Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Zemsta zdradzonego chłopaka, moja mama lesbijka i inne anonimowe opowieści

72 478  
232   142  
Dziś przeczytacie także m.in. wyznanie malarza, przekonacie się, że dzieci mają ekstremalne pomysły na zabawę, dowiecie się dlaczego pewna matka oddała psa oraz poznacie pewną nietypową rodzinę.

#1.

Ostatnio jechałem autobusem nocnym do domu. Na siedzeniu przede mną usiadły dwie podpite dziewczyny, które od razu zaczęły się ze mnie śmiać. Z jakiegoś powodu uznały, że maseczka, którą nosiłem na twarzy jest czymś szalenie zabawnym. Obie niewiasty oczywiście nie miały zasłoniętych buzi. W końcu jedna z nich ostentacyjnie rzuciła w moim kierunku: „Czyżbyś tak bardzo bał się tej całej sztucznej PLANDEMII? Boisz się, że zachorujesz?”.

Nachyliłem się w ich kierunku i odparłem: „Drugi raz tego gówna nie złapię. Maseczkę noszę, aby nie zarazić innych. W tym i was”.

Jeszcze nigdy nie widziałem, aby komuś tak szybko zszedł uśmiech z twarzy. Dziewczyny, blade jak tyłek albinosa, dość szybko ewakuowały się na tył pojazdu. Gdy wysiadałem na następnym przystanku, widziałem jak smarują się nawzajem żelem antybakteryjnym...

#2.

Od 5 lat jestem hochsztaplerem. Oszustem. Sprzedawczykiem. Sprzedałem duszę i marzenia. Tak się czuję, ale nic z tym nie robię, bo pieniądze się zgadzają.


Skoczyłem ASP, próbowałem się wybić, brałem udział w wielu konkursach, stworzyłem strony internetowe. Moje obrazy na aukcjach chodziły za cenę minimalną, zamówień mało i za marne pieniądze, żeby przyciągnąć ludzi robiłem wszystko. Zajmowałem się też renowacją obrazów i ikon, ale zysk również mały. Już nawet nie udawało mi się związać końca z końcem. Rodzina mnie wyśmiała, mnie i moje marzenia. Miałem naprawdę mroczne myśli.

Niespodziewanie koleś, który przyniósł mi ikonę do renowacji, zapytał, czy nie stworzę mu ikony od podstaw, na starej desce, dodatkowo nie postarzając jej. Zgodziłem się, zarobiłem niezłe pieniądze. Obiecałem też, że nie wystawię ich na swoich stronach. I tak przynosił mi deski, a ja na nich pisałem ikony. Potem poszło to dalej, przynosił srebrne i pozłacane okłady (srebrna nakładka na ikonę, na której są tłoczone kształty ubrań itp., z otworem na namalowane twarze czy ręce na desce), które skupował na targach staroci, a ja pod to dorabiałem święte postacie. Nawet zacząłem wytwarzać własne farby na wzór tych sprzed 50, a nawet 200 lat, tak się w to zaangażowałem, a gość dodatkowo płacił mi za to, jak użyłem akurat tych farb. Wiedziałem, że musi to sprzedawać i wmawiać ludziom, że to oryginał, ale ja nie pytałem, kasa była, rodzina się nie czepiała. Namaluję jeden obraz na miesiąc, żeby zaktualizować stronę, a tak to piszę z 10 ikon w miesiącu. Mam z tego ładne pieniądze. Moje obrazy jak nie pójdą na aukcji, to sprzedaję je za bezcen. Już zatraciłem własny styl. Odtwarzam ikony z licznych albumów, które kupiłem...

Wszystko zmieniło się tydzień temu, gdy przeszedł do mnie facet, który przyniósł mi do renowacji moją własną ikonę. Zleceniodawca "postarzał" ją jeszcze bardziej... Z ciekawości zapytałem, ile za nią zapłacił, a facet z zadowoleniem przyznał, że zrobił interes życia, bo zaledwie 3800 zł. Ja na tych ikonach zarabiam (w zależności od wielkości i postaci) od 500 do 2000 zł. Za tę akurat dostałem 800 zł. Koleś pokazał też swoją drugą ikonę, ze wspomnianym wcześniej srebrnym okładem (wziąłem za nią 500 zł, bo roboty mało, tylko twarz Maryi z dzieciątkiem), i przyznał, że zapłacił 8000 zł.

Gdy nie wiedziałem, tylko podejrzewałem, nie czułem się jak śmieć. Teraz się tak czuję. Chciałbym wrócić do moich obrazów, ale nie widzę sensu. Znowu będę klepał biedę. Teraz oszczędzam, odkładam te brudne wg mnie pieniądze, bo nie wiadomo, kiedy zleceniodawca wpadnie i zakręci kurek. O dziwo przez ostatnie pół roku było tyle roboty, bo ludzie tak się na antyki rzucili, że lekką ręką odłożyłem z 60 tys. Marzenia umierają powoli, a na mnie patrzą oczy samych świętych. Uważajcie, co kupujecie.

#3.

Gdy byłam mała, miałam w zwyczaju wkładać sobie do stanika zwinięte kulki papieru toaletowego. I pewnie dziś bym się z tego śmiała, gdyby nie to, że teraz mam 25 lat i ciągle to robię...

#4.

Moim dzieciom mówię prawie wszystko o swoim dzieciństwie - jak się uczyłam, jak było w domu, jak spędzaliśmy wolny czas. No właśnie, wolny czas... O jednej zabawie nigdy im nie mówię i nigdy nie powiem, moi rodzice też nic nie wiedzieli, a na samą myśl, że moje dzieci mogłyby "bawić się" tak samo cierpnie mi skóra.
Mieszkaliśmy niedaleko parku, przez park biegły tory kolejowe. Miejsce dla nas zakazane: park dziki, niezagospodarowany, można było tam spotkać jedynie pijaków i młodzież, nikt tam raczej nie chodził, czasem przemknął jakiś wędkarz.


Nie wiem kto wymyślił tę zabawę, ale powtarzaliśmy ją co roku, to była taka nasza inicjacja, test na odwagę. Zabawa polegała na tym, żeby wpasować się w wykonane przez nas zagłębienie między podkładami kolejowymi, nakryć się kawałkiem gazety czy jakąś bluzą i poczekać, aż nadjedzie pociąg, a następnie przeczekać, aż cały skład przetoczy się nad głową... Po przejeździe pociągu można było wyjść z tej dziury i napawać się podziwem koleżanek i kolegów obserwujących całą akcję z krzaków przy nasypie kolejowym.

Żadnemu z nas nic się nie stało, nikt przez pociąg nie został uszkodzony, czasem maszynista zatrąbił widząc grupę dzieciaków przy torach i tyle.

A ja dopiero po latach przeczytałam, że niektóre pociągi mają pod wagonem taki jakby pręt - gdyby którekolwiek z nas podniosło głowę zbyt wysoko, to zafundowałoby traumatyczne wspomnienia całej grupie dzieci i pracownikom kolei...

#5.

Oddałam psa. Nikt nie miał na niego alergii, pies był całkiem grzeczny, ułożony. Dlaczego go oddałam?

Mój jedenastoletni syn od kilku lat nudził nam z mężem o zwierzę. Nie mam nic przeciwko psom ani kotom, ale nigdy nie chciałam ich mieć - pracuję zdalnie, mąż rzadko bywa w domu, więc znaczna większość obowiązków spadłaby oczywiście na mnie, a ja zwyczajnie nie miałam na to ochoty. Ale że syn był bardzo zdeterminowany i jednak powoli przestawał być dzieckiem, zdecydowaliśmy z mężem, że jeżeli to on będzie się psem zajmował, to możemy przygarnąć nowego członka rodziny. Zanim zaczęliśmy wybierać, wzięliśmy syna na rozmowę, gdzie dobitnie dałam mu do zrozumienia, że pies będzie jego odpowiedzialnością, i czy jest gotowy na wychodzenie na spacery kilka razy dziennie, sprzątanie po nim i inne tego typu codzienne sprawy. Syn rozpromieniony, oczywiście potakiwał ochoczo i obiecywał, że będzie robił wokół psa wszystko. Powiedziałam też, że jeżeli z obowiązków nie będzie się wywiązywał, pożegnamy się z psem. Także przytaknął.

Zapewne domyślacie się dalszej części historii. Syn po kilku tygodniach zaczął kompletnie lekceważyć obowiązki. Nie przychodził do domu o określonych porach, wysyłał lakoniczne SMS-y, że siedzi u kolegi i będzie tam do późna, niemal co rano wstawał tuż przed wyjściem do szkoły i kiedy przypominałam mu o wyjściu z psem, dostawałam tylko oburzone okrzyki, że chcę żeby się spóźnił do szkoły i że przecież widzę, że on nie ma czasu. Byłam wściekła, bo tak jak się spodziewałam, cała opieka nad psem spoczęła na moich barkach. Mąż na początku wstawiał się za synem i mówił mi, że przesadzam, ale odkąd zasugerowałam, żeby po dziesięciogodzinnej zmianie to on wychodził na spacer z psem, to zrozumiał mój punkt widzenia. Wzięliśmy syna na poważną rozmowę, przypomniałam mu, że nie taka była umowa i że obietnic należy dotrzymywać. Od nowa zaczął obiecywać, że teraz na pewno się poprawi. Postawiłam sprawę jasno - jeszcze jeden wybryk w ciągu najbliższych dni i żegnamy się z psem. Syn wyraźnie sądził, że blefuję, bo już dwa dni później nie informując mnie wcześniej został u kolegi aż do wieczora, po powrocie reagując na moje słowa wzruszaniem ramionami.

Następnego dnia z mężem zaczęliśmy szukać domu dla naszego psa. Prawie od razu zgłosiła się młoda para, na początku po usłyszeniu historii trochę się zaniepokoili, że za kilka dni możemy zachcieć psa z powrotem, ale zapewniłam ich, że na to nie ma szans. Stwierdziłam, że muszę być konsekwentna.

Syn zareagował na wiadomość bardzo źle, nazwał mnie potworem. Przesyła mi zdjęcia z Internetu, że psy to nie zabawki, że to żywe istoty i trzeba brać za nie odpowiedzialność, kiedy już znajdą się pod naszym dachem. W swoim zachowaniu nadal nie widzi nic złego.

#6.

Moi rodzice rozwiedli się, kiedy miałam 6 lat. Razem z mamą wróciłyśmy do domu dziadków. Po 3 latach najpierw zmarła babcia, a po pół roku dołączył do niej dziadek. Po jakimś czasie mama powiedziała mi, że ona i jej kolega z pracy są parą, nawet się ucieszyłam, bo go znałam i lubiłam. Po roku wzięli ślub i Tadek się do nas wprowadził. Był dla mnie bardzo dobry i nawet zaczęłam mówić do niego tato. Po jakimś czasie rodzice oznajmili mi, że do domu wprowadzi się małżeństwo, znajomi rodziców. Dom był bardzo duży, jedno piętro stało puste, więc miało to sens. W ten sposób zyskałam ciocię i wujka. Nie mieszkaliśmy jak sąsiedzi, a bardziej jak rodzina. Dzięki temu miałam bardzo fajne dzieciństwo i dużo wsparcia jako nastolatka.


Co w tej historii anonimowego? A to, że dopiero jako mocno dorosła osoba dowiedziałam się, że mieszkałam z parą gejów i lesbijek udającymi małżeństwa. Na początku byłam w szoku, ale po zastanowieniu uznałam, że genialnie to sobie wymyślili. Nikt z sąsiadów nic nie podejrzewał, ja też w żaden sposób nie ucierpiałam z tego powodu. Dzisiaj rodzice i wujostwo są ludźmi w średnim wieku i nadal tworzą dwie zgodne pary i mam nadzieję, że tak już zostanie.

#7.

Jak myślicie, jak daleko może posunąć się człowiek, żeby zemścić się za zdradę?

Siedzę właśnie na lotnisku i czekam na telefon od mojej "dziewczyny" z pytaniem gdzie jestem. Jakiś czas temu wpadł mi w ręce jej messenger, przeczytałem tam, że seks ze mną jest słaby, że myśli w jego trakcie o kimś innym, że mój rozmiar jest niewystarczający. Przeczytałem też, że jestem frajerem, którego można skubać na hajs i że mnie wkrótce zostawi. Dowiedziałem się kiedy mnie zdradza, wiem gdzie mnie zdradza i wiem z kim mnie zdradza. Więc co mogłem zrobić z takimi informacjami? Dałem się jeszcze raz oskubać na hajs, a internet podsunął mi pomysł.

Jesteśmy w Grecji, a ja za 40 minut mam samolot powrotny i mam go tylko ja. Moja "dziewczyna" myśli, że wracamy innego dnia. Powiedziałem jej, że idę pobiegać, nie zabrałem ciuchów, wystarczą mi dokumenty i telefon, powinna już dzwonić, gdzie jestem, ale widocznie za dobrze się bawi beze mnie. Jak zadzwoni, odbiorę, powiem, że wszystko wiem i zablokuję zdalnie telefon, który ja jej kupiłem, a który ona użytkuje. Zostanie bez pieniędzy i bez znajomości języka, bez telefonu w obcym kraju, 2 tys. km od domu.
Zastanawiałem się, czy to jest etyczne, ale skoro jestem frajerem, to będę już nim do końca. Jutro o 11 rano obsługa hotelu każe jej się wynosić z pokoju, bo po południu meldują się nowi goście. Ciekawe, czy ich zrozumie.

Warte to było tych kilku tysięcy złotych.

#8.

W tym roku byłam nad naszym pięknym morzem. Szczęśliwie pogoda w większości była wietrzna i lekko deszczowa, co pozwoliło uniknąć ogromnych tłumów, ale jest jedna kwestia, której nie uniknie się w tym kraju. No chyba że wszędzie na świecie tak jest, to przepraszam za aluzje tylko do kraju.

Wszędzie gdzie się nie pójdzie, gdzie się nie stanie, absolutnie zawsze przyjdzie ktoś, kto pali fajki. Nienawidzę tego smrodu najbardziej na świecie. Już zapach gó*na jest przyjemniejszy, nawet zapach rozkładających się zwłok.


Zakładasz sobie, że siądziesz z dziećmi na dwie godziny na plaży. Po 20 minutach obok rozkłada się z 8-osobowa rodzina. Wszyscy bez wyjątku opaleni na heban, połowa w tatuażach, a zdecydowana większość z rażącym brakiem uzębienia. I mimo że cała jebana plaża prawie wolna, oni rozłożą się 10 cm od rodziny z dziećmi i absolutnie wszyscy wyciągają fajki i palą. Zwracasz kulturalnie uwagę, udają, że nie słyszą i palą jednego papierosa za drugim. Człowiek wytrzymał 10 minut, zabrał się w piz*du i poszedł. Klnąc pod nosem, że jeszcze nie pojawił się jakiś współczesny wariat, który by tych wszystkich śmierdzących palaczy, zatruwającym innym życie, w pizdu wymordował.

Idziemy coś zjeść. Siadamy w ogródku restauracji. Zamawiamy, czekamy na dania. Przychodzi towarzystwo kilku panów, w ciuchach do jazdy na motorach. Siadają nieopodal. Zamówili. I co? I chwila na palenie! Ale tutaj pełna kultura! Odeszli od swojego stolika, stanęli przy naszym i buch buch faja za fają!
Absolutnie podczas każdego spaceru szedł przed lub za nami palacz, który kopcił. Pierwszy raz w życiu cały nasz wyjazd zdominował wszechobecny odór fajek.

I wiecie co? Palacze to debile. Każdy, absolutnie każdy bez wyjątku. Są na tyle egocentryczni, że uważają, że jak oni się trują i smrodzą, to każdy ma to akceptować. Gdybym ja szła i takiemu cała drogę psikała śmierdzącymi perfumami w kark, to myślicie, że by się nie oburzył? Bo oni mają prawo, wolność wszystkiego! Tylko ty nie masz prawa do oddychania powietrzem bez tego smrodu.

Ostatnio nic tak bardzo mnie nie wyprowadziło z równowagi, jak te kilka dni w oparach fajek. Absolutnie wszędzie. Taki tam kraj brudactwa i patologii. Wytrzymaliśmy trzy dni, z pozostałych trzech dni wyjazdu zrezygnowaliśmy, ponieważ w każdym zoo, w każdej atrakcji turystycznej, w której byliśmy wszędzie było brudactwo palące i dmuchające innym w kark! Może tych kulturalnych palaczy chodzących na bok nie zauważyłam, bo mi opary dymu przeszkadzały.
22

Oglądany: 72478x | Komentarzy: 142 | Okejek: 232 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

23.09

22.09

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało