Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Ile przez cztery lata kosztuje utrzymanie samochodu marki ponoć premium z dużym silnikiem?

174 244  
562   558  
Wersja tldr – jak kosztowne jest utrzymanie samochodu marki uznawanej za markę premium, by był w idealnym stanie technicznym? Bardzo kosztowne. A jak bardzo? By się o tym dowiedzieć, musisz jednak przeczytać te kilkaset słów więcej.


I oto nadszedł ten czas, gdy postanowiłem mieć samochód, który prócz funkcjonalności będzie dawał trochę frajdy z jazdy. Założenia przed zakupem były jasne. Nie kupuję tak zwanych okazji, bo na nich można się mocno przejechać. Kupuję auta, które swoimi drogami w jakiś sposób zweryfikowałem. A ponieważ prowadzę stronę o tematyce motoryzacyjnej, to jakieś znajomości celem weryfikacji były. Kolejne założenia – silnik V8 i napęd na 4 koła oraz miało być to kombi segmentu E, bo potrzebuję auta dużego. Chciałem także poczuć moc i trakcję. W końcu napęd na 4 koła daje taką możliwość. No i w żadnym wypadku nie może być to SUV – a dlaczego – o tym piszę w tym artykule. Więc na placu boju pozostały w zasadzie 3 marki. Mercedes, BMW i Audi. Niestety Mercedesa W211 (E550 albo E500) nie byłem w stanie znaleźć w stanie, jaki by mi odpowiadał, a BMW odpadło ze względu na to, jak bardzo niewygodnie mi się do tego auta wsiadało ze względu na wysokie progi. Poza tym to jednak w BMW się czułem najlepiej. Gdy wsiadłem do Mercedesa, uznałem, że chyba jeszcze jestem na tę markę za młody. Tak więc zacząłem rozglądać się za Audi A6 C6 z benzynowym silnikiem V8. Czemu tak bezsensowny samochód? No cóż, dom już mam, drzewa jeszcze nie posadziłem, ale synowie są, więc przyszła kolej na samochód. Taki, który jednak dawał by troszkę frajdy z jazdy.

Poszukiwania po forach i już wiem, że najlepiej kupić może starszy, ale za to lepszy silnik 4.2 V8 o oznaczeniu BAT, który jest ponoć mniej problematyczny od jego następcy z wtryskiem bezpośrednim. Tak więc ja posiadając taką wiedzę, postanowiłem szukać i znalazłem samochód z pełną historią (potwierdzoną w ASO), samochód, który ma za sobą wszystkie akcje serwisowe dla tego modelu, czyli 48H6, 28E9 i 92B8 (odnotowane w ASO i w książce), regularne wymiany oleju (co 12 000 km według książki) i co więcej – samochód od pierwszego i jedynego właściciela, z przebiegiem 140 000 km. Przed zakupem sprawdzony został także miernikiem lakieru - na każdym elemencie lakier był oryginalny i według zapewnień sprzedającego samochód był absolutnie bezwypadkowy. Samochód został przeze mnie nabyty w ramach programu sprzedaży samochodów używanych w Audi, wraz z roczną gwarancją, czyli o przypadku mowy być nie mogło, raczej był to samochód pewny. Ile kosztowała taka przyjemność w roku 2016? Wraz z cłem było to 70 000 złotych (nie oszukiwałem na akcyzie i zapłaciłem ją od kwoty na fakturze). Naprawdę niemało, zwłaszcza że w Polsce takie samochody chodziły wtedy za około 20 000 złotych mniej. Jak handlarze robią to, że samochód z mniejszym przebiegiem niż zakupiony przeze mnie jest tańszy i jeszcze na tym zarabiają? Tego nie wiem, choć się domyślam.

Tak więc samochód zakupiony, cło opłacone, trzeba zacząć jeździć.

Na wstępie chcę zaznaczyć, że mój samochód jeszcze przed sprzedażą dostał nowiutkie oryginalne wydechy (wraz z katalizatorami), nowe zawieszenie, nowe opony letnie Michelin Pilot Sport 3 255x35R19 wraz z nowymi czujnikami TMPS i dodatkowo koła z rocznymi oponami zimowymi Continental TS850 225x50R17. Oprócz tego samochód był po tak zwanym dużym przeglądzie, gdzie został wymieniony olej, filtry, a także palniki xenon, akumulator i wspomniane wyżej części. W tym stanie samochód zakwalifikowano do sprzedaży. Tak więc nic, tylko śmigać. Po zakupie samochodu moje założenia były jasne – utrzymywać pojazd w stanie idealnym/zbliżonym do ideału.

Nie chcę, by ten artykuł został odebrany jako narzekanie czy przechwalanie, bo takim nie jest. Staram się w miarę rzeczowo przedstawić sprawę kosztów utrzymania używanego auta marki która chce być czymś więcej, niż zwykłą pospolitą marką i jest uznawana za markę premium.


Najpierw założyłem do samochodu urządzenia inwalidzkie (to między innymi to małe kółko na kierownicy), bym mógł autem kierować. Koszt takiej przyjemności to 10 500 zł (już po drobnych zniżkach, bo robiłem tam wcześniej swój samochód i maleńki rabat mi dali).

Teraz zaczynam ględzić o kosztach

Najpierw do wymiany poszły tłumiki końcowe. Tak, wyciąłem nowiutkie oryginalne i wstawiłem też nowiutkie, tyle że takie, na których samochód ładnie mruczał. Bo samochód musi brzmieć, a V8 to już obowiązkowo.


Trzy miesiące dane mi było cieszyć się z auta. Po tym czasie Audi zapłaciło słoną cenę za stan naszych dróg z województwa zachodniopomorskiego. Na szczęście opona i felga wytrzymały, jedyne co, to była potrzebna regulacja zawieszenia, geometrii i wymiana drążka i końcówki drążka kierowniczego. Niemniej był to sezon wakacyjny i samochód 4000 km zrobił bez najmniejszego zająknięcia.


Potem kolejne dwa miesiące spokoju. Po tym czasie zaczął się sypać lockup. Czym się to objawiało? Samochód jechał ze stałą prędkością (powiedzmy 100 km/h), a obroty falowały. Przyczyna znana, wiadomo, konwerter. Audi stanęło na wysokości zadania i w ramach gwarancji dostałem nowy element całkowicie bezpłatnie. A poniżej faktura z badania samochodu. Nie mam pojęcia czemu wymontowywano i zamontowywano filtr powietrza, ale widać to było potrzebne.


Co firma, to firma. Ale za wymianę elementu miałem już płacić, wobec czego umówiłem się, że dostarczę auto pod wskazany warsztat, z którym oni współpracują, i oni tam dostarczą część. Tak też się stało. Po tym, jak dojechałem na miejsce, poprosiłem właściciela warsztatu, by jednak rozebrał skrzynię, przeczyścił mechatronikę, wymienił olej i części, które się da na części z mocniejszego S/RS, bym zapomniał o skrzyni biegów na dłuższy czas. Prośba została spełniona, a faktura poniżej. Gdybym jeszcze chciał dodać do tej ceny koszt konwertera, cena byłaby o kilka tysięcy wyższa.


Do maja 2017 roku był spokój. Wtedy to mechanik zauważył, że klocki na tyle warto by było wymienić, a następnym razem także i tarcze. Więc nie zwlekając zakupiłem wszystko za jednym zamachem. I świece też (wykreśliłem z faktury części do Golfa).



A tu brakujące 7 świec.


Jeszcze faktura z wymiany i śmigamy dalej…


Śmiganie trwało do lipca 2018 roku, kiedy to znów zaczęło być kosztownie. Padł zamek w drzwiach lewych tylnych. Ponieważ samochód ma keyless-go, to zamek trzeba było zakupić w ASO. Parę innych pierdółek także.


A tak na marginesie – wiecie, jak wygląda oświetlenie otoczenia za 219 zł brutto? Wygląda ono tak:


Serio – to nie jest robota jakiegoś Chińczyka kosztująca 4 zł, a produkt poważnego koncernu za ponad 200 ziko!


Śmieszki śmieszkami, ale trzeba było to powymieniać. Dodatkowo doszły koszty poduchy pod silnikiem (tej tańszej, na szczęście).


Potem pozostało tylko śmigać, wymieniać jak co roku olej i filtry i nastał październik 2019 roku.

Audi postanowiło się zepsuć, ale tak na poważnie, i to kilka usterek jednocześnie. Na FIS wyświetlił się taki błąd:


Okazał się on być dość kosztowną (choć typową usterką). Typową, bo w lampach skrętnych zawsze przerywa się jeden kabelek odpowiadający za skręt. Się lutuje i po sprawie. Nie u mnie. U mnie wszystkie kabelki były całe. Za to zgubiły izolację. Robiły zatem zwarcie i cześć.


By się nie bawić w regenerację lamp i odtwarzanie instalacji (jest człowiek, który to robi i mam do niego kontakt, ale miał terminy za kilka tygodni), zakupiłem nowe lampy. Zwyczajnie nie trawię, jak mam jakieś błędy i piski na desce. Działa to na mnie strasznie drażniąco. Problem został rozwiązany. Lampy założyłem sobie w garażu, a światła ustawiłem na najbliższej SKP (oczywiście włącznie z procedurą punktu zerowego). Moje używane dotąd lampy dałem do regeneracji temu koledze, stwierdziłem, że jak to zrobi, to będą na zapas, ponieważ były w dobrym stanie. Po kilku tygodniach zadzwonił i powiedział, że jak chcę je sprzedać, to ma na nie kupca. Chciałem.






Przy okazji do lamp dokupiłem nowe palniki. A co, niech auto ma wszystko co najlepsze. Jeszcze latarkę dali w prezencie…


Podczas wymiany lamp zorientowałem się, że zaczęła cieknąć chłodnica na połączeniu plastiku i aluminium (ponoć typowa przypadłość tego modelu z tym silnikiem). Mówi się trudno i żyje się dalej.


Samochód postanowił także, że pożegna już czujniki ciśnienia w kołach z oponami zimowymi, więc trzeba było zakupić nowe (kupione oryginalne, choć poza ASO). I to także zostało zrobione!


A ponieważ lampy przednie były nowe, to tak naprawdę dopiero teraz zobaczyłem jak fatalnie wyglądają lampy tylne. Szczególnie te lampy, które są w klapie. Diody świeciły się wszystkie, ale estetyka lamp pozostawiała wiele do życzenia. I wystarczy się przyjrzeć jeżdżącym Audi A6 C6 Avant, by odkryć, że większość z nich (a praktycznie wszystkie przed liftingiem) mają te lampy w opłakanym stanie (nie mają te, w których lampy zostały wymienione na przykład przez handlarza, ale handlarze wstawiają tanie DEPO i mają problem z głowy, ważne, by samochód wyglądał). Okazuje się, że te lampy to wada firmowa Audi. Robią się na nich mikropęknięcia i często są to pęknięcia wewnątrz klosza, nie do uratowania przez polerkę. Właśnie to się zrobiło i u mnie. Choć, jak twierdzili znawcy, u mnie to wyglądało jeszcze całkiem znośnie. Tak wyglądała lampa wymontowana z mojego samochodu (ładna przecież, prawda?):


Otóż nie - wystarczyło w nią poświecić, a ujawniała swoje mroczne sekrety, czyli wspomniane pęknięcia. Na słońcu wyglądało to jeszcze gorzej:


I jak napisałem - to wada fabryczna, i o ile te samochody mają oryginalne, niewymienione lampy, to każda z nich tak (albo znacznie gorzej) wygląda.

Trzeba było zatem zakupić nowe lampy. Na szczęście udało mi się zakupić komplet oryginalnych lamp za taką oto kwotę.


Lampy były nieużywane, w pudełkach, choć z roku 2008. Sprzedający mówił, że zakupił je jako nowe, a tuż przed założeniem złodzieje stwierdzili, że im się podoba auto sprzedającego lampy i mu ów samochód ukradli. Po samochodzie pozostały tylko zakupione lampy.



Jak widać, czasami cuda się zdarzają i zakup był w sumie dość udany, bo jedna lampa w ASO to koszt 900 zł, a jest ich aż cztery. A na moje lampy (4 szt.) znalazł się kupiec. Wiedział co kupuje, dostał komplet prawie 50 dużych zdjęć pokazujących w jakim stanie są te lampy i sam taką kwotę zaproponował (kwota symboliczna, ale lampy zostały sprzedane). Po założeniu zakupionych nowych/starych lamp tył uzyskał blask! Pamiętajmy o założeniach - utrzymywać pojazd w stanie idealnym/zbliżonym do ideału. A to dotyczy także wyglądu zewnętrznego.



Silnik także zaczął wykazywać oznaki smarowania zewnętrznego. Znaczy się przestał mu chyba smakować olej, bo postanowił go gubić. Zatem zakupiłem także uszczelki i przygotowywałem się do poważniejszego remontu.




I już po remoncie (w cenie wymiana chłodnicy, filtrów, oleju i innych zepsutych pierdółek).


I nadszedł rok 2020. Póki co minęło go 8 miesięcy, ale jeśli idzie o samochód, to jest on dość… kosztowny. W marcu okazało się, że Audi wbrew utartej opinii jednak rdzewieją. Na rantach drzwi w okolicach listew i końcówkach progów. I trzeba to było zrobić. Na domiar złego jakiś chuligan na hulajnodze wpadł w moje auto i pozostawił pamiątkę tutaj:


I tutaj (w tym miejscu doskrobał się do aluminium):


Nic to – zrobione, pomalowane, wygląda super. Co do maski - lakiernik się postarał. Zdjął stary lakier, dał naprawdę minimalną ilość szpachli w miejscu, gdzie cielę na hulajnodze maskę wgniotło i pomalował maskę tak, jakby wyszła z fabryki. Drzwi na rantach i końcówki progów zrobione równie fachowo.


A ponieważ samochód miał nowe lampy i był pomalowany, to postanowiłem zabezpieczyć lakier i pojawiła się powłoka ceramiczna. Włącznie z zabezpieczeniem nowych lamp folią samoregenerującą.


Kosztowało to troszkę pieniędzy, ale efekt – marzenie.



I nastał czerwiec 2020. Przebieg samochodu to 166 000 km. I usłyszałem coś, czego żaden właściciel posiadający auto z rozrządem na łańcuszku usłyszeć nie chce. Takie króciutkie trrrr przy rozruchu. Nie trwało to nawet pół sekundy. 9 na 10 mechaników by stwierdziło, że to objaw normalny i dopóki nie napełnią się napinacze łańcuchów, to będzie terkotać. Na szczęście mój mechanik jest tym jedynym na 10, który stwierdził, że taki dźwięk jest absolutnie niepożądany. Wyjął silnik, rozkręcił i znalazł winowajcę. I znów, można by rzec, typowa usterka. Ślizg łańcucha głównego.


Wytrzymuje około 15 lat i to praktycznie niezależnie od przebiegu. Na forach tematycznych wyczytałem, że taki ślizg potrafi wytrzymać i 300 000 km, jak i przy 100 000 potrafi się posypać. Stwierdzono, że 150 000 km to dla niego raczej dość krytyczny moment w silniku V8. Na tychże forach doradzano także zakup zestawów Febi z dodatkową prowadnicą od modelu S/RS. Tak właśnie uczyniłem (a cena tej dodatkowej prowadnicy z butów nie wyrywa). Natomiast same łańcuchy i reszta napinaczy/ślizgów była w stanie idealnym, ale skoro wymieniamy komplet, to wymieniamy komplet. Jak robić, to porządnie.

A, i jeszcze w drodze do mechanika mój samochód napotkał na kolejny typowy problem:


Tak - słynne trzecie światło stopu w Avancie. Ale to zostało wymienione wraz z rozrządem (włożony został oryginał).

Co do samej wymiany rozrządu – ponieważ samochód zaczął na początku roku gubić zapłony, postanowiłem oddać także do regeneracji wariatory/fazatory. Zwał jak zwał, są zregenerowane (druga faktura) i działają dobrze. Silnik pracuje płynnie.



Jeszcze faktura z robocizny za cały ten remont i śmigamy…


Do lipca. W lipcu kolejna, tym razem mało kosztowna rzecz. I kolejna typowa dla VAG. Tym razem to chyba prawda, bo w równolatku Golfie ten mechanizm wymieniałem trzy miesiące wcześniej. A ponieważ miałem ściągacz do wycieraczek zakupiony dawno temu (bo w Passacie też wymieniałem ów mechanizm, a jakże), to mechanizm wymieniłem sobie sam.


Czy to koniec awarii w tym aucie? A gdzieżby tam. W sierpniu przeskanowałem samochód i okazało się, że auto nie widzi modułu Telestart Webasto i sterownika drzwi lewych tylnych. O ile moduł (praktycznie nowy, bo ponoć auto zostało rozbite w dwa lata po wymianie modułu) został zakupiony prywatnie i to w pieniądzach, o których nie warto mówić (30 zł z przesyłką), o tyle liczę, że drzwi da się nareperować poprzez naprawienie kabelka w wiązce drzwiowej). Bo jak nie, to ochrona komponentu i inne dzikie historie...


Czego jeszcze się spodziewać po tym samochodzie? Z typowych usterek jakie mnie czekają w najbliższych latach, to klapki wirowe w silniku, zespół cylinderków układu klimatyzacji (niewinnie brzmi, kosztuje 1300 zł), czujniki parkowania przód i tył, stacyjka (ponoć ludziom się sypią na potęgę, ja jej nie używam, mam keyless-go, to myślę, że mi trochę pożyje jeszcze), sprężarka klimatyzacji, oraz zaciski tylne i elektryczny ręczny. Pneumatyki w zawieszeniu nie mam, więc omija mnie remont drogiego podzespołu. A, i czekam, aż zepsują się czujniki ciśnienia w oponach letnich. Ponoć żyją koło 8 lat, a zostały wymienione tuż przed sprzedażą auta wraz z nowymi oponami.

Do kosztów należy doliczyć jeszcze coroczną wymianę oleju i filtrów. Kosztuje mnie to 350 zł na rok. Czemu tyle? Olej leję raczej dobry (Motul), a wchodzi go prawie 9 litrów, więc to kosztuje.

Ubezpieczenie samochodu – tu już każdy osobiście wybiera, co dla niego najlepsze. Ja mam OC, AC, wszystkie pakiety, ochronę zniżek, a także naprawę na nowych oryginalnych częściach niezależnie od wielkości szkody i kosztuje mnie to 2700 zł na rok.


Paliwo – pali mi tyle ile widać powyżej. Sprawdzone z tym, co tankuję i liczę przy dystrybutorze. Nie wiem, kiedy zerowałem komputer (licznik dzienny zeruje się sam po 5000 km), ale na pewno wcześniej niż rok temu. Samochodem przez 4 lata zrobiłem 27 000 km, spalił mi więc około 3300 litrów paliwa. Paliwo liczę po 5 zł (bo tankuję 98, gdyż na niej silnik dobrze pracuje i takie paliwo zaleca producent), więc wychodzi 16 500 złotych na paliwo.

Podsumowując – przez 4 lata użytkowanie samochodu kosztowało mnie 43 205,44 złotych na remonty i pielęgnację, 1050 złotych za coroczny serwis olejowy, 10 800 złotych za ubezpieczenie i 16 500 złotych za paliwo.

I teraz najlepsze - łączny koszt utrzymania samochodu tak, by wyglądał super i był w idealnym stanie, wraz z paliwem i ubezpieczeniami, to 71 555 złotych, czyli prawie 19 000 złotych na rok! Nieźle, co? Dodając koszt zakupu, mamy lekko ponad 140 000 złotych. A to bez kwoty 10 500 złotych za urządzenia inwalidzkie. Jej nie wliczałem, bo przecież niewiele osób musi takowe kupić.

Co, aż tyle?

No dokładnie tyle. Dlaczego wszystko takie drogie? Ma to związek z cenami części. A kosztują one tyle, ile kosztowały, gdy samochód był nowy. To nie jest tak, że samochód potanieje, więc części też muszą. Mój samochód jak był nowy kosztował w przeliczeniu około 450 000 złotych. Więc taki rozrząd za 10 000 złotych to ułamek kwoty zakupu auta. Dziś ludzie patrzą na to inaczej i okazuje się, że taki rozrząd to 1/3 zakupu, bo samochód staniał, a rozrząd nie, a przecież wyprodukowanie części kosztuje tyle samo co 10-15 lat temu. A niestety nie jest to rozrząd na prostym pasku i kilku rolkach napinających, tylko na czterech łańcuchach, ślizgach, napinaczach, zaworkach zwrotnych i wariatorach/fazatorach). A takich części nie zrobi już byle jaka firma, ba! te części robi niewielu producentów właśnie ze względu na ich skomplikowanie i dlatego nie są najtańsze. No i sama wymiana wiąże się z wyciągnięciem silnika z samochodu, gdyż Audi uznało, że rozrząd od strony grodzi jest taki w sam raz, co jeszcze bardziej podnosi koszty.


Dlatego ludzie nie decydują się na wymianę, tylko sprzedają samochód dalej, licząc, że kupi go ktoś i wreszcie zrobi porządek. Albo będzie udawał, że nie słyszy, a jak coś się stanie, to zakupi używany silnik i po kłopocie. Nie bez powodu używane auta premium są takie tanie. Widzę nawet wśród moich znajomych, że porywają się na zakup marzeń, a potem zakup stoi i czeka na wymianę czegokolwiek, bo właściciela nie stać na wymianę. Serio, ludzie, zastanówcie się dobrze przed zakupem. Ja WIEDZIAŁEM ile kosztuje utrzymanie tego samochodu i kupiłem ten samochód świadomie. A ten tekst piszę, by wszyscy marzyciele zobaczyli, ile to naprawdę kosztuje, bo przecież żaden właściciel auta marki premium Ci tego nie powie. Bo niemieckie samochody premium się nie psują, co nie? A już VAG-i to absolutnie (i palą 5 l/100 km przecież).

Jak widać, najkosztowniejsze naprawy mam za sobą i wiem, że przez kolejne 15 lat będzie spokój z tym samochodem, więc nieprędko go sprzedam. Póki co żyjemy sobie powolutku. On już stara się nie psuć (bo się nie ma w nim co psuć), a ja go naprawiam, jak coś tylko zacznie niedomagać. I ponoć i tak miałem szczęście, bo sporo właścicieli aut z tymi silnikami jest już po kapitalnym remoncie silnika, bo brał im olej, albo klapki wirowe zostały zassane do silnika i narobiły bałaganu. Mój póki co oleju nie bierze. Mam nadzieję, że następne 6 lat spędzimy na obustronnej radości z jazdy i samochód pozwoli mi się nim cieszyć, bo w gruncie rzeczy to naprawdę fajne auto! A i teraz wyglądające i jeżdżące jak nowe. Jak by to napisał każdy handlarz: Stan wizualny i mechaniczny: tip-top. Tyle że w przypadku tego samochodu to nie będą słowa rzucane na wiatr... A co następne? Raczej będzie to już auto nowe, salonowe. Marki jeszcze nie znam, ale dojrzałem już do tej decyzji...


W artykule podałem kwoty brutto. Bo tyle to będzie kosztowało każdą normalną osobę. W moim przypadku samochód został zakupiony na pełną fakturę i został wciągnięty na firmę. Wobec czego koszty są dużo niższe. Trzeba odliczyć VAT i pomniejszyć podatek dochodowy (dla samochodu, części i napraw oraz ubezpieczeń i paliwa), doliczyć amortyzację samochodu i wtedy dopiero wychodzi realna kwota, jaką płaci przedsiębiorca. A ona już nie jest tak wysoka. Auto wraz z naprawami (bez kosztów paliwa, czy ubezpieczeń) to koszt niecałych 60 000 złotych (bliżej 55 000 złotych). Za taką kwotę mam kompleksowo naprawiony samochód wraz z detailingiem i sportowym wydechem. Więc tragedii nie ma. Ale jako osoba prywatna nie zdecydował bym się na posiadanie takiego samochodu. Zwyczajnie - za droga zabawa.
74

Oglądany: 174244x | Komentarzy: 558 | Okejek: 562 osób