Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Pojechałem do Gruzji, by pochodzić po Kaukazie - oto co widziałem i przeżyłem

42 712  
234   49  
Chodzę po górach od 12. roku życia, nie jestem taternikiem ani himalaistą, choć zdarzyły się wycieczki na zimowe szczyty Tatr.


Na tę wyprawę wybraliśmy się jak zawsze we dwoje.
Oboje od dawna chodzimy po górach, zaś towarzyszka mojej podróży została towarzyszką mojego życia, zresztą oświadczyłem się w trakcie tej przygody w bardzo nietypowy sposób. Oboje zakochani jesteśmy w Kaukazie, a że najbardziej bezpiecznym krajem Kaukazu jest Gruzja, to była to oczywista destynacja moich pieszych przygód. Oczywiście w planach jest i Nagorny Karabach, Armenia, Azerbejdżan, ale plany te prędko nie zostaną zrealizowane.

Zaznaczam też, że nie była to pierwsza wyprawa w Wysoki Kaukaz.

Przed wycieczką sprzed dwóch lat był szereg przygotowań, tak kondycyjnych, jak i sprzętowych. Kupiliśmy np. ultralekki i ultradrogi namiot, który zgubiliśmy pierwszego dnia w drodze do Kazbegi. Czy został w którejś marszrutce, czy też odpiął się w którymś z aut, które złapaliśmy na stopa - nie wiemy. Wiemy jednak, że summa summarum mieliśmy szczęście, że zgubiliśmy ten namiot. Pisaliśmy też do MSW i MSZ Gruzji, że planujemy przechodzić niedaleko strefy objętej konfliktem zbrojnym. Nasza trasa została zaakceptowana, dodatkowo wzięliśmy namiary do pewnego majora ze Straży Granicznej, z którym też rozmawialiśmy o naszej wyprawie. W necie znaleźliśmy opis trasy Słowaka. Trasy poza jakimkolwiek szlakami (szlaków na Kaukazie nie jest to znowu tak dużo), opisanej jako bardzo wymagająca, ale dająca niesamowitą satysfakcję.

Po fakcie twierdzę, że ten Słowak był szalony, bo trasa, którą przeszliśmy była ekstremalnie niebezpieczna i kiedy wydawało się, że gorzej być nie może, okazywało się, że może. Osuwiska, pod którymi były tylko kilkusetmetrowe przepaście nie należały do rzadkości. Naszym celem było Kelitsadi Lake. Nie chcieliśmy jednak iść standardową drogą, żeby nie musieć wracać dokładnie tą samą trasą, stąd wybór padł właśnie na trasę opisaną przez szaleńca.


Rok 2018 był bardzo suchy, nie było więc strumieni górskich, które były oznaczone na mapie, a które miały być naszym zasadniczym źródłem świeżej wody. Mieliśmy niesamowite szczęście, bo już tak na 2400 metrów przy pierwszym noclegu udało mi się znaleźć baniak 5 litrów wody, która wg daty produkcji miała ledwie 2 miesiące. Wiązało się to z instalacją, która była niedaleko urwiska. Wydaje się, że ta instalacja to BTS, który dawał całkiem przyzwoity zasięg w dolinie Truso, ale nie mam pewności.



Problem z wodą został rozwiązany na jeden dzień, drugiego dnia idąc w polodowcowej dolinie, także nie zastaliśmy strumienia. W oddali z 2000 - 3000 metrów na tle zbocza dostrzegłem ciemniejszą niż inne skałę. To mogło oznaczać wodę i w ten sposób znaleźliśmy krystalicznie czystą wodę wypływającą wprost ze skały. Super, tylko straciliśmy trochę cennego czasu, którego wcale w górach nie ma tak wiele. Już się ściemniało, gdy szliśmy powoli przez osuwisko, gdzie jeden krok do góry oznaczał pół kroku w dół. Było cholernie stromo, a ściana pokryta była drobnymi kamieniami, które bardzo łatwo się osuwały. W najgorszych momentach przenosiłem swój plecak do góry, następnie wracałem po plecak dziewczyny i przytulając się do zbocza góry, piąłem się krok za krokiem, powodując małe i większe lawiny kamieni.


Nie mieliśmy jednak wyjścia, bo ostatnie kilka godzin wędrówki, zanim rozpoczęliśmy podejście pod szczyt, było po olbrzymich głazach, bez szans na rozstawienie namiotu. Już było prawie ciemno, kiedy znaleźliśmy się na szczycie, prawie 4000 metrów. Obok szczytu była taka półka otoczona graniami po każdej stronie, więc uznałem, że w przypadku burzy to będzie najbezpieczniejsze miejsce. Obok namiotu zaczynał się już lodowiec, z drugiej strony przepaść, na oko głębsza niż 1000 metrów.

Namiot, a w zasadzie szpilki wypożyczonego namiotu, udało mi się obłożyć skałami.
Burza tej nocy nie pozwoliła nam zasnąć. Echo piorunów, które waliły w okoliczne szczyty, wracało po każdym piorunie kilka razy. Namiot o dziwo wytrzymał bardzo porywisty wiatr oraz ścianę deszczu. Całe szczęście, że mieliśmy brezent od zgubionego namiotu, a że ułożyliśmy ten brezent pod namiotem, to woda nie dostawała nam się do środka. Noc była ciężka, ale cieszyliśmy się, że jesteśmy cali. Rozpoczęliśmy dalszą wędrówkę, przez cholerne osuwiska i bardzo strome zejścia, by wejść już w dolinę, gdzie mieści się jezioro.


Tego dnia skończyła nam się pogoda.

Słońca praktycznie nie było, ale tego dnia jeszcze było w miarę OK. Udało nam się dotrzeć do tego przepięknego jeziora z poczuciem, że było warto. Następnego dnia cały dzień padało, więc stwierdziliśmy, że robimy sobie dzień przerwy.

Następny dzień nie przynosił poprawy.

Zła pogoda w górach to nie jest kwestia braku komfortu czy mokrych ubrań. Do dyspozycji mieliśmy gruzińskie mapy, które - delikatnie mówiąc - nie są zbyt dokładne oraz GPS. GPS wariował, pokazywał nam zupełnie inne miejsce, gdzie nie było nawet jeziora. Dzisiaj myślę, że GPS był zakłócany przez KGB/FSB, które wcale nie tak daleko ma dość dużą bazę. Chcieliśmy iść wg mapy i kompasu, widoczność była jednak bardzo słaba, nie było widać żadnych szczytów ani punktów orientacyjnych. Pogoda była okropna i nic nie zapowiadało poprawy, więc zdecydowaliśmy, że idziemy i zrobimy rekonesans. Odnaleźliśmy oznaczenia w postaci stawianych na siebie skałek, a później już odnaleźliśmy ślady butów. Przechodziło tędy co najmniej kilka osób. Uznaliśmy, że prawdopodobnie są to ślady turystów, a nawet jeżeli to są pogranicznicy, to mamy namiary do majora, z którym wcześniej rozmawialiśmy.

Dolina, w którą zeszliśmy kończyła się mniej więcej kilometrowym wodospadem i ekstremalnie stromym zejściem. Stwierdziłem, że nie damy rady, pozabijamy się, czas wezwać pomoc. Nie wahałem się dzwonić na 112, ponieważ mieliśmy wykupione ubezpieczenie od poszukiwań w górach, więc nawet helikopter byłby opłacony. Niestety, mimo wielu prób nikt nie odbierał. Wiedzieliśmy, że na pewno nie chcemy pokonać tej trasy z powrotem, bo może się nam wyczerpać limit szczęścia. Nie mieliśmy też już wiele zapasów. Zrobiłem rekonesans i okazało się, że zachowując absolutną uwagę i ostrożność, są szanse, że zejdziemy urwiskiem zrobionym przez wodospad. Z racji suchego lata ilość wody była dość mała.


Pierwszy raz w życiu poczułem panikę. Panikę nie w sensie "o jesu, co ja teraz zrobię", tylko gdy patrzyłem w otchłań, to puls mi przyspieszał, aż czułem, jak pulsowały mi skronie, a oddech robił się płytki i mega szybki. Panika jednak znikała w trakcie wspinania się i prób zejścia, wystarczyło tylko nie patrzeć w dół. Zresztą nie można było patrzeć w dół, trzeba było patrzeć dokładnie pod nogi, żeby nie skręcić sobie karku. Schodziłem ze swoim plecakiem, a dziewczyna zrobiła ze swoich ubrań linę i spuszczała mi swój plecak. Czekałem aż do mnie zejdzie, schodziłem te kilka metrów, łapałem jej plecak, i tak w kółko. Cały czas się bałem o swoją towarzyszkę i bałem się, że jeśli nie dam rady i zginę, to ona zginie również.

Nigdy w życiu o nikogo się tak nie bałem, nawet o siebie.

Ten kilometr w dół schodziliśmy kilka godzin. W pewnym momencie był jednak spadek, tak na oko 3-4 metry, którego samodzielnie nie mogliśmy pokonać. Na dole był już koniec wodospadu, a w nim zagłębienie około metra wody, a więc za płytko, żeby do niego skakać, wystarczająco jednak, żeby zmoczyć nas i plecaki. Śpiwory i namiot to jednak podstawa naszego przetrwania. Wtem widzę wycelowane w siebie dwa karabiny. Nigdy w życiu się tak nie cieszyłem, że ktoś do mnie celuje z broni automatycznej. Widząc dwóch facetów w nieokreślonych mundurach (każdy w innym), mierzących do mnie z karabinów, szczerze się ucieszyłem.


Zacząłem machać rękoma, krzyczeć "help!" i nic.

Patrzyli się na mnie, jakby zobaczyli ducha. Nie ruszyli się z miejsca, tylko mierzyli do mnie i spoglądali co chwilę na siebie. Ja nie znając rosyjskiego wzywam pomocy, help, ajudo. Jeden się ruszył i zaczął podchodzić, drugi go zabezpieczał. Podałem mu plecak, który on bezpiecznie ustawił tak, by nie wpadł do wody, a on niczym kozica wszedł na moją wysokość i zaczął mi pomagać schodzić. Nie macie pojęcia, jak ciężko jest wytłumaczyć nie znając języka, że na górze w załomie, jakieś 10 metrów wyżej też jest ktoś, kto potrzebuje pomocy. Na migi, na intencję, jakoś się udało. Zaczęliśmy ponownie wspinać się do góry i finalnie pomogliśmy zejść dziewczynie.

Ona do nich madloba, didi madloba itd., a oni nic. Pytają się w końcu po rusku, skąd ona zna tak dobrze gruziński, a my, że kochamy Gruzję itd., że cieszymy się, że nam pomogli. Na co panowie z karabinami, że mamy problem, bo tu nie jest Gruzja, tylko Osetia. Ja próbuję tłumaczyć, że mamy nr telefonu do majora gruzińskiej armii i na pewno wszystko się wyjaśni, a on, że jakby tego majora spotkał, to by go zabił i wymownie pokazał gest na wysokości szyi.

Cóż...


Pytał się też, czy na pewno niczego nie zostawiłem na górze, bo jak głupek chodziłem góra-dół. Ponieważ dziewczę zna biegle rosyjski, próbuję wytłumaczyć, że każdorazowo szukałem bezpiecznego przejścia i wracałem do mojej towarzyszki, która spuszczała mi plecak. No cóż, nie zginęliśmy w górach, nie zjadły nas niedźwiedzie, to może i to przeżyjemy. Szliśmy do punktu zbornego parę ładnych kilometrów już w dolinie. Byliśmy skrajnie wycieńczeni. Niemniej wschód to wschód, jeden z "ochotników" wziął plecak mojej towarzyszki i całą drogę targał na plecach, a nasze plecaki to ponad 20 kg każdy, a on przecież jeszcze miał karabin, który też zapewne trochę waży. Przy UAZ-ie, gdzie mieli swój posterunek, paliło się ognisko i było kolejnych dwóch panów z bronią.


Jak tylko przyszliśmy, panowie rozładowali broń, co nieco rozładowało atmosferę. Zaczęli nas pytać skąd my się tu wzięliśmy itd. Tłumaczyliśmy, że my kochamy chodzić po górach i że na pewno to jest jakieś wielkie nieporozumienie. Pokazywaliśmy na mapie skąd szliśmy, gdzie powinniśmy skręcić, a gdzie skręciliśmy. Panowie, których ja miałem za ochotników, bo tak do nich dziewczę się zwróciło (nie wiedziałem, że ochotnicy, czy jakoś tak, to po rusku myśliwi), byli dość uprzejmi.

Ni stąd, ni zowąd pojawiło się wino, czacza, wódka, biały pyszny ser oraz konserwy i kiełbasa - w zasadzie to coś między parówką a mortadelą, smakowała mi jak nigdy. Wszystkie te rzeczy (oprócz kiełbasoparówki) były domowe, tak ser, jak i alkohole. Ironiczny jest fakt, że jedyną prawdziwą suprą jaką przeżyłem, była ta zorganizowana przez ludzi, którzy nas pojmali. Panowie "ochotnicy" skontaktowali się już z bazą, a my czekając na przyjazd oficerów piliśmy i jedliśmy w najlepsze. W zasadzie w tym pierwszym przodowałem, dziewczynie o dziwo alkohol nie smakował.

Towarzyszka kompletnie rozbroiła naszych "porywaczy" i co drugi toast był za nią. Naprawdę, była ich ulubienicą, co miało też znaczenie w naszej dalszej historii. Piliśmy za boha (za boga) z Osetyjczykami. To o tyle ciekawe, że u nich w niedzielę idą do kościoła, a zaraz później na górę do świętego drzewa, gdyż dawne wierzenia nie zostały tak wykorzenione jak u nas. Toczyliśmy rozmowy o życiu, o wojnie i pokoju. Ja ze swojej strony zapewniałem, że nie powinni nienawidzić Gruzinów, bo jeszcze niedawno mieszkali razem po sąsiedzku i tak naprawdę aż tak bardzo się od nich nie różnią.


Ta część rozmowy była OK, z czasem gości z bronią jakby przybywało.

Przyjechali nagle z kałachami kolejni żołnierze. Ci przynajmniej wyglądali na żołnierzy. Mieli już takie same mundury. Jeden z nich wyglądał jak biały niedźwiedź. Był olbrzymi i z taką bujną blond czupryną. Twarz miał jednak tak jowialną, może nieco zaczerwienioną od wódki, że budził od razu sympatię. Jedną z postaci, która się przewijała w dalszej części, był żołnierz, który wg mnie był Czeczenem. Jako jedyny mówił po angielsku, mimo niedużej postury czuć było od niego witalną siłę, budził respekt wśród swoich uzbrojonych towarzyszy. "Supra" trwała w najlepsze. W pewnym momencie rozmowa zeszła na temat II wojny światowej, zwanej przez nich ojczyźnianą. Zacząłem od 1 września i tutaj jeszcze mogłem być tłumaczony zgodnie z moją wolą, bo przy 17 września, kiedy zacząłem opowiadać, że ruskie skur@#$yny napadły nas znienacka, moje słowa zostały przetłumaczone, że przyjaciele Rosjanie przyszli nam z pomocą.

Łatwo się domyślić, czemu dziewczę przytomnie przeinaczało moje słowa. Kilkunastu pijanych żołnierzy, którzy służyli w armii w czasach ZSRR, mogłoby żywiołowo zareagować na moje wywody. Doszło nawet do tego, że wznosili toasty za skurwy$@$nów, bo myśleli, że oznacza to przyjaciół. Ilekroć wspominałem o Rosji, to ten przymiotnik pojawiał się zaraz przed albo po słowach Rosja, Rosjanie.


Byli też ogromnie ciekawi, jak się żyje w Polsce, ile się zarabia. Miałem wrażenie, że nie dowierzali mi, że 1000 dolarów miesięcznie to naprawdę nie jest duży pieniądz i ciężko by było wyżyć za tyle, a bardzo dużo osób tyle zarabia. Największy śmiech wzbudziła jednak moja broń na niedźwiedzie, czyli gwizdek, który kupiłem w sklepie turystycznym. Prosili mnie, jak przychodzili nowi żołnierze "pokaż im, co macie na niedźwiedzia". Strasznie ich to bawiło.

Nie chciałem im powiedzieć, że w kieszeni mam jeszcze gaz pieprzowy, który zdecydowałem, że użyję go na moich "wyzwolicielach" w ostateczności, więc lepiej się nie pokazywać z narzędziem, które dawało mi namiastkę poczucia bezpieczeństwa. Gwizdek sam w sobie nie był zły, na wredne owczarki kaukaskie działał. Odchodziły na bezpieczną odległość.

W pewnym momencie padła komenda: wyjazd. Wpakowaliśmy się do UAZ-a, skąd kilka godzin po górskich bezdrożach jechaliśmy na miejsce pierwszego przesłuchania.

Co było dalej - o tym w kolejnym odcinku.

15

Oglądany: 42712x | Komentarzy: 49 | Okejek: 234 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

02.07

01.07

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało