Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

O pewnych tajemnicach przemysłu filmowego głośno się nie mówi...

160 743  
341   76  
Wszystko to, co widzimy na kinowym ekranie, to efekt ciężkiej pracy filmowców, podpartej ich wieloletniemu doświadczeniu oraz sekretom znanym w Hollywood od długich dekad. Niektóre z tych zabiegów bywają bardzo dziwne, inne wydają się przeczyć logice, a są też i takie, które najzwyczajniej w świecie mogą cię zaskoczyć!

#1. Zwiastuny, które odsłaniają większość tajemnic

Ile razy już zdarzyło ci się obejrzeć trwający niespełna dwie minuty zwiastun, po którego seansie miałeś wrażenie, że właśnie obejrzałeś cały film i w zasadzie to wizyta w kinie byłaby teraz wyrzucaniem kasy w błoto? Jaki jest sens kręcić nastawiony na kinowe zyski blockbuster skoro większość tajemnic odsłaniana jest w krótkim trailerze?


Nie myślcie sobie jednak, że producenci potencjalnych hitów wielkiego ekranu są pacanami, którzy z własnej głupoty strzelają sobie w stopę. Upychanie większości fabularnych sekretów i zwrotów akcji w zwiastunie to wykalkulowana, cyniczna i doskonale przemyślana zagrywka. Możemy się o tym dowiedzieć od samego Roberta Zemeckisa – reżysera, który nie tylko wie jak robić znakomite filmy, ale i umie je dobrze sprzedać:
„Dzięki studiowaniu kinowego marketingu wiemy, że ludzie chcą wiedzieć dokładnie wszystko to, co zobaczą zanim faktycznie to zobaczą. (…) To trochę tak, jak z wizytą w MacDonald’s. Sekretem tej restauracji jest to, że nie czeka cię w niej absolutnie żadna niespodzianka. Idąc tam wiesz już jakie smaki zastaniesz. Wszyscy znają menu!”.

#2. Komputerowe odmładzanie aktorów miało miejsce dużo wcześniej niż myślisz!

Dziś odejmowanie leciwym aktorom nawet i kilku dekad jest praktyką często stosowaną w kinie. I chociaż mogłoby się zdawać, że współczesna technologia pozwala na osiągnięcie bardzo realistycznego efektu, to w dalszym ciągu widz, oglądający odciążonego z 20 lat życia, młodziutkiego Willa Smitha w filmie „Bliźniak” trafi wprost do tzw. doliny niesamowitości.


Zanim jednak na żywego aktora zaczęto nakładać cyfrową skórę lub wręcz całkowicie zastępować go wykreowaną komputerowo postacią, prawdopodobnie pierwsze wykorzystanie CGI do odmłodzenia filmowego bohatera liczy już sobie dokładnie ćwierć wieku! W 1995 roku powstała produkcja, która zapisała się w historii jako jedna z największych klap amerykańskiego kina. Mowa o „Waterworld”. Równie katastrofalnym co przychód z seansów tej postapokaliptycznej tragedii, elementem „Wodnego Świata” była… mocno przerzedzona grzywka aktora grającego główne skrzypce. Kevin Costner nie mogąc znieść rzucających się w oczy prześwitów na swojej zmoczonej wodą czaszce wymusił na ekipie odpowiedzialnej za cyfrowe upiększanie filmu, aby dodała ona nieco bujności jego marnemu opierzeniu.


Ciekawostka: Większość kinomanów uważa, że pierwszym cyfrowo wygenerowanym bohaterem (chociaż w tym wypadku raczej antybohaterem) był T-1000 w legendarnym „Terminatorze 2”. I chociaż trzeba przyznać, że cyfrowe efekty w głośnej produkcji Jamesa Camerona do dziś urywają zad razem z kręgosłupem, to trzeba zachować się uczciwie i odebrać reżyserowi „Titanica” palmę pierwszeństwa. Filmem, w którym za pomocą komputera dokonano prawdziwej, kinowej rewolucji, jaką jest powołanie do życia nierzeczywistej, ludzkiej postaci, miało miejsce w roku 1985! Wówczas to powstał sympatyczny, młodzieżowy film pt. „Młody Sherlock Holmes: Piramida strachu”, gdzie w jednej ze scen widzimy rycerza wychodzącego z witrażu. Za ten spektakularny efekt odpowiedzialny był John Lasseter – prekursor trójwymiarowej animacji filmowej i współzałożyciel Pixar Studios, który aż pięciokrotnie nominowany został do Oscara!


#3. Aktorzy często „oszukują”

Zawsze zastanawiałem się ile dni musi minąć zanim aktor wykuje na blachę wszystkie swoje kwestie. Do jasnej Anielki, ja z trudem wyryłem inwokację z „Pana Tadeusza” po wielogodzinnym żmudnym sterczeniu nad opasłym tomiszczem, a gwiazdy kina potrafią nauczyć się na pamięć długich monologów na potrzeby filmu, który trwa i ponad dwie godziny!
Okazuje się, że nie zawsze tak jest. Wielu artystów każe umieszczać w różnych miejscach na planie karteczki ze swoimi kwestiami, aby móc je czytać przed kamerą. Obecnie jednak stosuje się małe słuchawki, które aktorzy noszą w uszach.


Za ich pomocą dyktuje się im kolejne kwestie, jakie muszą wypowiedzieć. Z takich rozwiązań korzysta czasem Johnny Depp, a całkiem regularnie (i to już od lat) – Robert Downey Junior. Gwiazda „Iron Mana” otwarcie się do tego przyznaje. Twierdzi bowiem, że nie musząc siedzieć nad scenariuszem i zakuwać co i rusz zmienianych kwestii, woli spędzić czas z rodziną, która często towarzyszy mu na planie. Cóż, skoro widzowie nie zorientowali się, że Robert na bieżąco recytuje dyktowane mu zdania, oznacza to, że mamy do czynienia z naprawdę dobrym aktorem.
Podobno z takiej technologii już w 1996 roku korzystał Marlon Brando grający w filmie „Wyspa doktora Moreau”. To akurat nie powinno nikogo dziwić – gwiazdor „Ostatniego tanga w Paryżu” po prostu nie miał w zwyczaju uczyć się swoich kwestii i przybywał na plan absolutnie nieprzygotowany, co często doprowadzało reżyserów do szału.

#4. Sceny seksu filmowane są zazwyczaj w ostatnich dniach zdjęć

Częstym zarzutem dotyczącym aktorów grających bliskich sobie bohaterów jest brak chemii pomiędzy nimi. Ten szalenie istotny mankament jest szczególnie widoczny w scenach seksu, gdzie niekiedy widzów aż oczy bolą od wylewającego się z ekranu „drewna”. Aby nie dopuścić do takich sytuacji i sprawić, że filmowe, miłosne uniesienia będą wręcz elektryzowały swoim erotyzmem, zwyczajowo kręci się je w ostatnich dniach zdjęć, kiedy filmowa para zdąży przyzwyczaić się do siebie.


Tego rodzaju sceny realizuje się najczęściej na zamkniętym planie, aby dać artystom możliwie jak najwięcej swobody. Ponadto normą w Hollywood jest zatrudnianie tzw. koordynatorów intymności, którzy odpowiedzialni są za przygotowywanie odpowiedniej choreografii seksu.

#5. Walla! Walla! Walla!

Intrygującą ciekawostką dotyczącą realizacji filmów są tak zwane „grupy walla”, czyli osoby, które w postprodukcji nagrywają odgłos towarzyszący skupiskom rozmawiających ze sobą ludzi. We wczesnych filmach dźwiękowych oraz radiowych słuchowiskach kazano aktorom powtarzać słowo „walla” i o ile wierzyć legendom, to wystarczyło, aby stworzyć realistycznie brzmiący pomruk tłumu. Podobne zabiegi stosowano w dogrywkach dźwięku do produkcji brytyjskich (gdzie aktorom kazano powtarzać słowo „rhubarb”), włoskich („rabarbaro”), niemieckich („rabarbarer”) i japońskich („gaya”).


#6. Czarny charakter nigdy nie będzie używał iPhone’a!

Rian Johnson, reżyser produkcji „Na noże” zwrócił niedawno uwagę na pewną prawidłowość w kinie – mimo że firma Apple bardzo chętnie zgadza się na wykorzystywanie swojego sprzętu na potrzeby filmów to raczej nie ma szansy, abyśmy kiedykolwiek zobaczyli antybohatera trzymającego przy uchu iPhone’a. Według reżysera te narzucone filmowcom restrykcje mogą wpłynąć na przewidywanie zwrotów akcji i ujawniać, która z postaci jest dobra, a która zła.
Przyznajcie, że to trochę lamerski pomysł – jakby nie patrzeć to właśnie twardogłowi, charyzmatyczni arcyłotrowie, a nie mało wyraziści protagoniści są bardzo często bardziej lubiani przez widzów.


Mało tego – sprzęt Apple (oczywiście w rękach pozytywnego herosa) musi być prezentowany w dobrym świetle oraz w kontekście sprzyjającym dobremu imieniu marki.

#7. Czemu oni tak szybko rosną?

Fizyczne transformacje niektórych aktorów są czasem wręcz nierealne. Szczupły facio, który niedawno grał nastoletniego suchoklatesa już pół roku później wygląda niczym przerośnięty dzik i wciela się w postać napompowanego testosteronem komandosa gołymi łapami zmieniającego swoich przeciwników w pomidorową pulpę! Jaki jest sekret tak drastycznych metamorfoz? Oczywiście intensywny trening, odpowiednia dieta oraz codzienna porcyjka sterydów. Według Hollywood Reporter ok. 20% aktorów korzysta z „środków dopingujących”. Niektórzy gwiazdorzy chcąc jak najszybciej spuchnąć sięgają po np. hormon wzrostu. Tak było w przypadku Jake’a Gyllenhaala, który na potrzeby filmu "Southpaw", w ciągu sześciu miesięcy obrósł aż 15 kilogramami suchej masy mięśniowej!


Ironią jest to, że Ben Foster, który w produkcji „The Program” zagrał Lance’a Armstronga – kolarza, który swego czasu wywołał skandal stosując nielegalne, medyczne „wspomagacze”, sam szykując się do roli sięgał po środki dopingujące...

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5
10

Oglądany: 160743x | Komentarzy: 76 | Okejek: 341 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

21.01

20.01

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało