Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Moje przemyślenia po pierwszym roku jazdy na motorze

59 430  
375   200  
Od dawna chciałem mieć motor. Prawko zrobione w 2011, przez wiele lat nie było na sprzęt kasy, były rzeczy pilniejsze, ale w zeszłym roku postanowiłem, że starczy tego, nie po to się pracuje i zarabia, żeby nie spełniać swoich zachcianek od czasu do czasu. Jak postanowiłem, tak uczyniłem. 13 czerwca minie rok odkąd mam swój motor i chciałem podzielić się swoimi obserwacjami.
Na wstępie zaznaczę, że nie jestem fanatykiem używania nazwy „motocykl” i nie hejtuję ludzi, którzy mówią „motor”. Mówi się, że motor to silnik i się na nim nie jeździ. No cóż, siedzenie w sumie jest nad silnikiem i poza nim to wiele w motocyklach innego sprzętu nie ma. Co więcej ludzie, którzy są takimi purystami językowymi często sami mówią, że łańcuch zakłada się na zębatkę, a nie na koło zębate. To samo dotyczy cyklistów. Tak że tego.

l_18365823c3c9760zebatka.jpg
Co i jak poprawnie nazwać i jak to nazywa środowisko

Chciałem w tym tekście podzielić się kilkoma rzeczami, które mnie zdziwiły czy zainteresowały w motocyklach czy rzeczach z nimi związanymi, a nie miałem ich świadomości, zanim na poważnie się za temat nie wziąłem.

Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać ekwipunek

Z motocyklami jest trochę inaczej jak z samochodami. Tutaj nie ma tak, że się wsiada i jedzie. Formalnie wystarczy kask, jednak instynkt samozachowawczy nakazuje co innego. Zacząć należy od truizmu – skóra człowieka, który szoruje po asfalcie, oddziela się od człowieka, a kości zmieniają, w tak zwanym międzyczasie, stan skupienia. Jak ktoś lubi wyższą formę sado-maso, to może to i fajne, ale większość ludzi lubi siebie takimi, jacy są. Poniżej można pooglądać jak wygląda taki ktoś po wypadku.

https://www.youtube.com/watch?v=8IrKUStWl24
W związku z tym należy się sensownie ubrać. Co to znaczy sensownie? Wszystko musi być zakryte czymś, co wytrzyma szlifowanie po asfalcie, a ponadto newralgiczne punkty muszą być dodatkowo osłonięte czymś, co pochłonie ewentualną energię od uderzenia. Wszystkie wystające elementy typu kolana, nadgarstki, łokcie, barki, biodra czy plecy muszą być osłonięte. Wnętrza ud na ten przykład mają dość małą szansę oberwania i nie ma po co tam się dozbrajać. Poza tym byłoby to niewygodne.

Tak więc poszedłem naiwnie do sklepu licząc, że wyrobię się w planowanym budżecie i rety, jak się myliłem. Do kupienia była oczywiście kurtka – wziąłem siatkową, przewiewną na lato, będzie zimniej, to kupi się drugą. Można od razu wziąć uniwersalną, ale stwierdziłem, że teraz jest gorąco, to co będę szedł w półśrodki. Poza tym to hobby, a na hobby się nie oszczędza. I pyk, 680 zł, za kurtkę i ochraniacz na plecy. Do tego spodnie. Okazuje się, że to nie muszą być spodnie od kombinezonu (tekstylne) czy spodnie skórzane. Są jeansy ze wstawkami z kewlaru (ma się kuloodporny tyłek, he, he) i z kieszeniami na ochraniacze. Taki zestaw kosztował 550 zł. Dalej są rękawice, też przewiewne, lżejsze, skórzane z ochraniaczami na knykcie i nadgarstek – 290 zł. Są też buty. Otóż buty, szanowni państwo, to nie są jakieś buty. Człowiek się dowiaduje, że muszą mieć sztywną podeszwę (w razie przewrócenia motocykla na stopę podeszwa przejmuje ciężar maszyny, będzie ładnych parę kilogramów). Do tego ochrania kostkę i jest dość długim butem, żeby nie spadł z nogi, jak będziemy robić w trakcie wypadku dziwne fikołki. Koszt 400 zł. Do tego pierdółka – łącznik kurtki ze spodniami. Że co? Otóż w trakcie zapoznawania się z powierzchnią drogi może się okazać, że lecicie nogami do przodu. W takiej sytuacji kurtka podwija się i macie mycie piaskiem i asfaltem na sucho po całych plecach. Do żywego mięska. Żeby tego uniknąć, kurtki mają suwak naokoło bioder/z tyłu pleców, który łączy się z suwakiem w spodniach. Spodnie skórzane (kombinezony dwuczęściowe) mają taki suwak już wszyty, ale do jeansów trzeba dokupić osobno. 130 zł. Za kawałek suwaka ze szlufkami 130 zł… No ale cóż, hobby, człowiek się ma cieszyć, że wydaje pieniądze… Ale 130 zł za kawałek suwaka? Serio?

Na koniec najważniejsze, ochrona jednostki centralnej kierowcy. Kask. Otóż kask był stosunkowo tani, kosztował 370 zł. Droższe kaski są albo bardziej fikuśnie pomalowane, albo mają bajery typu interkom. Wystarczy, że kask spełnia normy i jest OK, a w poważnych sklepach kasków niespełniających normy nie znajdziecie. Okazało się też, że są różne rodzaje kasków – szczękowe, integralne, otwarte czy off-roadowe. Ostatnie wykluczyłem od razu, bo nie zamierzałem się tak bawić na motorze. Pojawia się więc pytanie, który typ wybrać. Wyszło, że jak nie zamierzam jeździć 200 km/h po mieście czy szaleć na torze, to integralny aż tak potrzebny mi nie będzie. Na spokojną jazdę po mieście, stanie w korku i możliwość zaczerpnięcia powietrza lepszy będzie szczękowy lub otwarty. Otwarte mają ludki na skuterach i tam są wystarczające – jadą te 50 km/h i w razie czego siły też nie są aż tak duże. Na motorze te 130 km/h po autostradzie można już pocisnąć i tam kask otwarty może nie być wystarczający. Został więc wybrany kask szczękowy. Jak dobrać rozmiar kasku? Jak robi się wam chomik, to kask jest dobry – elementy kasku napierają na policzki, co powoduje, że pod kaskiem wyglądacie jak chomik. Oczywiście nie za mocno – na tyle mocno, że nic nie lata, ale na tyle lekko, że nie boli nic i nie ma dyskomfortu. Poza tym wnętrze kasku i tak się z czasem odrobinę jeszcze dopasuje do nosiciela, tak że spokojnie.

Swoją drogą w żargonie motocyklowym są takie przeurocze określenia i bardzo mi się to podoba. Jak chociażby wspomniany wyżej chomik przy przymierzaniu kasku.

No, wszystko z ubrań kupione. Zanim wsiadłem na motor, wydałem ok. 2400 zł. To teraz czas na zakup maszyny.

Przed zakupem należy wypić napar z roślin rosnących przy trasie, którą pokonała kolumna motocykli w pełni księżyca. Napar ten należy przygotować z wodą źródlaną zaczerpniętą kaskiem i podaną przez starszego stażem kolegę. Po wypiciu należy medytować 4 dni i 5 nocy nad sensem życia i należy wyobrażać sobie siebie na motorze. W zasadzie można tylko ostatnią rzecz wykonać i też będzie OK. Niemniej trzeba wiedzieć po co ten motocykl ma być. Sam planowałem jeździć po mieście, poza miastem raczej krótsze wypady. Od razu wszystkie motocykle do off-roadu odpadły. Choppery są fajne, ale szerokie, po mieście może być problem się przeciskać, poza tym zwykle są dość ciężkie i mogą być trudne na początek do opanowania. Ścigacze mnie nie bawiły nigdy – nie mam parcia do prędkości. Wyszło mi, że jakiś naked może będzie OK – naked, w sensie motocykl golas bez owiewek na silniku. Poszukałem, poszperałem i kilka modeli się znalazło. Ostatecznie po zapoznaniu się z ofertami sprzedaży kupiłem Hondę CB 500 z 1997 roku. Staruszek, ale nie do zajechania. W trakcie przeglądu wyszły pierdoły do zrobienia, ale silnik i inne krytyczne podzespoły w dobrym stanie - no nic tylko jeździć. Poszło na to 4900 zł + podatek i koszty przerejestrowania, niecałe 200 zł. Do tego koszt przeglądu przed zakupem 200 zł i naprawa głupotek za kilkaset złotych. Sumarycznie na start wyłożyłem ok. 8000 zł. Jakby ktoś chciał zacząć, to macie punkt odniesienia. Oczywiście zależy jaki motor, zależy co kogo kręci i na co ma ochotę.

l_18365802e26bf5eIMG_20190614_175724_.jpg
A tu widać autora ze swoim pojazdem

A ty nie jesteś wojownikiem ninja!

Na studiach jeden z profesorów uzależniał dopuszczenie do egzaminu w terminie zerowym (przed sesją) od obecności na wszystkich wykładach. Sprawdzał to przez wybiórcze sprawdzanie listy co wykład – na początku i po przerwie. Na jednych z zajęć wywołuje ludzi:
- Iksiński?
- Jestem!
- Igrekowski?
- Jestem!
- Zetowski?
I cisza na sali. Profesor wywołuje po raz drugi, trzeci i nic. Sięga po długopis, ma już wpisać nieobecności, a tu nagle z tyłu sali:
- Jestem!
Profesor zatrzymał rękę, odłożył długopis i spojrzał na salę mówiąc spokojnym, monotonnym głosem
- Widziałem kiedyś w telewizji taki program… o wojownikach ninja… i on tam miał przeciąć mieczem rzucane w niego ziarna grochu… i on wyjął miecz… zamachnął się… i za pierwszym razem, na spowolnieniu, widać, że odbił ten groch… ale za drugim razem… już przeciął na pół… ten to ma refleks… a pan nie jest wojownikiem ninja!

Co to ma wspólnego z motocyklami? To, że na drodze motocyklista musi być jak wojownik ninja. Przede wszystkim refleks będzie ratować przed niespodziewanymi zdarzeniami. Strefa zgniotu w motocyklu kończy się na silniku – problem w tym, że cały kierowca jest przed silnikiem. Dlatego lepiej zjechać na bok i wyminąć niż iść na czołowe. Niemniej refleks nie jest tym, co wyróżnia motocyklistów, bo w zasadzie każdy kierowca refleks mieć musi. Ważna jest druga kwestia w byciu szosowym wojownikiem ninja, tj. sposób myślenia. Na motocyklu należy uważać, że jest się niewidzialnym. Niby jest to dziwne, w aucie tak robić nie muszę i na kursie tak nie uczyli, ale to działa. Należy myśleć, że nikt nas nie widzi, każdy może zajechać drogę, skręcający w lewo wyjadą przed nas i ogólnie strach się bać. Z takim podejściem nic was nie zaskoczy – zwalniacie przed skrzyżowaniami, dajecie sobie większy margines bezpieczeństwa w razie głupich akcji. Ten margines może uratować życie.
Z byciem wojownikiem ninja wiąże się jeszcze jedna mentalna zmiana względem jazdy samochodem – na motocyklu nigdy nie ma się pierwszeństwa. To znaczy ma się, teoretycznie, ale prawo silniejszego mówi, że większy ma rację. W autach większe były autobusy, ciężarówki i tramwaje, zwłaszcza tramwaje. Jak się jeździ na motocyklu, to w łańcuchu pokarmowym niżej - z uczestników drogi - są tylko rowerzyści, a tym nie ma co bardziej dokuczać, nienawidzą ich już i tak kierowcy aut i piesi. Takie podejście, na szosowego ninję, zwiększy szansę przeżycia i zminimalizuje szansę na to, że mimowolnie wybierzecie się potańczyć z nowymi kumplami.

https://www.youtube.com/watch?v=j9V78UbdzWI
Moja żona uważała, że takie podejście to przesada, wprowadza się zamęt na drodze i w ogóle nie tak uczyli. Cóż, z prawami fizyki jeszcze nikt w sądzie nie wygrał. Wolę komuś ustąpić, mimo że nie muszę, niż nie dojechać wcale.
Słuszność powyższego twierdzenia uświadomiła mi sytuacja spod mojego domu, gdzie kilka dni po zakupie pojazdu miał miejsce wypadek z udziałem motocyklisty.

l_1836581bfeb6144wypadek_motocyklisty.jpg
Mapa taktyczna zdarzenia

Motocyklista chciał jechać tak, jak pokazuje żółta linia. Samochód, czerwona linia, wyjeżdżał z drogi po lewej. Należy dodać, że to była droga wewnętrzna, zatem zgodnie ze wszystkimi prawidłami kierowca samochodu musiał ustąpić pierwszeństwa motocykliście. Motocyklista zrobił supermena, kiedy chciał wyegzekwować swoje pierwszeństwo i wjechał w wytaczający się samochód. Formalnie wina kierowcy. Praktycznie uważam, że motocyklista zrobił błąd i nie był szosowym ninją.

Swoją drogą, jeżdżąc jako wojownik szos, szybko człowiek nabywa kolejnego zmysłu – może stwierdzić, które auto będzie skręcać i gdzie, mimo braku włączonego kierunkowskazu. Przydatna umiejętność.

Za strategią typu szosowy ninja przemawia jeszcze jeden argument fizjologiczny. Ludzki mózg jest leniwy i jak nie musi, to nie pracuje. Przetwarzanie obrazu wymaga dużo mocy obliczeniowej i to, co jest na peryferiach, często nie jest specjalnie ciekawe. Zwłaszcza w otoczeniu, które już znamy i nie chce się przetwarzać kolejny raz tego samego, łatwiej z pamięci. A jak tam nigdy nic nie jeździ, to tym bardziej. Jeśli jedzie autobus czy auto, duże obiekty, to mózg się wysili i zarejestruje zagrożenie. Ale mały motor czy rower? Nie, szkoda mocy obliczeniowej, cała naprzód! I mimo że ten kierowca uważa, skupia się i myśli co robi, może po prostu motocyklisty czy cyklisty nie zauważyć. Jakby ktoś chciał więcej na ten temat, to macie film.

https://www.youtube.com/watch?v=x94PGgYKHQ0
Człowiek się na motocyklu szybko uczy wyłapywać, czy ktoś widzi motocykl czy nie. Alternatywnie przestaje być żywym motocyklistą.

Orzeł wylądował
To na koniec coś bardziej spektakularnego! Cały ten ekwipunek w końcu się przydał do czegoś. Jestem tym szczęściarzem, który ma swój pierwszy upadek utrwalony na nagraniu! Proszę bardzo, oto dowód.

https://youtu.be/F9Y1Q-oypRM
Odrobinę się człowiek obił, duma ucierpiała, ale poza tym nic się nie stało. No i zaczęło się analizowanie co zrobiłem źle.

Na kursie nie uczono hamowania na zakrętach przy większych prędkościach i przechyleniu kierownicy, tylko na wprost. No i wyszło, że coś zrobiłem źle i się położyłem. Ale co? Jak wiecie lub nie, motory mają osobne hamulce na przód i na tył. Na przód pod dźwignią z prawej strony kierownicy, na tył pod prawą nogą. Opona ma pewną przyczepność, która jest rozdzielana w trakcie pokonywania zakrętu pomiędzy utrzymywanie motocykla na zakręcie i hamowanie. Jak przesadzicie z przechyleniem lub hamowaniem, to opona zaczyna się ślizgać i traci przyczepność. Przy zbytnim hamowaniu na przednim kole przód traci przyczepność, tylne koło dalej jedzie po zakręcie, a przednie wypada na zewnętrze, motocykl się kładzie, a kierowca razem z nim. Mamy wtedy tak zwany szlif. Przy tych prędkościach co na filmie jest to niezbyt groźne. Jeśli zaś przesadzicie z hamowaniem hamulcem tylnym, to tylne koło zacznie się ślizgać. Wtedy przód jedzie po łuku, tył wylatuje na zewnątrz zakrętu – motor jest dalej odchylony od pionu, bo jechaliśmy na zakręcie. W pewnym momencie tylne koło szoruje praktycznie prostopadle do normalnego kierunku jazdy i łapie kontakt, co skutkuje tym, że motor momentalnie zatrzymuje się, a cała inercja idzie w obrócenie motocykla na drugą stronę, katapultując kierowcę. I to właśnie zrobiłem.
Dla porównania tak wygląda błędne hamowanie przednim kołem na zakręcie:

https://www.youtube.com/watch?v=eHBu5NMnzS8
A tak wygląda przesadne wciśnięcie tylnego hamulca w trakcie pokonywania zakrętu:

https://www.youtube.com/watch?v=JwlZiArfnYg
Teraz co należy robić, żeby na zakręcie zahamować i przeżyć? Najlepiej zacząć jechać prosto i hamować wszystkim – niestety nie zawsze jest na to czas i miejsce. Jak już trzeba hamować na zakręcie, to należy delikatnie hamować przednim hamulcem, co nas spowolni. Im mniejsza prędkość, tym mniejsze nachylenie motocykla na zakręcie (siła odśrodkowa maleje, odchylenie od pionu może być mniejsze), co pozwala nam mocniej wcisnąć hamulec, co nas jeszcze bardziej prostuje. Jeśli zrobimy to delikatnie, to siły utrzymujące motocykl w torze jazdy i siły hamowania nie przekroczą maksymalnej możliwej tutaj przyczepności i opona nie będzie się ślizgać. Żeby sobie ten nawyk wyrobić, to należy wziąć taką gumową piłeczkę, serduszko czy coś w ten deseń, co przy oddawaniu krwi się dostaje do zaciskania ręki, i należy powoli to zgniatać i puszczać. Aż się ręka nauczy, że hamulec wciska się powoli. Na prostej drodze nie ma problemu, mamy hamulec tylny do pomocy, jakby było mało, ale na zakręcie tylko przedni. W sumie proste, ale na kursie tego nie było. Co się dziwić, kurs ma przygotować od zdania egzaminu, nie do jazdy po. To już osobny temat z egzaminami na prawo jazdy, wszyscy wiemy, jak jest.

Tekst się zrobił dość długi – jeśli chcecie poczytać o dalszych „odkryciach” poczynionych przez ten rok, to dajcie znać! Jazda z plecaczkiem jest zabawna, a mechanika skrętu motocyklem też jest fascynująca. Zwłaszcza jak nie walczy się o życie i można o tym na spokojnie poczytać.
30

Oglądany: 59430x | Komentarzy: 200 | Okejek: 375 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało