Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Wyjechała do Albanii - teraz opowiada, jak tam naprawdę jest, część VI

30 333  
170   47  
Cześć! Jak mam za dużo wolnego czasu, to trudniej się zebrać i zrobić to, co zakładałam. A że teraz zaczęło się dziać (walizka spakowana, bilet kupiony, tylko sprawdzam trzy razy dziennie, czy LOT mi rezerwacji nie odwołał), to i mobilizacja większa! Tak więc witam was w ostatnim moim tekście o Albanii - takie znów mam założenia, choć ostatnio nie wyszło ;)

Bunkry - nadal mi się nie nudzą. Tu w jednym z najfajniejszych miejsc w Albanii, jakie znam - Rodonit.

Dziś opiszę wam, dlaczego za Albanią tęsknię i dlaczego bardzo chcę tam wrócić i co po dłuższym wyjeździe z Polski zaczęło mi u nas przeszkadzać, czego wcześniej nie zauważałam albo nie był to dla mnie problem.

Pierwsze za czym tęsknię w Polsce to albańska kawa! I dopiero tam ją polubiłam i zaczęłam pić regularnie, wcześniej nie piłam jej w ogóle. Tęsknię i za jej głębokim smakiem, ale i za stylem picia. To pewnego rodzaju rytuał, a nie traktowanie kawy jako zwykły pobudzacz pity przy komputerze w biurze. Kawę pije się tam powoli, w kawiarni. Jest to czas na odpoczynek, poczytanie gazety czy spotkanie z przyjaciółmi. Wyjście na kawę może być też spotkaniem biznesowym, ale jest to przełamanie barier, żeby nie było tak oficjalnie. Postój na kawę to też obowiązkowy punkt każdej dłuższej wycieczki. Mimo że zazwyczaj zamawia się małą filiżankę (głównie mocne espresso), nie spieszymy się, pijąc. Niestety, nie umiem sączyć espresso przez godzinę, ale nauczyłam się, że warto poświęcić te 10 -15 minut na oderwanie się od zajęć, żeby odpocząć i przewietrzyć głowę. Niestety wciąż szukam idealnego smaku.


Kawa i kawałek ciasta trilece (bardzo słodkie, ale ze względu na konsystencję idealne na lato ciasto) - połączenie idealne.

Brakuje mi też w Polsce sjesty! Drzemka po południu jest czymś cudownym. Mam wrażenie, że często spanie w dzień widziane jest u nas jako coś negatywnego, przejaw lenistwa. Nie wiem czemu lepiej wypić kolejną kawę, zamiast uciąć sobie 15-minutową drzemkę. Oczywiście ważną role odgrywa tu system pracy. W Albanii sjesta to wręcz obowiązek. Kto ma szczęście i pracuje blisko domu, może wrócić na te 2-3 godziny w środku dnia i odpocząć. Ale jeśli mamy za daleko i nie opłaca się wracać, to można przespać się na leżaku na plaży, na ławce w parku czy w cieniu drzewa. I nikogo ten widok nie dziwi, tym bardziej nie gorszy. Ale dlatego, że to nie są pijaczki, którym procenty za bardzo uderzyły do głowy (o czym za chwilę). Latem jest to po prostu unikanie największych upałów, choć niektórzy tak bardzo wpadli w ten rytm dnia, że gdzieniegdzie korzystają ze sjesty również zimą. Niestety, w Polsce lepiej wypić kolejną kawę, zamiast pójść spać. W Albanii łączą kilka kaw dziennie razem z drzemką. Według badań, jakie widziałam w tamtym roku, Albańczycy to najbardziej leniwy naród w Europie ;) Choć patrząc na to, ile mają pracy w sezonie i jak dzień w dzień po wiele godzin pracują, dyskutowałabym nad tym stwierdzeniem. Może trzeba byłoby te badania podzielić na okres letni i pozasezonowy.


Pusta plaża, leżak w cieniu i szum morza - miejsce idealne na drzemkę.

Skoro wspomniałam o pijaczkach… Nie wiem, czy wcześniej nie zwracałam na nich szczególnej uwagi, czy przez półtora roku zwiększyła się ich liczba, ale bardzo rzucają mi się w oczy. Już na dzień dobry, jak przyleciałam do Polski - przesiadka w Warszawie Centralnej. Na dworcu ich nie brakowało (może to też albańskie rozwiązanie - brak dworców, brak skupiska pijaków i żebraków). W Olsztynie nie mieszkam w „złej dzielnicy”, ale w mojej okolicy jest ich naprawdę dużo. Cóż, pewnie trzy sklepy monopolowe i ławeczki obok robią swoje. I nie chodzi mi o picie piwa w miejscu publicznym - niech piją. Ale zazwyczaj są głośni, wulgarni i sikają po krzakach…

A w Albanii widziałam tylko dwa razy pijanego lokalsa. Tam publiczne upicie się jest pewnego rodzaju powodem do wstydu. Co nie oznacza, że nie piją alkoholu. Piją! I to często od rana, bo czemu nie zacząć letniego dnia od zimnego piwa czy kawy nie popijać rakiją (oczywiście ku zdrowotności!). Ale oni piją zdecydowanie wolniej, kieliszka rakii też nie wychyla się na raz, tylko sączy. To inna kultura picia - żeby trochę w głowie mogło poszumieć, ale trzeba zachować fason. I wieczorne wyjście kumpli na miasto raczej oznacza wypicie wspólnie kawy. Ewentualnie po piwie czy lampce wina. Tam faktycznie wyjście na jedno piwo na nim się kończy.


Picie rakii oczywiście tylko ku zdrowotności!

W poprzedniej części żaliłam się na działanie komunikacji zbiorowej w Albanii. Jednak ma ona swoje wady i zalety. Przede wszystkim dużą zaletą jest wsiadanie i wysiadanie tam, gdzie nam pasuje. U nas trzeba jechać na dworzec i tam wsiadać, choć często dany autobus przejeżdża niedaleko naszego domu, to jednak się nie zatrzyma. Tam nie musimy nadrabiać drogi. No i nie trzeba się martwić o zakup biletu z wyprzedzeniem. Nie czekamy w kolejce przy kasie, nie złościmy się na niedziałający automat czy brak drobnych. Wsiądziemy, to kupimy. Bez stresu! A jeśli dany kurs jest bardzo oblegany, to znajdziemy rozwiązanie. Przecież nie będziemy stać, gdy czeka nas 5 godzin jazdy. Dobry kierowca zawsze ma kilka składanych taboretów i rozstawi je w przejściu. Trzeba tylko pozasłaniać parę okien, żeby drogówka się nie czepiała.


Niestety nie wszędzie da się dojechać autobusem, czasami trzeba pojechać samochodem, żeby zobaczyć takie perełki - ponownie Rodonit.

Bardzo podoba mi się w Albanii pewnego rodzaju poszanowanie własności prywatnej (publicznej niestety nie… ale tu piszę tylko o albańskich pozytywach). Moi sąsiedzi suszyli pranie albo na ogrodzeniu, albo wystawiali suszarkę z praniem przed klatkę i nikt tego nie ruszał. Do tego wystawili krzesła i stolik obok balkonu i były bezpieczne przez całe lato. A dlaczego nie mogli tego wszystkiego mieć na balkonie? Ponieważ zrobili tam sobie kuchnię (na parterze). I nie mieli obaw, że ktoś ich okradnie, mimo że spokojnie wyższa osoba (no i te krzesełka obok) na ich balkon mogła wejść. Bo warto dodać, że nie byli oni w mieszkaniu cały czas. A „osiedle”, na którym mieszkałam, oczywiście nie było monitorowane (ale była informacja, że jest ;)) i oświetlenie w nocy też nie było najlepsze. Do tego po sezonie, kiedy biznesy się zamykały, to właściciele zostawili sporo rzeczy na zewnątrz - głównie restauracyjne stoliki i ławki. Jedynym „zabezpieczeniem” było zastawienie wejścia na teren ogródka ławką czy dwoma pomarańczowymi pachołkami. I nikt tego nie ruszał czy nie niszczył „dla zabawy”. Do tego zostawianie otwartego samochodu, z kluczykiem w środku, gdy Albańczycy idą tylko na szybko po papierosy czy chleb - nikt obcy nie wsiada i nie odjeżdża.


Niestety, stary hotel w Kukes jest „niczyj”, więc popada w ruinę.

Do tego restauracje - ceny jak i „sposób biesiadowania”. W północnej części Albanii nigdy nie nacięłam się na kosmicznie ceny w knajpach, mimo że zamawiałam coś bez menu i sprawdzenia. Do tego głównie po angielsku, więc mogli pomyśleć, że na turyście zarobią. Pyszna kawa (plus w 99% przypadków szklanka wody gratis) za ok. 3,5 zł. Pamiętam, jak podczas jednej wycieczki w Beracie (miasto wpisane na listę UNESCO) miałam ogromną ochotę na kieliszek białego wina. Nie mając wiele wolnego czasu, usiadłam na deptaku tam, gdzie było miejsce pod parasolem. Zamówiłam, dostałam porcję wina od serca, nalane tak po domowemu ;) Ku mojemu zdziwieniu kieliszek wina kosztował tyle, co kawa z mlekiem - ok. 4 zł. W szczycie sezonu, w obleganym przez turystów mieście. Jasne, mogłam mieć akurat szczęście, bo widziałam zdjęcia paragonów z nieadekwatnymi cenami, ale to raczej dotyczyło restauracji. Tam ceny już sprawdzam. No i w Albanii często dodawali do piwa jakieś gratisowe przegryzki typu orzeszki czy miseczka chipsów, a na deser po kolacji talerz owoców. W Polsce nigdy z czymś takim się nie spotkałam.

W Albanii, gdy idzie się w kilka osób do restauracji, podoba mi się to, że nie zamawiamy oddzielnego dania dla siebie, tylko wspólne talerze na środku - z miksem mięs czy owoców morza. Albo ogromną miskę makaronu. Oczywiście nie zabraknie sałatki i chleba. Nie ma wydzielania, liczenia, wszystko jest wspólne. Na koniec, gdy dostaniemy już rachunek, to nie sprawdzamy, ile dana osoba musi zapłacić, nie dzielimy rachunku. Zazwyczaj zrywają się 2-3 osoby i jest dyskusja kto płaci. Mieszkając jeszcze w Kukes, głupio nam było, gdy szliśmy w 3 Polaków i zapraszaliśmy jednego Albańczyka i on za nas płacił. I robił to podstępem - mówił, że idzie do toalety, ale zahaczał o bar, żeby uregulować rachunek, jak nie widzieliśmy, żeby ukrócić dyskusję i żeby nie zostawiać już pieniędzy na stole. Jako że płacenie kartą w północnej części Albanii nie jest zbyt popularne, to nie trzeba czekać na kelnera z terminalem ani z rachunkiem, bo często dostajemy go razem z zamówieniem, więc zostawiamy pieniądze na stoliku i wychodzimy. Gorzej, jak nie mamy drobnych i trzeba czekać, aż ktoś podejdzie. Czasami są za bardzo zajęci rozmową i papierosem ;)


Berat - miasto z listy UNESCO, to tu lampka wina kosztuje mniej niż 4 złote!

Albańczycy w porównaniu do Polaków mają w sobie więcej serdeczności i luzu. Niestety daleko mi jeszcze do ich podejścia do życia. Słyszysz w restauracji swoją ulubioną piosenkę i w duszy ci gra? To śpiewaj. Albo tańcz. Albo jedno i drugie. Ktoś pewnie dołączy. I nikt nie stwierdzi, że to dziwne albo że jesteś pijany. Rozmawiasz z kimś przez telefon na ulicy (oczywiście w 80% przez kamerkę) i cie zdenerwował? Pokłóć się, niech wszyscy wkoło słyszą. Nie wolno tłumić w sobie emocji. To niezdrowe.

Do tego jak straciłam paznokcia i chodziłam jak pierdoła, to sklepikarze pytali, co mi się stało. I raczej nie była to wścibskość, a faktycznie pytanie z troski i zauważali moją rekonwalescencję. Gdy działo się coś z blokadą drzwi w biurze, panowie obok nie pytając wzięli narzędzia i naprawili co trzeba. Gdy nikogo z nas już nie było w Albanii, a w nocy była ulewa, to sąsiad wstał i przykrywał nasze jeepy, żeby nie zmokły. Bardziej troszczą się też o dzieci. Pamiętam, że podczas spaceru po drugiej stronie ulicy biegł maluch i niestety poplątały mu się nogi. Zaraz obok zatrzymał się samochód, wysiadł jakiś facet, podniósł dziecko i pocieszał, czekając aż dobiegnie do niego powoli babcia, która nie umiała dorównać tempu dziecka. Myślę, że u nas samochód z obcym zatrzymujący się przy dziecku byłby mocno podejrzany.
Sądzę, że Albańczycy częściej się uśmiechają niż Polacy. Ale może to też kwestia pogody. Zdecydowanie mam lepszy humor, gdy jest ciepło i świeci słońce. Łatwiej im też przychodzi nawiązywanie kontaktów. Pogaduchy z nieznajomym w autobusie to standard. Zawsze znajdzie się wspólny temat - pogoda, korki, seriale czy narzekanie na politykę.


To północ Albanii szczególnie słynie z serdeczności i gościnności. Przede wszystkim okolice jeziora Koman, które możecie tu zobaczyć.

Może taka drobnostka, ale w Albanii reklamy nie są tak przytłaczające na każdym kroku. Najbardziej zauważyłam to oglądając coś na YouTubie. Fakt, w Polsce można kupić opcję YouTube Premium (gdy siedziałam w Albanii, takiej opcji nie było). Ale gdy wrzucałam sobie playlistę z piosenkami, to jakaś reklama (i to zazwyczaj krótka) trafiała się co 3-4 piosenkę. W Polsce niestety są one dużo częściej i dłuższe. Do tego ciągłe rozdawanie ulotek u nas w kraju. Czy na mieście, czy jako dodatek do zakupów w sklepie. Albo wrzucanie do skrzynek na listy (fakt, w Albanii byłoby to trudne, bo oni skrzynek nie mają). Z ulotkami w Albanii spotkałam się tylko podczas wakacyjnych akcji jednego z operatorów komórkowych.


Ale jak już się reklamować, to porządnie. W jednym z komisów w Durres można kupić czołg. Niestety, ceny nie podali.

No i oczywiście tęsknię za pracą! I choć czasami jest ciężko, bo gorąco, bo codziennie jest coś do roboty, od rana do wieczora (oczywiście ze sjestą ;)). Do tego, jak to z pracy z ludźmi, trafi się jedna osoba, która psuje humor na cały dzień, ale jednak plusów jest dużo więcej. Dużo wyzwań, dużo się dzieje, choć program wycieczki mamy taki sam, nigdy wycieczka taka sama nie jest. Do tego można spotkać ogrom niesamowicie ciekawych i inspirujących ludzi. W Mojej Albanii mamy super polsko-albańska ekipę z fajną szefową na czele. Uwielbiam opowiadać o Albanii na naszych wycieczkach, ale najczęściej można spotkać mnie w biurze, bo zdecydowanie mój tryb pracy tam się sprawdza. Nie bez powodu zostałam nazwana ogarniętą Asią. I nie zawsze moja rola polega na sprzedaży wycieczek. Robię też za pewnego rodzaju informację turystyczną - gdzie wymienić walutę, gdzie iść na autobus, co przywieźć na pamiątkę. A czasami ktoś przyjdzie ot tak pogadać i zapytać, jak się w Albanii znalazłam. Albo co u mojego męża! :D Nie wiem o co chodzi z tym pytaniem, ale usłyszałam je naprawdę wiele razy od osób w różnym wieku. Nie mam nawet chłopaka, więc nie wiem skąd to pytanie, ale dzięki temu mogę podrążyć temat, dlaczego Albania wciąga ;)


Chwila przerwy w pracy - czas na selfiaka! Tu w ukochanej Krui, którą w sezonie 2019 odwiedzałam najczęściej.

Po intensywnym półtora roku trochę przesiąkłam Albanią. I nie mam tu na myśli zapominania języka polskiego, bo z tym nie miałam problemu. Ale będąc we Włoszech w tym roku (tak, udało mi się przed pandemią zwiedzić Bari i okolice), złapałam się na tym, że powtarzałam „w Albanii mają lepszy ser”, „a w Albanii to bardziej się starają”, „a w Albanii…”.
Gdy z balkonu usłyszałam dzwoneczki, zaczęłam wypatrywać stada owiec, bo tak bardzo przywykłam do tego dźwięku i ich widoku. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to te dzwonki wietrzne. Na spacerze myślałam, że widzę bunkier, a to po prostu mocno wystająca studzienka… Ale nie zamierzam być bardziej albańska od Albańczyków. Nie, nie. Zostanę Polką.


Za takim widokiem tęsknię.

Bardzo jestem ciekawa, co przyniesie ten sezon, bo na pewno będzie inaczej niż rok temu. Zobaczymy też, czy jeszcze coś w głowie mi się pozmienia. Plany na lato? Te niezrealizowane rok temu - spróbowanie głowy barana i przejazd albańskim pociągiem.
Walizka spakowana, rękawiczki, maseczki i płyn do dezynfekcji są i można lecieć!

Pewnie gdy tekst już będzie opublikowany, ja będę w Albanii w trakcie przygotowań do sezonu. Tak jak pisałam, nie mam pomysłu na pociągnięcie tej serii dalej (ale zobaczymy, co lato 2020 przyniesie), dlatego chciałam wam ponownie podziękować za bardzo pozytywny odbiór moich tekstów. Tym bardziej mi miło, że chce wam się do mnie napisać prywatnie tu czy na Instagramie z miłym słowem, a ego rośnie mi dziesięciokrotnie, gdy chwalicie mnie osobiście w Albanii lub pytacie o mnie, pisząc do nas na firmowym Facebooku. Nie ma co ukrywać, że to lubię ;)

Zapraszam was oczywiście na mój Instagram, gdzie możecie podglądać” mnie w Albanii.



A teraz ściskam was ciepło, trzymajcie się i do zobaczenia. W Albanii, a może nie tylko. W końcu tyle krajów jest jeszcze do odkrycia na mapie-zdrapce!

<<< W poprzednim odcinku

9

Oglądany: 30333x | Komentarzy: 47 | Okejek: 170 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało