Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Oto 5 geograficznych teorii spiskowych, w które wielu uwierzyło

64 350  
145   43  
Wyobraź sobie, że jesteś Australijczykiem. Siedzisz przed domem i w otoczeniu jadowitych żmij, skolopendr oraz pająków wielkości dobrze wyrośniętego arbuza przeglądasz fejsunia na swoim laptopie. I gdzieś tam między politycznymi dyskusjami, a fotkami znalezionych w lesie grzybów, pojawia się czyiś wpis, z którego wynika, że… Australia nie istnieje, kangurów nie ma, aborygeni to fejk, a ty sam jesteś agentem, który ma promować mit o tym kontynencie. No, nie wku#wiłbyś się?

#1. Australia nie istnieje!

„Większość z was prawdopodobnie wychowała się w wierze w wyimaginowaną krainę zwaną Australią… Cóż, prawda jest taka, że Australia tak naprawdę nie istnieje. Wszystko, co kiedykolwiek o niej słyszałeś, było wymyślone, a wszelkie jej zdjęcia, które widziałeś, zostały sfałszowane przez rząd. Jestem pewien, że rozmawiałeś nawet z ludźmi w Internecie, którzy twierdzą, że pochodzą z Australii. Tak naprawdę tajni agenci rządowi.” - taki wpis w 2006 roku znalazł się na forum Towarzystwa Płaskiej Ziemi (których członków, jak ponoć chwali się ta organizacja, spotkać można na całym globie!). Jako że tego typu „rewelacji” głoszonych wśród tzw. foilarzy i wszelkiej maści szurów jest bezliku, o temacie tym szybko zapomniano. Dopiero parę lat później wygrzebała go z odmętów sieci niejaka Shelley Floryd – pochodząca ze Szwecji internautka, która nieco poszerzyła tę teorię. Według niej „stworzenie” przez światowe rządy tego kontynentu miało na celu zatuszowanie masowego topienia więźniów rzekomo wysyłanych brytyjskimi statkami do Australii.


Zanim Shelley została zbombardowana wiadomościami od rozsierdzonych Australijczyków, jej wpis został udostępniony 20 tysięcy razy. Kiedy zaczęły do niej docierać pierwsze groźby ze strony mieszkańców kontynentu kangurów, opublikowana przez nią teoria została już przetłumaczona na wiele języków i zaczęła krążyć wśród internetowej szurii na całym świecie.

#2. Bielefeld – niemieckie miasto, które padło ofiarą „spiskowego” żartu

Bielefeld to miasto położone w północno-wschodnich Niemczech. Jest to całkiem spory ośrodek przemysłowo-kulturalny, więc trudno by było komukolwiek wmówić, że… to miejsce nie istnieje. A jednak udało się taką teorię stworzyć. I to w czasach kiedy Internet ledwo raczkował. W 1993 roku grupa studentów z Kiel żartowała sobie z Bielefeld, tak samo jak wielu Polaków śmieszkuje ze Zgierza czy Sosnowca. Kto by w ogóle chciał takie dziury odwiedzać? To miasta znane jedynie z żartów i są równie rzeczywiste co Wąchock (przy okazji – szczerze pozdrawiam wszystkich 2800 mieszkańców Wąchocka!). Kiedy niedługo potem ta sama ekipa młodzieży wybrała się na wycieczkę do Essen, okazało się, że jedyna droga szybkiego ruchu prowadząca stamtąd do Bielefeld jest zamknięta. To spostrzeżenie idealnie pasowało do szalonej teorii miasta-widmo. Żartownisie napisali więc poważnie brzmiący artykuł i zamieścili go na jednej z grup Usenetu. Według autorów miasto o nazwie Bielefeld nie istnieje, a za cały ten spisek odpowiadają tajemniczy ONI, który wymyślając fikcyjne miasto chcą coś ukryć przed światem (np. bazę obcych).


Artykuł ten stał się może nie tyle co zalążkiem foliarskiego kultu, ale bardziej formą mema, który od lat znany jest prawie każdemu Niemcowi. W 2012 roku Angela Merkel publicznie opowiadała o spotkaniu, w którym brała udział podczas wizyty w Bielefeld. „O ile to miejsce w ogóle istnieje (…). Mam wrażenie, że tam byłam...” - wtrącała raz po raz kanclerz Niemiec.

#3. Frisland – gdzie do cholery jest ta wyspa?

W 1558 roku potomek weneckich podróżników – Nicolo Zeno znalazł w swoich domowych szpargałach mapę stworzoną przez jednego ze swych praszczurów, który to miał wziąć udział w wyprawie po Atlantyku. Podczas tej ekspedycji rozrysował on plany nieznanych dotąd lądów. Mimo że większość z tych ziem do XVI wieku zdążyła zostać dobrze zbadana, to wielu badaczy było zaintrygowanych znajdującą się na mapie wyspą, której próżno było szukać w ówczesnych atlasach geograficznych.


Położona ona była w okolicach południowo-zachodniej Islandii, a zwać się miała Frisland. Chociaż nikt nigdy tam nie dotarł, to kilku kartografów, wierząc w jej istnienie, naniosło ten ląd na swoje mapy.
Sporo zamieszania do tego tematu dodał też Martin Frobisher Frisland - angielski żeglarz i odkrywca, który podczas wyprawy w 1576 roku zauważył na horyzoncie legendarną wyspę, co tylko uwiarygodniło jej istnienie, no bo w końcu kto śmiałby dyskutować z tak znamienitym podróżnikiem, jak Frobisher? W rzeczywistości słynny obieżyświat obserwował wybrzeże... Grenlandii!

#4. Bermeja – prawie 400 lat pomyłek

Jeśli chodzi o kartograficzne wtopy, to Nicolo Zeno i jego Frisland jest jedynie drobną wtopą w porównaniu z wyspą, którą "odkrył" Alonso de Santa Cruz – hiszpański historyk i ceniony astronom. W 1539 roku z wielkim powodzeniem zrealizował on szalenie ambitny projekt naniesienia na mapę i opisania wysp znajdujących się w pobliżu półwyspu Jukatan. Jego praca była tak szczegółowa, że stała się ona wzorem do tworzenia innych map. Przez kolejne wieki, rozrysowane przez Alonsa wyspy kopiowane były przez kolejnych kartografów, aż gdzieś w okolicach XIX wieku, któryś z nich, bazując na doniesieniach współczesnych mu podróżników, zauważył, że jeden z niewielkich lądów umieszczonych na mapie przez hiszpańskiego historyka, w rzeczywistości… nie istnieje. Mowa o wyspie Bermeja – wcale nie takim małym, bo zajmującym 80 km kwadratowych skrawku lądu.


Jeszcze w latach 20. ubiegłego wieku niektórym kartografom zdarzało się popełnić wtopę i wetknąć Bermeję między inne, północnoamerykańskie wysepki.
Sprawa jednak nie zakończyła się na wymazaniu zbędnego elementu z map. Pod koniec XX wieku władze Meksyku i USA prowadziły rozmowy na temat wytyczenia granic morskich pomiędzy oboma krajami. Jeśli Bermeja by faktycznie istniała, to zlokalizowana by była dokładnie tam, gdzie znajdują się najbardziej obfite podwodne złoża ropy naftowej. Aby upewnić się, czy wyspa przypadkiem w jakiś cudowny sposób nie wyłoniła się z oceanu zorganizowano dwie niezależne od siebie wyprawy badawcze. Niestety, lądu nie odnaleziono. Tymczasem odnaleźli się zwolennicy teorii spiskowych, którzy "odkryli" niezbite dowody na to, że Bermeja istniała, ale została zniszczona przez amerykańską bombę wodorową, przez co Meksykanów pozbawiono dostępu do cennych złóż.

#5. Sandy – „wyspa-widmo”, którą do niedawna znaleźć można było nawet na Google Maps.

Położona na Morzu Koralowym, gdzieś w okolicach Nowej Kaledonii, wyspa Sandy odkryta została w już pod koniec XVIII wieku, a sto lat później jej istnienie potwierdzili członkowie statku wielorybniczego „Velocity”. Przez długi czas wysepka ta znajdowała się na większości map. Ba, do niedawna można było ją nawet zlokalizować na Google Maps! Dopiero siedemnaście lat temu, podczas pewnej wyprawy badawczej, na jaw wyszło, że tam, gdzie powinna być Sandy, nie ma nic poza wodą. W 2012 roku australijscy uczeni dotarli w to miejsce i nie tylko potwierdzili doniesienia swoich poprzedników, ale i dodali od siebie, że najbliższy ląd znajduje się 1400 metrów poniżej…


Oczywiście tajemnicze zniknięcie wyspy pobudziło wyobraźnię posiadaczy foliowych czapeczek. Na szczęście dość szybko udało się znaleźć sensowne wytłumaczenie całej tej sprawy. To, co przez lata uważano za dziewiczy ląd było prawdopodobnie potężnym nagromadzeniem pochodzącej z Fidżi lawy, która dostała się do wody i utworzyła efektowny „dywan” pumeksu. Przez długi czas musiał on dryfować w kierunku Australii.

Źródła: 1, 2, 3
8

Oglądany: 64350x | Komentarzy: 43 | Okejek: 145 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

28.11

27.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało