśmiech dzieciństwa” Marii Dąbrowskiej.
– Proszę zatem podać, jaki symbol znajduje się jako pierwszy w drugim wersie w trzecim akapicie, licząc od strony 67.

– Proszę szanownego pana profesora, to będzie litera K.

– Nie, to jest litera W. Jeśli pan nie czytał, to nie wiem po co marnuje pan mój czas. Zapraszam we wrześniu.


Wkurwiony na maksa, bo cały hajs został przejebany w Żabce na energole i piguły typu Sesja, wychodzisz z sali egzaminacyjnej i pada to sakramentalne: i jak?

Po czym dowiadujesz się, że laska po tobie miała za zadanie przeliterować nazwisko Przerwy-Tetmajera i wyszło jej P R Z E R W A – T J E T M A J E R, ale profesor orzekł, że drobna palatalizacja może się przytrafić każdemu, więc ku sprawiedliwości dał jej pięć minus. Poza tobą upierdalają jedynie osoby, które nie przyszły i dwaj geje. Zapraszasz ich solidarnie na piwo do jedynego lokalu, w którym sprzedają ci na kreskę, ale oni cię zlewają, bo jesteś najgorszym przegrywem w stadzie. No elo.

Wracasz więc do jedynego miejsca, na które cię stać, czyli do biblioteki uniwersyteckiej. Tam napierdalasz Manna, Turgieniewa, Joyce'a w interwałach z Iwaszkiewiczem, Miłoszem, Gombrowiczem i Witkacym. Zaczynasz od razu, to istnieje jeszcze szansa, że do września zdążysz przynajmniej połowę przeczytać po raz drugi.

Tak samo sprawy się mają, jeśli chodzi o nieobecności na zajęciach. Dyktator-pracodawca, który płaci ci 8 zł za zapierdalanie w nocy na inwentaryzacjach albo inne sieciówkowe gastro-korpo, które zamiast podwyżki daje ci kolejne benefity, na które nie masz czasu. Przychodzi zima, łamiesz sobie nogę, do pracy i tak przychodzisz, żeby mieć za co żyć. Nie wyrabiasz się na zajęcia i trafiasz na dyżur, ty i dziecko Silnego z „Wojny polsko-ruskiej” z Mileną z „Galerianek”.

Szanowny panie profesorze, przepraszam, że opuściłem zajęcia. Złamałem nogę i jadąc z pracy na studia kulałem, przez co nie zdążyłem na autobus, więc spóźniłbym się szesnaście minut, a wiem, jak ważne są na studiach zasady, więc wolałem się nie pojawiać, by nie przerywać panu zajęć.
Panie anonie, jeśli znajduje pan czas na pracę, a nie ma go pan na studia, to niech się pan zastanowi, co tutaj w ogóle robi. To jest poważna uczelnia, może niech pan wróci do studiowania, gdy się panu poluzuje terminarz.

Nie jestem typem samca alfa i jak słyszę coś takiego, to po prostu chce mi się płakać, więc trzymam łzy ostatkiem sił, przepraszam trzy razy i wychodząc słyszę:

Dbry, no nie chciało mi się. Dostałam cioty dzień później, więc pan wie no.
Absolutnie rozumiem, pani Olu. Chcemy, by nasi studenci i studentki mieli rzadki w dzisiejszych czasach komfort mówienia prawdy.

Na egzaminie u tego prowadzącego od razu byłem do odjebania. Spytał mnie o książkę z listy lektur, którą przekazał jednej dziewczynie na zajęciach, na których mnie nie było. Dziewczyna miała je wrzucić na grupę na fejsbuka, ale klasycznie zapomniała i ojoj, nikt nie przypomniał. Pani Ola zaś (bo Aleksandra to imię dziewięćdziesięciu procent dziewczyn z polonu) nie była w stanie skoordynować swoich okresów, więc rodzice dla kurażu zafundowali jej dwutygodniowy wyjazd na Bahamy, a potem przyszła z zaświadczeniem, że dostaje krwotoków na tle nerwicowym (tylko na tych zajęciach), więc zdawała w trybie indywidualnym – ustnie.

Ale nie, nie, to nie to co myślicie, zboczeńcy. Przyszła, dostała pytanie: czy pani zdaniem Mickiewicz wiedział o istnieniu Słowackiego? i pograne. Post z naruchanymi piętnastoma wersami o tym, żeby uważać, bo profesor zadaje podchwytliwe pytania i żeby ogarnąć jakąś bibułę z 1978 (której wydano trzy egzemplarze), bo pada dziwne nazwisko: Towiański.

Na sześć lat studiów miałem jedynie dwie prowadzące. Z miejsca znienawidzone chóralnie przez całą cipolonistykę. Co roku inicjujące odsiew wśród przyszłych nauczycieli języka polskiego (bo po polonistyce albo oświata, albo budowlanka). N A J L E P S Z E egzaminy. Przychodzisz nauczony, siadasz w auli z przodu, czyli tam, gdzie pusto. Piszesz na luzaku średnio-trudny test z gramatyki opisowej języka polskiego. W międzyczasie słyszysz same relaksujące dźwięki lambadziar wyjebywanych za drzwi za ściąganie z telefonów. Kończysz, oddajesz i, jak z zegarkiem w ręku, po równo siedemdziesięciu godzinach od rozpoczęcia otrzymujesz wyniki.

Zadowolony z siebie idziesz do kuchni, robisz odłożony specjalnie na tę okazję popcorn. Wracasz przed laptopa. Czekasz, aż fejsbuk odpali swoje awaryjne serwery w Indiach i się delektujesz.

– JEBANA SUKA!!! RAZEM Z MOIM PRAWNIKIEM WYSYŁAMY PISMO O UNIEWAŻNIENIE EGZAMINU!!!


– CO ZA PIZDA! TEGO NIE BYŁO NA ZAJĘCIACH!!!
(było)

– STAREJ KURWY NIKT NIE RUCHA, TO SIĘ NA NAS MŚCI, JEBANA! SKRZYKNIJMY SIĘ, TO JĄ WYJEBIĄ!!!


Wszystko pisane przez grzeczne, ciche dziewczynki z polonistyki, idealne materiały na żony. Do tego wojownicze memy i zbieranie podpisów pod petycją do rektora uniwersytetu o zwolnienie prowadzącej. Jak jesteś kobietą i masz profesurę w Polsce, to znaczy, że niezła z ciebie wariatini i grupę lambadziar rozwalasz jedną ręką, bo i tak masz haki na wszystkich żywych i umarłych.

Po pierwszym odsiewie zostaje tak z siedemdziesiąt procent stanu początkowego. To oczywiście żaden problem, bo do licencjatu podejdzie mniej więcej trzy czwarte z tego. No i tutaj trzeba się pilnować, bo promotor ma cię w dupie już na starcie. Nie ma co się czarować, że przejdzie się letnią sesję z zaliczonymi wszystkimi egzaminami, więc od razu rzucasz hasło; wrzesień! Koncentrujesz siły na tym, by mieć jak najmniej egzaminów niezdanych. Piszesz w wakacje licencjat i uczysz się do egzaminów, zdajesz je i…

Bawisz się w kotka i myszkę. Dziś nie mogę, boli mnie głowa. Niestety mam wyjazd pierwszego roku, wrócę za tydzień. Odpowiem po weekendzie. Możemy się umówić na kontakt we wtorek. Wchodzisz na Instagrama, a tam laska od ciebie z seminarium wrzuca zdjęcie z obronionym licencjatem. No kurwa! Umawiasz się z dziekanem na termin obrony, zapraszasz recenzenta i informujesz na dzień przed wszystkim promotora, żeby nie miał czasu odpisać, że go nie będzie. Przychodzisz i zaczyna się gra w trzy pytania:

Dlaczego wybrał pan akurat taki temat? Myślę, że polskie literaturoznawstwo ma już wystarczająco dużo prac dotyczących „Gawot gwiezdnych” Jana Wroczyńskiego.
Drugie pytanie również będzie dotyczyło pana pracy. Czy nie uważa pan, że nadużywa zwrotu „zaskakujący” w tekście?
– Na naszym seminarium pani Ola przyniosła „Buszującego w zbożu” w przekładzie innym niż Skibiniewskiej. Proszę podać w czyim.

– Dziękuję najmocniej. Niestety nie posiada pan wystarczającej wiedzy, by bronić swojej pracy.


To jest ten moment, kiedy wszystko jest jak wypadek drogowy. Bezwładny upadam na ziemię, zaczynam płakać, całe zmęczenie nagromadzone miesiącami doprowadza do szczękościsku i tików nerwowych. Piana wycieka przez zaciśnięte zęby.

Proszę się podnieść i przyjąć to jak mężczyzna. Poprawi pan pracę, to możemy się umówić na ponowną obronę za rok.

Dziekan się budzi, recenzent chowa telefon. Wszyscy rozchodzą się do domów.

Tydzień pijesz wódkę, by spróbować zapomnieć. Instagrama i fejsbuka wypełniają zdjęcia licencjatów: „Nałkowska miała na imię Zofia – prawda czy mit?” (porażka), „Chaos w Wielkiej Improwizacji” (setna praca na temat), „Motyw tańca w poezji Ficowskiego” (praca kupiona), „Elementy filozofii genezyjskiej w Genezis z Dupy Słowackiego” (…). Przytłoczony afirmowaniem porażki zaczynasz się uczyć spawania. W pewnym momencie coś pęka. Masz jeszcze dwa miesiące do nowego terminu. Praca jest tak dopracowana, że nie da się jej odróżnić od publikacji Kazimierza Wyki. Zwołujesz swoją obronę i…

Karta pułapka! Udajesz, że straciłeś głos. Migasz im odpowiedzi, ale oni nic nie rozumieją. Przychodzi tłumacz. Pokazujesz papiery na niepełnosprawność. Za drzwiami już czeka reporter, by zrobić materiał o dyskryminacji na uniwersytecie. Tłumaczenie tak spowalnia obronę, że promotor zapomina, o co pytał. Dostajesz poprawny. Zajebiście.

Dwa lata magisterki mijają jak rok. Cały czas piszesz pracę albo pracujesz. Na zajęcia nie przychodzą nawet prowadzący. Na promotora wybierasz sobie panią profesor. Co tydzień mail: anon, ty kurwo, gdzie są dla mnie rozdziały. Tym samym pod koniec ósmego semestru masz już pracę gotową do obrony. Promotorka w jej trakcie rzuca w ciebie rzutkami z darta. Wbijają ci się w ciało, ale nie przerywasz wypowiedzi. Pewność siebie – lubią to. Dziekan proponuje tróję, bo taka tradycja, ale promotorka przypomina mu o kompromitujących zdjęciach. Dostajesz trzy i pół.

Wrzucasz zdjęcie na Instagrama z dyplomem. Wiesz, że wszyscy uważają, że magisterkę kupiłeś, a promotorkę ruchałeś. Masz to w dupie, skończyłeś polonistykę. Masz też uprawnienia na MIG, TIG i elektryczną 111. Ostatni rok magisterki ćwiczyłeś norweski. Już czujesz we włosach słoną bryzę, a w ustach rybny posmak. Żegnasz to smutne jak pizda miasto. Żegnasz uniwersytet. Teraz możesz Polakom na emigracji opowiadać śmieszne anegdoty o tym, jak to Mickiewicz ruchał w Odessie.
67

Oglądany: 34582x | Komentarzy: 81 | Okejek: 259 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

23.11

22.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało