Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Z bojownikiem przez Tajlandię cz. VII: Ach, ten Bangkok!

31 226  
158   15  
Od ostatniej publikacji minęło trochę czasu, co nie oznacza, że osiadłem na mieliźnie. Ba, podczas zeszłorocznej pięciotygodniowej wyprawy do Australii przyszło mi jeszcze dwa razy gościć w tym ciekawym kraju.

#1. Pierwsze zmiany

Ilekroć jestem w Tajlandii, ciągle odkrywam nowe rzeczy, a o już poznanych dowiaduję się więcej. Jeszcze w lutym 2018 nie widziałem żadnych znaczących zmian po śmierci Ramy IX. Koronacja jego następcy Ramy X (Maha Vajiralongkorn) miała miejsce 4 maja 2019 roku i kiedy odwiedziłem Tajlandię pod koniec sierpnia 2019, widać było pierwsze zmiany. OK, prohibicja na sprzedaż alkoholu w godzinach 14:00-17:00 i 24:00-11:00 pozostała, ale wyemitowano nowe banknoty oraz monety z wizerunkiem obecnego króla.




Portrety z wizerunkiem poprzedniego króla oraz rodzinne są zastępowane obecnie panującym.







To pierwsze, co od razu mocno rzuca się w oczy. Czy wpłynęło to na mieszkańców? Ciężko powiedzieć. Dla przeciętnego turysty życie tam wygląda jak zwykle.





#2. Wat Arun (Świątynia Świtu)


Świątynia Wat Arun, na polski tłumaczona jako Świątynia Świtu, to jedna z najbardziej charakterystycznych świątyń w Bangkoku. Jej wizerunek możemy spotkać na wszelkiej maści tajskich pamiątkach (magnesy, breloczki, widokówki), a nawet na rewersie obiegowej monety o nominale 10THB.



I coś w tym jest, bo zwraca na siebie uwagę.


Pierwsze zapiski na temat świątyni pochodzą z czasów panowania Króla Narai (1656–1688) w Królestwie Ayutthaya (obecnie prowincja Ayutthaya). Legenda głosi, iż w 1768 roku po upadku Ayutthaya generał Taksin, spływając w dół rzeki Chao Praya i szukając miejsca na nową stolicę, ujrzał świątynię o świcie, stąd pochodzi jej nazwa. W jej pobliżu założył pierwszą osadę Thonburi, która dała początek późniejszemu Bangkokowi. Przez pewien okres w świątyni spoczywała statuetka Szmaragdowego Buddy, przeniesiona w 1785 roku do Wat Phra Kaew [1] (obecnie na terenie pałacu królewskiego w Bangkoku, wspominałem o tym tutaj).


Główny prang mierzy 70 metrów. To jest tak, jakby po stromych schodach wejść na gierkowski wieżowiec i pomnożyć to przez trzy. W nagrodę mamy piękny widok na...



...czekaj, wróć, tzn. na pobliski Wielki Pałac,


a zaraz obok buddyjską świątynię.


Główny prang reprezentuje górę Meru, w ludowym wierzeniu centrum wszechświata, a pozostałe cztery kierunki świata. Król Rama III zarządził, aby pokryć go kolorową ceramiką w skomplikowane wzory. Ta niezwykła cecha budowli sprawia, że prang błyszczy w słońcu i daje tej świątyni niepowtarzalny urok. Nawet nocą.





#3. King Power MahaNakhon


Do niedawna najwyższym budynkiem w Bangkoku był Baiyoke Tower II (304 m). I niby obecny jest wyższy raptem o 10 m,


ale za to taras widokowy ma na samej górze, z możliwością oglądania panoramy miasta z perspektywy 360°.


Zanim jednak przyjdzie nam za 700 BHT (ok. 80 zł) wjechać pędzikiem na 74 piętro,


raczeni jesteśmy multimedialnymi prezentacjami w turbo windzie.


Nie miałem okazji zjeżdżać windą w kopalni, ale w tej na upartego idzie przybić piątaka z żołądkiem.
Generalnie na 74 piętrze do dyspozycji mamy przeszklony punkt widokowy,


gdzie jak ktoś był na wrocławskim pindolu, to wrażenie robi, ale przez chwilę.
Ciekawiej robi się piętro wyżej. I teraz ktoś powie - dach jak dach, ogrodzony i nic szczególnego,


ale chcąc poczuć dreszczyk emocji, do dyspozycji mamy przeszklony taras,


314 m nad drepczącymi pod nami mikro człowieczkami i jeżdżącymi samochodami. Gdyby ktoś odczuwał tremę, to wcześniej jest barek i można strzelić sobie browarka lub drinka na odwagę.
Na tarasie obowiązuje limit osób jednocześnie przebywających. Nie ma wytycznych co do wagi, za to wchodząc na taras, nie można mieć ze sobą telefonu ani innego sprzętu optycznego. Nie ma za to problemu, aby osoba czuwająca nad porządkiem na tarasie strzeliła nam fotkę lub ktoś ze znajomych będących przed nim.
Warto mieć ze sobą lornetkę lub aparat z dobrym zoomem. Nigdy nie wiadomo, czy nie uda się dojrzeć czegoś zdecydowanie ciekawszego.


#4. Pływający targ Taling Chan

O klongach, czyli sieci kanałów transportowych, wspominałem dość ogólnie. Tym razem była okazja być na jednym z nich.


Taling Chan
jest jednym z wielu tzw. pływających targowisk. Stacjonując w Rambuttri mamy niemal pod nosem przystanek autobusów rzecznych, a zaraz obok przystanek tajskich gondoli, którymi bez problemu za niewielką opłatą (120 BHT) możemy dostać się w docelowe miejsce.


Dotrzemy tam także autobusem lub taksówką, jednak powyższa opcja jest zdecydowanie szybsza i przyjemniejsza.



Wśród różnych atrakcji,


najbardziej przykuwają wzrok lokalne przysmaki.




Możemy także zaopatrzyć się w jakąś drobną pamiątkę z wizerunkiem byłego króla. Jak widać, poprzedni król dalej gości w tajskich sercach.


#5. Wattana Panich

A skoro już jesteśmy przy jedzeniu... Jakiś czas temu @Reszka wspominała o dość oryginalnej jadłodajni. Wattana Panich, bo o niej mowa, znajduje się w dzielnicy Watthana.
Pierwszy raz na informację o tym miejscu natknąłem się przez przypadek na miesiąc przed wyprawą do Australii w poszukiwaniu nietypowych miejsc do zwiedzenia po drodze i z miejsca wskoczyło do "must do!". I bez dwóch zdań naprawdę warto! Tym bardziej że cumując np. w Rambuttri można w miarę sprawnie się tam dostać.


Wystarczy udać się pieszo z Rambuttri niewiele ponad kilometr do Phanfa Bridge, skąd wodnym autobusem sprawnie i bez korków dotrzemy do przystanku Thong Lo Boat Station, a stamtąd już rzut kamieniem do miejsca docelowego. I to za niewiele ponad 1,50 zł w jedną stronę.


Sama lokalizacja jest dość kontrastowa. Na tle nowoczesnych biurowców wyróżniają się ubogie uliczki.



Sam lokal mieści się przy dość ruchliwej ulicy Ekkamai i niczym szczególnym z zewnątrz się nie wyróżnia.


Za to to, co czyni go wyjątkowym, to czterdziestopięcioletni bulion wołowy! Nazywany jest "wiecznym gulaszem" lub "gulaszem myśliwego".


Cały bajer w jego przygotowaniu polega na gotowaniu na wolnym ogniu i uzupełnianiu go wciąż o nowe składniki w ramach ubywania wywaru. I w ten oto sposób cały gulasz gotowany jest od 45 lat. A smakuje naprawdę wyśmienicie! Kosztuje 120 BHT (ok. 14 zł)!



Chociaż lokal nie wygląda jakoś atrakcyjnie, to o jakości tamtejszego jedzenia niech świadczy masa przyznanych nagród zdobiąca jedną ze ścian.







Ogólnie lokal oblegany jest przez miejscową ludność i ciężko szukać tutaj obcych. Byłem tam jedyny.



#6. Tajscy krawcy

Na zakończenie dzisiejszego odcinka coś o tajskich krawcach. Podobno Bangkok to światowa stolica garniturów szytych na miarę. Do tej pory w swoim życiu miałem dwa: na studniówkę/maturę oraz na obronę pracy magisterskiej. Ten drugi w przeciągu przeszło 10 lat rozciągnął się zbyt mocno lub ja zbiegłem się w praniu na tyle, że zrobił się minimum rozmiar za duży. Cóż, ostatni raz na kameralnej imprezie byłem w 2010 roku. W sumie to postanowiłem wykorzystać okazję i sprawdzić, jak wygląda to w rzeczywistości. Szukać specjalnie nie trzeba, bo wszędzie jest ich pełno. Przy samym Rambuttri Village Plaza, gdzie nocowałem, było dwóch, a wzdłuż ulicy jeszcze więcej. A jak wygląda cały proces?

Podczas wybierania garnituru dostajemy w ręce katalog z topowych domów światowej mody. Chcemy Prada, Dolce Gabbana, Hugo Boss czy Armani? Żaden problem. Kiedy zdecydujemy się na krój, to przechodzimy do wyboru materiału i koloru. Dostajemy szereg próbek do wglądu, gdzie możemy sprawdzić sobie rodzaj materiału, dołożyć coś od siebie, np. że chcemy niegniotący się materiał. Kiedy wszystko gotowe, to przechodzimy do podpisania umowy, wpłaty zaliczki (połowę ceny) i zdjęcia miary.


Na koniec zostałem poproszony, aby rano przyjść na domiar. I tutaj przeżyłem lekki szok. Otóż rano koło godz. 10:00 (zamówienie składałem dzień wcześniej lekko po 17:00) czekały na mnie gotowe spodnie i kamizelka idealnie pasujące! Natomiast sam domiar polegał na dokładniejszym dopasowaniu w większości już uszytego garnituru.


Co mogę powiedzieć więcej, szok w klapkach. Pamiątka moim zdaniem warta ceny. Całość za spodnie, kamizelkę i garnitur wyniosła 7200 BHT (jakieś 800 zł). Ktoś powie, że można znaleźć taniej. Pewnie i można, ale wierzcie, na szukanie szkoda mi było czasu, bo mogłoby to odbyć się kosztem innych rzeczy, które chciałem zwiedzić. Jest możliwość targowania się, ale w dniu odbioru (niedługo przed wylotem) i tak dosłownie padałem już na ryj ze zmęczenia po bardzo intensywnym zwiedzaniu.

Sam efekt końcowy natomiast wygląda tak:


Wygospodarowałem za to resztkę sił, aby poprosić o tajskie pozdrowienia dla bojowników Joe Monstera.

https://youtu.be/gz6v-P4XQl8
Ci, co znają tajski, niech zweryfikują, czy nas pozdrowili, obrazili lub grożą. Ale wydaje mi się, że pozdrowili. Poprosili nawet o zostawienie rekomendacji na szybie.


A kilka miesięcy temu dostałem nawet wiadomość "jak się mam" od Michaela (gościu od pozdrowień). Nie ukrywam, zaskoczył mnie.


W trakcie kolejnej wizyty strzeliliśmy sobie po Changu po jego pracy ;)
Na dziś tyle, ale to jeszcze nie koniec...

W poprzednim odcinku...



Źródła: 1
2

Oglądany: 31226x | Komentarzy: 15 | Okejek: 158 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

03.12

02.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało