Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Podwózka koleżanki, seksowne przekąszanie i inne anonimowe opowieści

55 496  
127   44  
Dziś przeczytacie także m.in. o wspomaganiu bezdomnych, szpitalnym zamotaniu, spotkaniu z trenerem i niespodziance w łóżku.

#1.


Wybrałam się na zakupy do jednego z krakowskich supermarketów. Przy wejściu zaczepiła mnie bezdomna z pustym kubkiem po kawie z pobliskiej sieciowej kawiarni, prosząc o pieniądze na leki i jedzenie. Byłam w wyjątkowo złym nastroju po egzaminie, przekonana że go nie zdałam, więc nie chciało mi się bawić w pomaganie biednym, odburknęłam mało grzecznie, że nie mam drobnych i weszłam do sklepu.

Wyrzuty sumienia odezwały się już w momencie, gdy byłam przy pieczywie. Z jednej strony rozsądek przekonywał, że te pieniądze to wcale nie na leki, że je na pewno przepije, że parę złotych nie zbawi świata. Z drugiej było mi jej żal - a jeśli po prostu życie jej się tak a nie inaczej potoczyło, a jeśli naprawdę jest chora, a jeśli mnie też to kiedyś spotka i tak dalej. Postanowiłam zrobić większe zakupy i dać jej trochę jedzenia. Kupiłam jakieś pieczywo, mleko, konserwy i inne niepsujące się produkty.

W międzyczasie zadzwonił telefon i przepełnił mnie euforią - koleżanka informowała, że zdałam egzamin! A już byłam przygotowana na sesję poprawkową! Wyleciałam ze sklepu prawie na skrzydłach, chciało mi się tańczyć, pełna wdzięczności do losu pomyślałam, że wrzucę bezdomnej do tego kubka również trochę drobnych z reszty za zakupy - a co tam, najwyżej. Czułam się jak Bono i księżna Diana w jednym. Przepełniona miłością bliźniego podeszłam do bezdomnej i hojną garścią sypnęłam drobniaki do kubka. Kiedy sięgnęłam po zakupy, żeby wręczyć jej część, nasze spojrzenia się spotkały.

Bezdomna musiała gdzieś sobie pójść, a ja właśnie wrzuciłam jakiejś obcej kobiecie pieniądze do kawy...

#2.

Wczoraj koleżanka z pracy, która bardzo mi się podoba, wyraźnie czymś się martwiła. Okazał się, że auto jej się zepsuło. W myślach ucieszyłem się i zaproponowałem, że mogę ją gdzieś podrzucić moja furą. Ucieszyła się. Kazała się zawieźć do domu swojego chłopaka. Poprosiła też, czy będę mógł rano po nią przyjechać i zabrać ją do pracy.
Wiecie co jest w tym wszystkim najgorsze? To, że się zgodziłem!

#3.


Kiedy przywieźli mnie z sali operacyjnej, byłam osłabiona. Chyba działały jeszcze środki usypiające, bo gdy poszłam do toalety, chwiałam się na nogach, a potem w sumie częściowo przesypiałam kolejne trzy dni.

Wiecie, człowiek po anestetykach może – choć nie musi – gadać od rzeczy, powiedzieć coś, czego normalnie by nie powiedział. Może się też dziwnie zachować.

Przyszła więc do mnie pielęgniarka z termometrem, takim nowoczesnym, na podczerwień. I nie wiem, co mi się uroiło w mojej bogatej jeszcze w anestetyczne pozostałości głowie, ale... podniosłam się gwałtownie do pozycji siedzącej, chwyciłam dłoń pielęgniarki, usłyszałam wystraszony głos pielęgniarki: „Ale ja ci tylko temperaturę przyszłam zmierzyć”, po czym resztki snu momentalnie czmychnęły w niebyt, a ja wydukałam:
- Przepraszam! Myślałam, że to pistolet...

#4.

Czasem czuję się jak ofiara dziwnej mody w dzisiejszych czasach.
Problem dla wielu może wydawać się błahy, ale dla mnie taki nie jest. Przez większość swojego życia nie miałam większych kłopotów z wyglądem, nie miałam obsesji na punkcie swojej wagi, bo byłam raczej szczupła. Niestety to się zmieniło.
Nagle ze zgrabnej dziewczyny stałam się zakompleksioną kobietą z paroma nadprogramowymi kilogramami. Na początku paroma, potem było ich więcej i więcej. Długo nie mogłam się z tym pogodzić, szukałam przyczyny w swoim trybie życia, ale okazało się, że mam chorą tarczycę. Najpierw endokrynolog ustawił mi leki, potem dietetyk odpowiednią dietę, a trenerka trening na siłowni. Powoli waga zaczęła iść w dół, ale wciąż pracuję nad swoją sylwetką.

Bardzo mocno to wszystko przeżyłam, jestem bardzo wrażliwa na tym punkcie, ale staram się nie przejmować, co myślą inni, po prostu robię swoje i wiem, że postępuje dobrze. Niestety wymaga to ode mnie ogromnego wysiłku i odporności psychicznej. Wspiera mnie w tym wszystkim chłopak i jestem mu naprawdę wdzięczna, wiem, że mimo wszystko mu się podobam.

Ostatnio usiadłam na ławce na przystanku czekając na autobus. Zauważyłam, że obcy mężczyzna obok coś do mnie mówi, więc wyjęłam słuchawki i poprosiłam, by powtórzył. Nie jestem w stanie przytoczyć wszystkiego co powiedział, ale zaczął od słów, że jestem bardzo ładna i pięknie pachnę, ale powinnam o siebie zadbać i wie, co mówi, bo jest trenerem.

Podziękowałam mu za radę, ale podkreśliłam, że nie zna mnie i nie powinien oceniać. Facet kontynuował tłumacząc, że chyba sama wiem, gdzie leży problem, bo chyba mam lustro w domu i naprawdę wystarczy tylko trochę pracy, a będę "naprawdę super laską" i on widzi, że o siebie dbam, ale dbać trzeba też o swoje ciało i zdrowie.

Całe szczęście przyjechał mój autobus i wsiadłam do niego uciekając od natręta. W oczach miałam łzy. Być może nie miał złych intencji, ale ewidentnie miał problemy z myśleniem. Rozumiem, że można kogoś taką gadką zmotywować, ale on nie znał mojej historii, nie wiedział, że od pół roku jestem na diecie i ćwiczę na siłowni trzy razy w tygodniu. Nie wiedział, że jestem chora. Nie widzę nic złego w szczerej rozmowie z bliską osobą, u której zauważyliśmy problem. Ale zaczepianie totalnie obcych ludzi i mówienie im, żeby wreszcie coś ze sobą zrobili jest dla mnie szczytem chamstwa i oznaką płytkiego rozumowania.

#5.


Mieszkam z moim chłopakiem. W pierwszych dniach tego roku jednego wieczora szykowaliśmy się do spania. On kończył coś robić na komputerze i poprosił mnie, abym pościeliła łóżko (w nocy wszystko rozkopuję i codziennie trzeba poprawiać). Pomyślałam, że mógłby to sam zrobić, ale niech będzie. Światło już było zgaszone, świeciła tylko mała lampka koło komputera, panował półmrok.
Odgarnęłam kołdrę i koło poduszki zauważyłam małe pudełeczko, takie małe pudełeczko, w jakim sprzedają PIERŚCIONKI! Serce zaczęło mi bić jak szalone, momentalnie się rozkleiłam. Ale to sobie wymyślił! Nie spodziewałam się, że tak szybko mi się oświadczy. Tysiące myśli przelatywały mi przez głowę. Ze łzami wzruszenia płynącymi po policzkach sięgnęłam po pudełeczko…

Okazało się, że to była ładowarka od telefonu mojego chłopaka, sama końcówka bez kabla. Dobrze, że w pokoju było ciemno, czułam się jak skończona kretynka. Szybko ulotniłam się do łazienki, na szczęście nic po mnie nie poznał.

#6.

Tego dnia nie wzięłam nic do przekąszenia w pracy, tak więc wracając do domu zajechałam do sklepu po kefir i bułkę. Nie taką zwykłą, dla śmiertelników, ale z ziarnami, wykwintną, fit i w ogóle. Po skonsumowaniu tego pszennego dobrodziejstwa i popiciu kefirem przystanęłam przed skrzyżowaniem, gdyż zapaliło się czerwone światło. Obok w aucie siedział niebrzydki chłopak, a ja mając jedną rękę na udzie wymacałam ziarenko po tej bułce, chciałam je "zalotnie" włożyć do ust i je przegryźć (kto nie przegryza ziarenek z bułki, niech pierwszy rzuci kamieniem).
Przegryzłam, było nawet to satysfakcjonujące pęknięcie, ale nasionko nie powinno wylać się jakimś dziwnym płynem... W następnych sekundach akcja potoczyła się szybko - z miną defekującego kota na pustyni wyjęłam z ust przepołowioną larwę, powstrzymałam odruch wymiotny, stopa samoistnie puściła sprzęgło, a tył nowego fiata przede mną zdobył piękne wgniecenie.

Policji i znajomym powiedziałam, że się zagapiłam, chłopak z auta obok odjechał w siną dal, a ja mam na koncie plus do doświadczeń kulinarnych z minusem na zniżki z OC.

#7.


Prawo jazdy zrobiłam na studiach. Wcześniej jeździłam do mojego chłopaka autobusem. Kiedy odebrałam już upragniony dokument, rodzice mi się dołożyli i kupiłam samochód (używany, gdyby ktoś był ciekaw, ale to nie jest ważne dla tego wyznania).
W moją pierwszą samodzielną podróż samochodem postanowiłam wybrać się właśnie do chłopaka. Mieszkał poza miastem i po drodze trzeba było kilka razy skręcać. Jeździłam do chłopaka autobusem kilka razy i sądziłam, że drogę znam dobrze. Jednak się pomyliłam.

Ogólnie trasa była dość zawiła. Stresowałam się bardziej niż sądziłam, że będę. Bałam się, że z tego wszystkiego pomylę drogę. To nie były czasy smartfonów, więc nie mogłam po prostu odpalić Google Maps albo innej nawigacji. W dodatku doszedł stres, bo to była moja pierwsza samodzielna podróż. Wyruszyłam i okazało się, że nie jestem pewna gdzie skręcić (czy to było już tutaj, czy jednak dalej). Spojrzałam na zegarek i wiedziałam, że zaraz będzie jechał "mój" autobus. Poczekałam więc i pojechałam za nim, żeby skupić się już tylko na prowadzeniu samochodu i nie martwić się, że się gdzieś zgubię.
Jechałam więc za autobusem, którym zawsze do niego jeździłam. Całą drogę.

Wiem, masakra. Zdaję sobie sprawę, że to trochę żenujące i dlatego nikomu się do tego nie przyznałam. Z powrotem wróciłam już bez "pomocy" autobusu. Dałam radę!

#8.

Wkurza mnie typowe podeście do zdrady.
Dwie sytuacje (teoretyczne, płeć wybrana przypadkowo): Żonaty facet. Żona jest spoko, nic się nie psuje, jest aż nudno, niby jest OK, ale brakuje "tego czegoś". Facet poznaje kobietę. Jest nią zafascynowany. Pełno nowych tematów do rozmów, więc coraz częściej "zostaje dłużej w pracy", tłumacząc to nowymi projektami czy brakiem ludzi. Spędza czas z inną, nową przyjaciółką. Do niczego intymnego nie dochodzi, ale nie chce mówić o nowej przyjaźni, bo żona pewnie nie zrozumie, będzie zazdrosna, zaczną się kłócić, a na co to komu. Żona przypadkiem się dowiaduje i jest wściekła. Mąż utwierdza się w przekonaniu, że ona go nie rozumie. Poza tym to nie zdrada, oni tylko rozmawiali. Pomija fakt, że przy nowej koleżance serce mu mocniej bije i tylko bycie mężem powstrzymuje go przed podjęciem jakichkolwiek kroków. Podobnie koleżanka, powstrzymuje ją fakt, że przyjaciel ma żonę. Żonę, na którą coraz więcej narzeka....

Sytuacja druga: kobieta idzie na imprezę, za dużo wypija i pozwala na za dużo nowo poznanemu facetowi. Wie, że nie powinna, ma męża, ale nie potrafi się powstrzymać. Następnego dnia brzydzi się siebie, tego co zrobiła, płacze, bo zdradziła męża. Zdradziła z nieznajomym, który nic nie znaczy.

Te dwie sytuacje pokazują typowe podejścia do zdrady, a jakie ja mam? Pierwsza sytuacja jest dla mnie dużo większą zdradą niż druga. W pierwszej sytuacji ktoś poznaje nową osobę i angażuje się emocjonalnie. Co z tego, że do niczego nie doszło? Człowiek ukrywa część swojego życia i kłamie. Dla mnie właśnie to jest prawdziwą zdradą.

Sytuacja druga? Owszem, zachowanie niedopuszczalne, ale stało się. Człowiek uczy się na swoich błędach i jeżeli po takim wyskoku wie, że już nigdy tego nie zrobi, to według mnie można dać szansę. Gorzej jak ktoś się notorycznie zapomina i po alkoholu lgnie do każdego, bo to zupełnie inna bajka. Jednak zdrada fizyczna jest dla mnie mniej istotna niż emocjonalna.

Denerwuje mnie podejście "do niczego nie doszło, zdrady nie ma". Nie jestem osobą zazdrosną, ale jak ktoś ukrywa jakąś znajomość albo poziom zażyłości, to jest dla mnie równoznaczne ze zdradą i to bardziej bolesną niż jednorazowy skok w bok.

W poprzednim odcinku

41

Oglądany: 55496x | Komentarzy: 44 | Okejek: 127 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

27.10

26.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało