Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Żałuję, że tylko z jednym, złapałam w metrze nie tę rurkę co trzeba i inne anonimowe opowieści

85 969  
219   49  
Dziś przeczytacie także o pewnym szefie i wymianie sprzętu biurowego, o dziecięcych próbach zrozumienia podwodnego świata, a także dowiecie się, jak wywołać uśmiech u ludzi czekających na autobus.


#1.

Pracuję w niewielkiej, aczkolwiek dobrze zarabiającej firmie. Problem w tym, że mam szefa, który jest wybitnym wręcz dusigroszem. Regularnie wyłącza z zasilania dystrybutor z chłodzoną wodą (bo prąd kosztuje!), kupuje najtańszą, najpodlejszą w smaku kawę i każe nam myć podłogę w biurze, bo nie chce mu się raz na kilka dni zapłacić paru złotych sprzątaczce. Nie modernizuje też sprzętu, na którym pracujemy. Ja muszę działać na zmurszałym laptopie Samsunga sprzed kilkunastu lat. Ten szmelc dusi się i zawiesza przy każdej czynności, która choć odrobinę obciąża jego pamięć. Przez to robota trwa dłużej, a ja dostaję ataków wściekłości. Mówiłem szefowi, że potrzebujemy nowych komputerów, a on zawsze odpowiadał, że sprzęt jest sprawny i że absolutnie nie ma potrzeby nic wymieniać.

W końcu moja cierpliwość skończyła się i postanowiłem dokonać sabotażu. Gdy nikt nie patrzył, wylałem na laptopa szklankę wody. Następnie komputer porządnie osuszyłem, aby zatrzeć po sobie wszelkie ślady „zamachu”. Ku mojemu zaskoczeniu sukinkot włączył się, ale klawiatura nie działała i wywalało jakieś błędy z dyskiem twardym, więc można udać, że moja dywersyjna akcja zakończyła się sukcesem. „Teraz skąpiradło musi kupić mi nową maszynę!” - pomyślałem. Szef zabrał komputer i dał mi zamiennik – swojego wypasionego, super-szybkiego laptopa kupionego kilka miesięcy wcześniej. Przez parę dni pracowałem na tym sprzęcie licząc na to, że wkrótce dostanę komputer podobnej klasy. Otóż nie. Mój pryncypał zaniósł uszkodzonego laptopa do naprawy, za którą zapłacił… 1600 zł! Czyli mniej więcej tyle, ile kosztowałaby nowa, sprawna maszyna. Tymczasem znienawidzony przeze mnie szrot wrócił na moje biurko i prawdopodobnie będę musiał na tym złomie pracować po kres moich dni.

#2.

Gdy byłam mała, mój brat miał akwarium z rybkami. Któregoś dnia, gdy się mną zajmował sam w domu (oczywiście "zajmował" oznaczało "baw się i mi nie przeszkadzaj, a ja posiedzę w pokoju obok") zapatrzyłam się w akwarium i próbowałam zrozumieć podwodny świat. Nagle dotarło do mnie, że przecież rybki nie mają czym oddychać pod wodą, więc je wyjęłam, żeby nie umarły.

Po około 30 minutach mojej "rozmowy" z ususzonymi rybkami przyszedł mój brat, bo stwierdził, że jestem za cicho. Gdy zobaczył swoje ulubienice ułożone równiutko na biurku wpadł w szał i powiedział, że jestem morderczynią i pójdę do więzienia.

Popłakałam się i wrzuciłam wszystkie rybki do ubikacji, bo byłam przekonana (dzięki jednemu z odcinków "Laboratorium Dextera"), że rybki trafiają do "świata zmarłych rybek" w oceanie. Kochany braciszek powiedział, że jak tylko ktoś gdzieś znajdzie te ryby, to spędzę całe swoje życie w więzieniu, nie dość, że za morderstwo, to jeszcze za zacieranie śladów. No ale kto przecież mógł je znaleźć w podwodnym świecie zmarłych gdzieś w oceanie.

Płakałam przez 3 dni na każdy dzwonek do drzwi, bo brat za każdym razem komentował "policja po ciebie".

#3.

Dzisiaj rano jak zwykle zbierałem się do pracy. Założyłem buty i wtedy żona poprosiła mnie, żebym przy okazji wyrzucił śmieci. To nie problem, śmietnik jest zaraz obok furtki, którą się wychodzi z osiedla.

Sześć minut później na przystanku odkleiłem się od telefonu aby popatrzeć, czy mój autobus już jedzie. Przy okazji zauważyłem, że ludzie wokół coś podejrzanie uśmiechnięci. Jak się okazało, nie bez powodu - pewien debil w garniturze stał na przystanku z workiem śmieci w ręce.


#4.

Gdy byliśmy mali, babcia nie pozwalała wpuszczać podwórkowych kotów do domu. Miało to swoje uzasadnienie, gdyż kot Węgielek po wejściu do kuchni podnosił nogę jak pies i strzelał moczem na kredens, celując w zawieszoną na klamce siatkę, w której babcia trzymała chleb. Do domu mogła czasem wejść kocica Rysia, ona była grzeczniejsza. Gdy je karmiliśmy, Węgielek zawsze ustępował Ryśce miejsca przy misce, dochodził dopiero gdy ona się najadła, choć sam również był głodny. Węgielek został również dwukrotnie ojcem dzieci Rysi. Moja młodsza siostra uznała, że koty nie powinny żyć tak bez ślubu, więc gdy na wakacje przyjechał nasz mały kuzynek Kuba, oczywistym było, że zorganizują im ślub. Kuba był o rok młodszy od Oli, był mały i suchy jak patyk, do tego straszny niejadek, co martwiło niezmiernie babcię, która non stop próbowała go czymś karmić, zazwyczaj bezskutecznie.

Dzieciaki bardzo poważnie podeszły do kwestii organizacji ślubu, na podwórku został zbudowany ołtarz, alejka, po której mieli przejść państwo młodzi, ławki dla zaproszonych gości (głównie dzieciaki z sąsiedztwa i nasze misie), Ola nazbierała kwiatków na bukiety, ja zrobiłem z papieru koloratkę dla Kubolka, który miał być księdzem na uroczystości. Na wesele zorganizowane były paluszki, draże kokosowe, czipsy maczugi (cała paczka za zawrotną sumę 50 groszy) i jakiś gazowany pomyj w stylu Helena czy inna Fanta. Był jednak jeden problem, koty nie były zainteresowane zinstytucjonalizowaniem swego związku ani uczestnictwem w sakramencie swego ślubu. Próby ceremonii wypadały fatalnie. Myślę, że po prostu dalej wolały dalej żyć na kocią łapę. Sprytni Ola i Kubolek postanowili jednak je jakoś przekonać. Kubolek poszedł do babci, która należała do pokolenia wojennego, które cierpiało głód, miało kompleks sybiraka i dla którego mięso było luksusem i przywilejem i stwierdził, że bardzo zgłodniał. "A co byś zjadł, wnusiu?" - zapytała babcia. "A zrób mi babciu kanapkę z szynką i kiełbasą". Babcia szczęśliwa jak nigdy narobiła Kubolkowi i Oli mnóstwo kanapek z szynką i kiełbasą. Mięso schowali do siatki, a chleb wyrzucili chichocząc.

Gdy przyszedł ten najważniejszy w życiu każdej kobiety dzień, na deskach siedzieli zaproszeni goście i misie, wszyscy odświętnie ubrani, wykradziona została woda święcona z kościoła, a Ryśka i Węgielek pojmani. Ustawiliśmy je obok siebie na początku drogi pod ołtarz i zaczęliśmy nucić marsz weselny. Koty jednak zamiast iść z godnością do ołtarza, tak jak byliśmy pewni, że zrobią w tak wyjątkowym dniu, wystrzeliły jak z procy, by dorwać się do mięcha leżącego u stóp Kubolka. Zanim Kuba zdążył ogłosić je mężem i żoną, zeżarły wszystko i zaczęły węszyć po "kościele", czy nie ma gdzieś więcej.
Ostatecznie jednak je pożeniliśmy, a sprawa mięcha nigdy nie ujrzała światła dziennego.

#5.

Mam w życiu trochę szczęścia i dzięki temu postawiłem domek na wsi.

Szczęście się skończyło, gdy okazało się, że w wiosce komuś się to bardzo nie spodobało, notorycznie ktoś przewracał moje pojemniki na śmieci, na trawniku sporo kamieni (kosiarka nie lubi tego), płot pomazany sprayem...

Szczęście wróciło, gdy przypomniałem sobie, że mam jeszcze sporo gotówki w zamyśle przeznaczonej na zamontowanie kamer, czujek czadu, jakiegoś oświetlenia posesji itd.

Wynająłem firmę, opisałem problem i... panowie stwierdzili, że możemy zamontować standardowo kamery i alarmy, ale mają też autorskie rozwiązanie szefa...
W domu zamontowane zostały czujki dla bezpieczeństwa, a na dworze kamery z czujką ruchu i potężne ledowe oświetlenie, które świeciło jak jakaś latarnia morska, do tego standardowy alarm i kilkadziesiąt głośników ukrytych w różnych miejscach na posesji.

Kilka dni później nagrałem kilku gówniarzy, którzy uciekając przed oświetleniem i ujadaniem piekielnych ogarów (z głośników) wywracali się o własne nogi.

Choć jestem z natury ugodowym i spokojnym człowiekiem, to nagranie jak zdzierają sobie skórę na twarzy, rękach i nogach na brukowanym podwórku, uciekając przed nieistniejącymi psami, jest moim ulubionym i zapisałem je na dysku, oglądam, gdy mam ochotę się pośmiać... Kilkanaście sekund czystej rozrywki.

Akcji z tymi gówniarzami było jeszcze kilka, ale to historia na inną okazję ;)


#6.


Kilka lat temu jechałam ok. 7.30 rano metrem na uczelnię. Jak codziennie o tej porze - był straszny tłok. Jechałam typem wagonu, który przy wejściu na środku miał pionową rurkę do trzymania się (taką od podłogi do sufitu). Było bardzo dużo ludzi, więc wielu z nich (żeby uniknąć zachwiania w trakcie jazdy) trzymało się tej rurki. Jedną z nich byłam ja. Wiadomo, że najwygodniej jest złapać się jej mniej więcej na wysokości brzucha, bo nie trzeba wtedy np. trzymać ręki wysoko w górze) .

Z uwagi na to, że oprócz mojej dłoni na tej rurce znalazły się dłonie co najmniej 6 innych osób, zostało mi do trzymania „mało korzystne” miejsce nisko na rurce – tak na wysokości „poniżej pasa”. Zarówno naprzeciwko mnie, jak i po mojej prawej i lewej stronie stało dwóch ok. 25-letnich facetów (po „przekątnych” też stali jacyś ludzie).
Trzymałam dłonią tej rurki, żeby nie zachwiać się w trakcie jazdy metra i nie wpaść na kogoś z osób stojących obok.

W trakcie jazdy, pomiędzy stacjami, ktoś chciał się przemieścić, więc puściłam na chwilę rurkę. Nagle metro zaczęło jechać szybciej i niespodziewania „szarpnęło”, a ja odruchowo, bezwarunkowo, chciałam mocno złapać się rurki na tej samej wysokości co poprzednio, żeby się nie przewalić. Ku mojemu zdziwieniu i zdziwieniu chłopaka z naprzeciw, nie złapałam mocno rurki, tylko zdecydowanym ruchem… jego „klejnoty”.

Nie wiem, kto był bardziej zdziwiony, bo natychmiast oboje „spaliliśmy cegłę”. Powiedziałam na szybko „przepraszam”, a faceci, którzy stali po mojej prawej i lewej stronie w konsternacji mieli bardzo zdziwione miny i po chwili ciszy jeden z nich powiedział: „w sumie to chyba nie masz go za co przepraszać, bo powinno mu się to podobać”. Wszyscy obok wybuchli śmiechem, a ja z tym „wymacanym” chłopakiem staliśmy jak wryci. Było mi głupio spojrzeć mu i tym facetom obok w oczy. Jeszcze nigdy przejazd pomiędzy jedną a drugą stacją nie trwał tak długo…

#7.

Zaręczyłam się w wieku 22 lat. Rok później wzięłam ślub. Można uznać to za pochopną decyzję w tak młodym wieku, jednak nie żałuję wyjścia za mąż. Oprócz jednej rzeczy.

Nie należę do rozwiązłych osób, dodatkowo dla mnie seks musi iść w parze z miłością. Swój pierwszy raz miałam więc z moim obecnym mężem, każdy kolejny również z nim. Zdrada nie leży kompletnie w mojej naturze, a że z mężem dogadujemy się dobrze i poza byciem małżeństwem jesteśmy również przyjaciółmi, raczej nie zapowiada się na rozstanie - przynajmniej nie z mojej strony.

Lata mijają, a ja robiłam i robię to tylko z jedną osobą. Czasem zastanawiam się, czy seks może wyglądać inaczej, czy ma różne oblicza. Kiedy dotarło do mnie, że najprawdopodobniej nie spróbuję tego już z nikim innym, żałuję, że zwlekałam z tym tematem, że nie spróbowałam niczego przed spotkaniem męża. Gdybym mogła cofnąć czas, nie chciałabym tego żałować po raz kolejny.

Ot, taka moja mała rozterka. Teraz pozostają mi jedynie wyobrażenia, jak to jest...

#8.

Jestem nauczycielką. Lubię swoją pracę i swoich uczniów - nawet tych najtrudniejszych. W pracę wkładam dużo serca. W ubiegłym roku dostała mi się bardzo ciężka klasa - dzieci z trudnościami edukacyjnymi, społecznymi i emocjonalnymi stanowiło prawie połowę klasy. Bałam się jak nie wiem podjąć tego zadania, ale pomimo ogromnego nakładu pracy udało mi się wyprowadzać te dzieciaki na prostą. Godziny rozmów wychowawczych, rozwiązywanie kilkunastu konfliktów tygodniowo. Kilkanaście spotkań z rodzicami, setki minut wygadanych przez telefon z informacjami o sposobach pracy z uczniami. Ogólnie rzecz biorąc mnóstwo pracy wychowawczej, żeby dzieci nauczyły się ze sobą rozmawiać i wypracowywać kompromisy. Żeby szanowały jeden drugiego, nie wyśmiewały się wzajemnie i nie mściły za urojone krzywdy.

Co w tym anonimowego?

Najbardziej miałam dość nie tych dzieci, ale ich matek. Dziewczyny wykształcone, zadbane, pozornie matki roku - a w rzeczywistości złośliwe hetery. Każda uwaga o niewłaściwym zachowaniu dziecka kwitowana była w domu "pierdołami mi głowę zawraca", "jak se nie radzi, to do Biedronki na kasę, a nie dzieci uczyć"... a dziecko słucha i przetwarza. I cała moja praca z uczniem w p*zdu.

Ja wiem, że matka zawsze będzie bronić dziecka, ale czasami miałam ochotę nagrywać swoje lekcje i przerwy, żeby im później pokazać, jak to ich aniołki się zachowują w szkole. Potrafiły mi nawet zarzucić kłamstwo i przeinaczanie faktów, ponieważ wyjaśniłam, że przebieg opisanego przez ich dziecko wydarzenia jest inny, niż ono przedstawiło w domu. Konfrontacja oczywiście nie wchodziła w grę, bo dziecko "nie pamięta, bo to już dawno było" albo mówi coś innego niż podczas rozmowy zaraz po zaistniałym fakcie.
Albo wieczne pretensje. Najlepsze były matki, które pisały do mnie wieczorem, że w szkole ich dziecko zostało szturchnięte/popchnięte/niedopuszczone do zabawy przez kolegów i że powinnam tę sprawę załatwić. A gdy pytam, czy dziecko zwróciło koledze uwagę, że jego zachowanie sprawia mu przykrość - słyszę: "Nie, bo on nie umie takich spraw załatwiać" (w domyśle - pani mi załatwi...). Gdy tłumaczę, że w szkole tego się uczymy i powinna go do tego zachęcać, to obraza, że mi się nie chce pracować. Co nie jest prawdą, bo po każdym zgłoszeniu szczególnie zwracam uwagę na takie sytuacje, żeby wychwycić je i popracować z dzieckiem na bieżąco, a nie po fakcie.
A szacunek do innych? Od jednej matki usłyszałam wprost - że chyba jestem jakaś nienormalna, że każę dzieciom rozmawiać ze sobą, kiedy się pobiją. Ona uczy, że jak ktoś go bije, to ma oddać, a nie pitu pitu o emocjach rozmawiać.


I dziwić się, że rosną młodzi, które nie potrafią mieć swojego zdania, a zamiast rozmowy stosują przemoc słowną lub fizyczną.
Chyba jednak skorzystam z rady i przebranżowię się na ekspedientkę w Biedrze...
13

Oglądany: 85969x | Komentarzy: 49 | Okejek: 219 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

14.08

13.08

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało