Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Jak to na badania okresowe pewnego razu się wybrałem

50 527  
240   79  
Kilka miesięcy temu, jeszcze przed wybuchem całej epidemii, pandemii i ogólnie przed tym cholerstwem, które teraz zalewa nas zewsząd, zmuszony byłem udać się do ośrodka zdrowia celem zrobienia badań okresowych potrzebnych do pracy.

Jestem osobą, która do lekarzy chodzi tylko kiedy musi (ot, jak na przykład urżnąłem sobie przez nieuwagę kawałek opuszka palca...). Jedni powiedzą, że to niezbyt rozsądne, żeby zawsze każde grypsko czy inne przeziębienie samemu leczyć paracetamolem czy kocem i herbatą, a drudzy zrozumieją. Ci, co zrozumieją, zapewne spotkali na swojej drodze lekarzy takich, jak ja spotkałem, i stąd ta niechęć do całej służby zdrowia.

To jak już zacząłem, to opiszę...

Kilka lat temu borykałem się przed dobry miesiąc z atakami duszności, z bezdechem. Budziłem się w środku nocy, nie mogłem złapać oddechu, nie mogłem "zaciągnąć się" powietrzem. Byłem jak ryba wyciągnięta z wody i rzucona na ziemię, która łapczywie otwierając pysk, próbuje walczyć. Nieomal dochodziło nawet do wymiotów. Zapewne odruch, przez to całe próbowanie łapania powietrza.

No nic, trzeba było udać się do lekarza. Ale ogólnie dziwnie, nic innego, żadnej podwyższonej temperatury, nic. Przyjął mnie lekarz ogólny, który wtedy miał skończone 80 lat. Co najlepsze, przyjmuje do tej pory, a więc obecnie ma już jakieś 85. Cóż, uroki małych miejscowości.
Nie miałem żadnych uprzedzeń do tego lekarza, wiek mi nie przeszkadzał, ważniejsze były jego umiejętności. Ale... Do sedna.

Opisałem mu co się ze mną dzieje, opisałem dokładnie te ataki bezdechu i trudności z oddychaniem. Wysłuchał, obadał, osłuchał płuca:

- Nic panu nie jest. Ale PROFILAKTYCZNIE PROSZĘ BRAĆ RUTINOSCORBIN.
- Dziękuję, panie doktorze... *


Wracając do głównego wątku - ...po prostu do lekarza pójdę tylko jak zajdzie potrzeba, bo witaminkę C to ja sobie sam mogę przepisać.


Pracodawca poinformował mnie o obowiązku zrobienia badań okresowych wymaganych ze względu na pełniony przeze mnie zawód. Pokierował mnie do jednego z kilku ośrodków robiących te badania. Trzeba zadzwonić, umówić się, przyjść, zapłacić.

Okej, telefon wykonany:

We wtorki doktor przyjmuje od 17 do 19, proszę wtedy przyjść.
O tym, jak wygląda, a właściwie nie wygląda rezerwacja nie będę się rozpisywał, wszyscy wiemy.

16:50 podjechałem pod ośrodek, już widzę, że sporo ludzi się kręci. Wchodzę. Przy wejściu recepcja, rząd krzeseł. Przy recepcji milion pięćset ulotek, informacji o badaniach, o dofinansowaniach, o tym, jak myć zęby, o tym, że skolioza, że cukrzyca i wielka kartka z napisem:

NIE MUSISZ SIĘ PRZEDSTAWIAĆ. WYSTARCZY, ŻE PODASZ SWÓJ DOWÓD OSOBISTY RECEPCJONIŚCIE.


Wiadomo, Polska uczy się ochrony danych osobowych, RODO, te sprawy.
Razem ze mną wszedł jeszcze jeden mężczyzna, ale na recepcji przebywały akurat dwie osoby, więc zajęto się nami naraz:

- Pan na badania?
- Tak, dzwoniłem.
- Dobrze.

Pani recepcjonistka wyciągnęła jakiś formularzyk i zaczyna do mnie:

- Imię... Nazwisko... Numer telefonu... Jeszcze raz, jak końcówka? 094?... Tu się podpisać... Faktura będzie? Yhy, 150 złotych płatne u doktora, faktura później do odbioru. Pokój numer 3, pytać kto ostatni. Z tym formularzem do gabinetu.

Fajnie, fajnie, że przestrzegacie tych wszystkich zasad, o których tyle się swego czasu trąbiło dookoła. Tak, podałem swoje dane na głos. Jak i wszyscy obecni.


Wybiła 17, kolejki pozajmowane, wciąż dochodzą jeszcze nowe osoby, czekamy. 17:05 otwierają się drzwi gabinetu obok i wychodzi on, niczym król, cały na biało, właściciel tego ośrodka, lekarz, który będzie te nasze badania przeprowadzał.

Dzień dobry.

Wszyscy zgodnym chórem "dzień dobry", tak jak uczono w przedszkolu. Prezes szepnął coś na recepcji, wszedł do gabinetu, w którym to miał nas przyjąć, ale wchodząc przed drzwi, rzekł:

Jeszcze chwilę.

Czekamy.

Za kilka minut ruszyło, otworzył drzwi i zaczął brać po kolei. Powiem szczerze, w miarę sprawnie to szło. W pewnej chwili recepcjonista wszedł do gabinetu bez żadnego ostrzeżenia, pukania, wnosząc jaśnie prezesowi herbatkę malinową, świeżo zaparzoną, którą to na jego wcześniejsze potajemne polecenie zobligowany był mu przygotować.

Trochę ludzi przede mną, to tak siedzę i obserwuję. Nie jestem typem człowieka, który zawsze wsadzi nos i palce w telefon i stuka, i pisze, i gra, i przegląda po raz enty Facebooka czy inne wiadomości. Ja chyba z tej starej generacji - siedzę, myślę, patrzę. I tak obserwuję panią, która to była na recepcji.

Pani miała kalendarz. Taki naścienny, dzielony na trzy. Wiadomo, miesiąc w tył, obecny i przyszły. Ale pani taki kalendarz nie odpowiadał. Wyciągnęła sobie nożyczki, zaczęła bawić się w wycinanki. Wycięła tu, tam zgięła, tu nadcięła, wzięła taśmę klejącą, skleiła, tu podocinała i oto oczom moim ukazał się kalendarz biurkowy, taki trójkątny, co to sobie stoi.
Grunt, to zawsze znaleźć sobie zajęcie, a nie siedzieć bezczynnie, zwłaszcza w pracy.

Moja kolej, wchodzę:

- Nazwisko?
- [niestabilny_]
- Dobrze. Proszę formularz.

Zaczął przepisywać. Do leżącego na biurku wielkiego zeszytu, rozłożonego, format chyba A3. Tam, w nim, jedna wielka tabela zrobiona ręcznie, od linijki, wiadomo, a do tego zielonym długopisem. Od góry do samego dołu. Wszyscy dzisiejsi "pacjenci".
IMIĘ NAZWISKO DATA URODZENIA PESEL PODPIS
Fajna baza do chwilówek.
No nic, ja też się tam właśnie znalazłem.

- Przejdźmy do badania. Jak się pan czuje?
- Normalnie, dobrze.
- Coś boli?
- Nie.
- Cierpi pan na coś?
- Nie.
- Jakieś choroby?
- Nie.
- Wzrok dobry?
- Tak.
- Słuch?
- Tak.
- Dobrze. 150 złotych. Fakturę jak pan potrzebuje, odbierze pan na recepcji.
- Tak, wiem, proszę. Dziękuję, do widzenia.

I po wszystkim.

Nic się w sumie nie zgadza, ochrona danych osobowych, praktycznie żaden wywiad lekarski, żadne badania, nawet ciśnienia nie zmierzył, klatki nie osłuchał, ale... KASA SIĘ ZGADZA. Reszta nie musi.


Szkoda tylko, że człowiek zdaje sobie sprawę, że wszystko w tym kraju tak wygląda. Że wszystko to pic na wodę, tylko na pokaz, a w rzeczywistości zwykła ch*jnia. Żadne procedury, żadne tam konieczności. Informacja o przestrzeganiu RODO jest? No jest, to o co chodzi? Badanie zrobione? No przecież jest pieczątka, to o co chodzi?

I w ten sposób przez kolejne lata mogę odpowiadać za wasze, za waszych pociech zdrowie i bezpieczeństwo podczas waszej podróży autobusem. Ja to tam ja, nie cierpię na nic przewlekle, niczego nie zatuszowałem. Ale jest wielu kierowców 60+. I oni tak samo te badania przechodzą. Wchodzą, płacą i wychodzą.

Bezpiecznej i spokojnej podróży! :)


*Dla ciekawskich: całość za kilka dni przeszła sama z siebie. Trochę szukałem, czytałem, pytałem. Obstawiam alergię, ale do tej pory się nie dowiedziałem. A całe to zjawisko już nie powróciło.
39

Oglądany: 50527x | Komentarzy: 79 | Okejek: 240 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało