Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Tygrys kontra Sherman - pojedynku czołgów część druga

26 772  
297   34  
Nie przespaliście całej nocy, oblizując nerwowo wargi i zastanawiając się, kto wygra pojedynek czołgów? To nie zwlekajcie już dłużej i zajrzyjcie do drugiej części artykułu o pancernych bestiach! Kto nie wiedział zbyt wiele na ten temat - przeczyta sporo nowych informacji, kto zaś jest fanem wojsk pancernych i przeszedł już całe World of Tanks dwukrotnie – ten przynajmniej poogląda sobie starannie dobrane obrazki.


W poprzednim artykule dowiedzieliśmy się, że w ciągu niecałych kilku lat wojna, doświadczenie z niej wynikające i wyścig zbrojeń sprawiły, że przy projektach z ostatnich miesięcy wojny te, od których zaczynano w latach dwudziestych, wyglądałyby w porównaniu mniej więcej tak:


Panzer I Lolwagen

W końcu jednak obie strony stworzyły najlepsze czołgi, na jakie było je stać. W Normandii pojazdy te – amerykańskie, brytyjskie i niemieckie – starły się na większą skalę. Ale zawiedzie się ten, kto spodziewał się wielkich bitew pancernych na miarę Kurska. W całej Normandii Niemcy mieli około 2300 czołgów, z czego naszych Tygrysów było nieco ponad 130. A z tej liczby – sprawnych i gotowych do walki – mniej więcej mniej niż 80. Na to wszystko alianci rzucili ponad 10 000 własnych pojazdów. Dlatego liczby od początku przemawiają na korzyść Amerykanów i Brytyjczyków (oraz innych członków koalicji, czyli między innymi Kanadyjczyków, Australijczyków, a także Polaków), choć z drugiej strony trzeba też pamiętać o tym, że to Niemcy się bronili – a z kolei na wojnie to zazwyczaj atakujący ponoszą większe straty.


Nasi pancerniacy też mieli Shermany Firefly – i też zdarzało im się walczyć z Tygrysami i je dziurawić.

Z racji tego, że Tygrysów było tak mało – były także bardzo małe szanse na spotkanie jakiegokolwiek w boju. Na przykład Amerykanie natrafili na nie (na „jedynki”, o których mowa w artykułach, nie „królewskie”) swoimi czołgami zaledwie… trzy razy (potwierdzone przypadki, do tego trzeba pewnie dodać parę niepotwierdzonych) w ciągu całej kampanii w Europie północno-zachodniej. Za pierwszym razem Shermany okazały się zwycięskie. Za drugim razem to amerykański czołg M26 Pershing padł łupem Tygrysa. A za trzecim razem Amerykanie swoimi Shermanami złapali Niemców z opuszczonymi gaciami – bo znaleźli Tygrysy, które właśnie były ładowane na lawety, więc walka była krótka i nie do końca uczciwa.

Dużo więcej szczęścia, czy może akurat pecha, mieli Brytyjczycy. Oni natykali się na Tygrysy dużo częściej. Na swoje szczęście mieli jednak jedyny czołg, który mógł stanąć do walki z Tygrysem prawie jak równy z równym.
Dziś przyjrzymy się dwóm bitwom, które łączy jedna postać pewnego niemieckiego dowódcy.

Niecały tydzień po lądowaniu w Normandii siły alianckie wciąż były w natarciu. Brytyjczycy opracowali plan operacji o kryptonimie „Perch”, której celem było przełamanie frontu oraz okrążenie i zajęcie miasta Caen. W rejonie Caumont-l’Éventé powstała luka w niemieckiej obronie. Brytyjczycy postanowili to wykorzystać, wedrzeć się w nią i tym samym zagrozić skrzydłu niemieckiej dywizji Panzer Lehr operującej w tym rejonie. Aby tego dokonać, należało zająć strategicznie ważne wzgórze oznaczone numerem 213. A aby dostać się do tego wzgórza – należało zdobyć miasteczko Villers-Bocage.

To Villers-Bocage, które u fanów Panzerwaffe zapewne wywołuje taką reakcję:



Główną rolę zagrał tutaj czwarty batalion County of London Yeomanry z 22. Brygady Pancernej, wsparty kompanią „A” 1st Rifle Brigade oraz 1/7th Queens Royal Regiment ze 131 Brygady Piechoty. Natarcie rozpoczęło się o 4:30 rano 13 czerwca. Szwadron „A” 4th CLY posuwał się jako pierwszy, za nim jechała piechota zmotoryzowana kompanii „A” 1st Rifle Brigade, dalej szwadron „B” 4th CLY. Z tyłu znajdowały się jednostki 1/7th Queens, które miały dotrzeć do wzgórza jako ostatnie, tam się okopać i pozwolić 4th CLY na wycofanie się i przejście do roli jednostek odwodowych.

Miasteczko wydawało się puste. Nie napotkano w nim żadnego oporu. Brytyjskie pojazdy przejechały jego główną ulicą i zaczęły wspinać się na niewielkie wzgórze 213 znajdujące się tuż za nim. Kolumna była rozciągnięta na odcinku mniej więcej kilometra. Dookoła panował spokój i nic nie wskazywało na to, że tuż za chwilę Villers-Bocage stanie się sceną ciężkich walk. Tuż przed godziną 8:55 brytyjscy oficerowie zorganizowali krótką odprawę, na której między innymi uznano, że należy wystawić więcej czujek. Żaden z tych oficerów nie miał pojęcia o tym, co w tym samym czasie działo się zaledwie kilkaset metrów dalej.

Ponieważ kilkaset metrów dalej do SS-Obersturmführera Michaela Wittmanna podbiegł jeden z żołnierzy i oznajmił, że zaledwie kilkaset metrów od nich, na drodze, znajdują się jakieś dziwne czołgi, z których niektóre są o takich obłych kształtach i zdecydowanie nie wyglądają na niemieckie, Wittmann błyskawicznie postanowił działać. Miał pod ręką cztery sprawne zakamuflowane Tygrysy. W wywiadzie udzielonym tuż po bitwie powiedział, że „uznał, że wróg go zauważył i zaraz spróbuje go zniszczyć, dlatego postanowił błyskawicznie przejść do akcji”.
Jeden z Niemców stwierdził „zachowują się tak, jakby już wygrali wojnę!”, na co Wittmann odparł „udowodnimy im, że się mylą”.

Najpierw trafiony został brytyjski czołg Cromwell stojący na samym tyle kolumny szwadronu „A”. Tuż po nim zniszczony został Sherman Firefly znajdujący się na jej początku, tym samym sprawiając, że reszta pojazdów Brytyjczyków została uwięziona pomiędzy dwoma płonącymi wrakami. Ciszę radiową przerwał wrzask sierżanta O’Connora:

„Na miłość Boską! Tygrys jedzie wzdłuż nas pięćdziesiąt jardów od nas!”.

Niestety u Tygrysa Wittmanna objawiła się jego najgorsza wada – w wyniku awarii zdechł mu silnik. Wittmann błyskawicznie przesiadł się do innego Tygrysa, dowodzonego do tej pory przez SS-Unterscharführera Kurta Sowę. Gdy pozostałe Tygrysy kontynuowały atak na szwadron „A” 4th CLY i wzgórze 213 (a Sowa robił co mógł, by jak najszybciej naprawić swój czołg), Wittmann wjechał na drogę i ruszył w stronę Villers-Bocage.



Tam siał absolutne spustoszenie wśród sprzętu 1st Rifle Brigade. Nie byli to przeciwnicy mogący mu zagrozić – były to transportery i ciągnięte przez nie dwa sześciofuntowe działa przeciwpancerne. Następnie na drodze Wittmanna pojawiły się trzy czołgi M3A3 Stuart. Tu również pojedynek wyglądał jak starcie Dawida z Goliatem, z tą różnicą, że tutaj to Dawid został zmasakrowany. M3A3 to lekkie czołgi uzbrojone w armatki 37 mm, zdolne co najwyżej lekko porysować Tygrysa. Dowodzący nimi porucznik Rex Ingram doskonale zdawał sobie z tego sprawę, postanowił więc stanąć swoim czołgiem w poprzek, by zablokować Wittmannowi drogę, ale Tygrys był szybszy. Jeden strzał z osiemdziesiątkiósemki wystarczył. Tygrys cały czas parł w stronę miasteczka.

Reszta brytyjskiej kolumny znajdująca się z tyłu nie do końca wiedziała, co się dzieje. Słyszeli odgłosy bitwy, ale dopiero gdy Wittmann zniszczył trzy Stuarty pojęli, co się dzieje. Załogi Cromwelli zaczęły wycofywać się, ale czołgi te na wstecznym rozwijają oszałamiającą prędkość 3 km/h, więc już po chwili jeden za drugim były przez Tygrysa nokautowane. Jedynie znajdujący się na przedzie Cromwell majora Carra zdołał oddać dwa strzały do przeciwnika. Oba odbiły się całkowicie bezsilnie od pancerza niemieckiej bestii, mimo że odległość była śmiesznie mała. Tygrys cały czas jechał drogą w stronę centrum Villers-Bocage. W zamęcie walki nie zauważył tylko, że jeden z Cromwelli zdołał wjechać tyłem do jednego z ogródków. Dowodził nim kapitan Pat Dyas. Nieświadomy tego Wittmann przejechał tuż przed jego lufą wystawiając na strzał swój słabiej opancerzony bok. Strzał z Cromwella jednak nie padł, ponieważ tuż przed rozpoczęciem bitwy jego celowniczy… poszedł się odlać i już do czołgu nie wrócił.


Jeden z Cromwelli, które miały pecha stanąć Tygrysowi na drodze.

Mniej więcej w tym samym czasie z okien domów zaczęły się sypać kule niemieckiej piechoty, co sugeruje, że Niemcy byli obecni w miasteczku, zauważyli brytyjską kolumnę i ukryli się, czekając na dogodny moment do ataku. Wittmann nie miał zamiaru odpuścić – tuż po rozprawieniu się z czterema Cromwellami za cel obrał dwa czołgi należące do obserwatorów artyleryjskich, jednego Cromwella i jednego Shermana. Tutaj walka była totalnie nie fair, ponieważ oba te czołgi, jako pojazdy obserwatorów, nie były uzbrojone.


Sherman OP należący do obserwatorów artyleryjskich. Jego lufa była…. drewnianą atrapą, co sprawiało, że czołg ten był dla Wittmanna takim samym zagrożeniem jak Cromwell.

Dalej jednak zaczynała się kolumna szwadronu „B” 4th CLY. A na jej czele stał Sherman Firefly dowodzony przez sierżanta Stana Lockwooda – jedyny czołg, który był w stanie wyeliminować Tygrysa z walki.

Sherman wystrzelił jako pierwszy. Niestety potężny tuman kurzu wzbił się w powietrze i załoga nie była w stanie dojrzeć, czy trafiła przeciwnika, czy też nie. Po chwili Sherman wystrzelił ponownie i wtedy udało się spostrzec, że pocisk trafił Tygrysa i najwyraźniej go uszkodził, lecz go nie zniszczył. Wittmann z kolei być może zrozumiał, że nieco się zapędził i zaczął się wycofywać. W tym samym czasie z tyłu wyjechał Cromwell Pata Dyasa. Brytyjski czołg zdołał oddać dwa strzały, ale ponownie okazało się, że Cromwelle nie przejdą do historii jako mordercy Tygrysów, a sam Dyas, choć niezmiernie odważny, wyglądał jak dziecko okładające leszczynowym kijkiem rycerza w pełnej zbroi. Jeden strzał Tygrysa zakończył sprawę. Szczęście Wittmanna jednak musiało prędzej czy później się skończyć. Już prawie wyjeżdżając z miasteczka, wyjechał pod samą lufę sześciofuntowego działa przeciwpancernego. Odległość była niewielka i to pewnie przesądziło sprawę, ponieważ Tygrys został unieruchomiony. Wittmann rozkazał załodze opuścić pojazd. Czołg nie został wysadzony w powietrze, ponieważ dowódca uznał, że bitwa zakończy się zwycięstwem Niemców i cennego Tygrysa uda się już całkiem niedługo odzyskać. Wszyscy niemieccy pancerniacy wycofali się i przedostali do kwatery głównej dywizji Panzer Lehr, znajdującej się kilka kilometrów na północ.

Jednak choć udział Wittmanna w bitwie się zakończył, to ona sama toczyła się dalej. Z jednej strony otoczeni Brytyjczycy próbowali utrzymać swoje pozycje na wzgórzu 213 i w miasteczku, a piechota z 1/7th Queens próbowała się do nich przedrzeć, z drugiej strony nadeszły posiłki niemieckie, w tym kilkanaście czołgów Pz IV i Tygrysów z Panzer Lehr. Atak niemieckich czołgów na miasteczko był kosztowny. Walka toczyła się na minimalnym dystansie, w jednym przypadku Sherman trafił Tygrysa, strzelając przez dwa narożne okna budynku znajdującego się przy skrzyżowaniu.



Ponoć wśród całego tego zgiełku, wystrzałów, wybuchów i płomieni miało miejsce coś jeszcze, co chyba było jeszcze bardziej spektakularne od szarży Wittmanna. Z miejskiej remizy ponoć wybiegli strażacy w swoich lśniących hełmach, by gasić płonące czołgi…

Ostatecznie Brytyjczycy zostali zmuszeni do odwrotu, tracąc 18 Cromwelli, 5 Shermanów, 3 Stuarty, 5 samochodów opancerzonych Humber, 28 transporterów, 4 działa przeciwpancerne i 4 motocykle.

Atak na Villers-Bocage kosztował Niemców 6 Tygrysów i nieokreśloną liczbę (zapewne kilka) innych czołgów. Sam Wittmann za swój wyczyn dostał z kolei awans na Hauptsturmführera, a na jego Krzyżu Rycerskim Krzyża Żelaznego z Liśćmi Dębu pojawiły się dodatkowo miecze, a w grach takich jak World of Tanks pojawił się wysyp oryginalnych nicków.


„Przykro nam, ale nazwa Wittm@nn837465 jest już zajęta”


Villers-Bocage po bitwie.

Zgodnie z przewidywaniami – czołg Wittmanna został po bitwie odholowany i naprawiony:



Jednak sytuacja w Normandii stawała się dla Niemców coraz trudniejsza. Umiejętności Wittmanna i zalety Tygrysów miały zostać poddane nowej próbie już całkiem niedługo.


Zdjęcie, na którym, przypadkiem lub nie, uwieczniono Michaela Wittmanna dowodzącego swoim Tygrysem o numerze 205.

Na początku sierpnia alianci rozwinęli kolejną ofensywę, tym razem o kryptonimie „Totalize”. Zadaniem tej operacji miało być przełamanie niemieckiej obrony, wdarcie się w głąb terytorium wroga i połączenie się z jednostkami amerykańskimi, by zamknąć Niemców w okrążeniu, w tak zwanym „kotle Falaise”. A na drodze tego natarcia ponownie znalazł się oddział Michaela Wittmanna.

Dowodzący wojskami niemieckimi Kurt Meyer doskonale zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji. Niestety jego siły zostały poważnie uszczuplone w wyniku wcześniejszych walk i do zatrzymania alianckiej ofensywy mógł wystawić jedynie skromne, w porównaniu do strony przeciwnej, siły. Niemcy zaplanowali kontruderzenie w rejonie Saint-Aignan-de-Cramesnil. Załogi czołgów, czterech lub pięciu Tygrysów, oraz około dwudziestu innych, głównie Pz IV, otrzymały rozkaz rozpoczęcia natarcia w ciągu 30 minut. Wtedy jednak wydarzyło się coś, co wymusiło gwałtowną zmianę planu. Na niebie pojawił się jeden aliancki bombowiec, który zrzucił kolorowe flary. A to oznaczało, że już za kilkanaście minut nadlecieć tu i zrzucić swój ładunek miała cała chmara bombowców. Padł nowy rozkaz – czołgi mają przejść do ataku natychmiast i przesunąć się tym samym bardziej na północ, uciekając z rejonu bombardowania.

Tygrysy Wittmanna ruszyły poprzez otwarte pole w kierunku pozycji nieprzyjaciela. Tym razem jednak role się odwróciły i to Niemcy ruszali w aliancką zasadzkę. Nie ma stuprocentowej pewności, co tak naprawdę się wydarzyło i kto był odpowiedzialny za konkretny strzał, ale poniżej zostanie zaprezentowany najbardziej prawdopodobny przebieg wydarzeń.

Kilkaset metrów dalej, na północny wschód od nacierających Niemców, w sadzie jakiegoś francuskiego wieśniaka rozstawił się trzeci pluton szwadronu „A” regimentu 1st Northamptonshire Yeomanry, należącego do 33. Brygady Pancernej. Regiment ten składał się z około 54 Shermanów, z czego jedynie 12 było Shermanami Firefly. Mimo starań brytyjskiego przemysłu, by jak najwięcej pojazdów wyposażyć w siedemnastofuntówkę, plutony zazwyczaj składały się z trzech standardowych Shermanów wyposażonych w 75 mm armatę i tylko jednego Shermana Firefly. Załogi obserwowały toczące się przez pole Tygrysy i pozwalały im się zbliżyć. W polu ich widzenia znajdowały się jedynie trzy. Gdzie znajdowały się pozostałe (dwa lub też jeden) – nie wiadomo, być może odłączyły się od czołgów Wittmanna i nacierały bardziej na zachód od nich. Około godziny 12:39 Tygrysy znajdowały się w odległości około 800 metrów od zakamuflowanych Shermanów. Na tej odległości Firefly nie miał żadnych problemów z penetracją nawet frontowego pancerza Tygrysa, tutaj zaś wystawione na strzał były ich słabiej opancerzone prawe boki. Jako że pozostali w swoich standardowych Shermanach mieli na tej odległości nikłe szanse na wyrządzenie Tygrysom szkody (75 mm armata była w stanie przebić pancerz boczny lub tylny Tygrysa jedynie z bliska, a przedniego nie dałaby rady nawet z przyłożenia) – sierżant Gordon, dowodzący Shermanem Firefly, postanowił sam zająć się niemieckimi kotami, pozostałym towarzyszom każąc pozostać w ukryciu.

Gordon nakazał swojemu kierowcy podjechać parę metrów do przodu, na sam skraj sadu, by mieć lepszy widok na nacierających Niemców. Za cel obrał Tygrysa znajdującego się najbardziej z tyłu, co było standardową praktyką. Gdy trafiany był ostatni z pojazdów – te jadące z przodu mogły nawet nie zauważyć, że ktokolwiek ich już atakuje. Około 12:40 strzelec Joe Ekins wycelował i dwukrotnie wystrzelił w kierunku Tygrysa. Parę sekund później niemiecki czołg stanął w ogniu. W tym samym czasie do Tygrysów strzelały też inne Shermany Firefly należące do Kanadyjczyków, ale odległość z jakiej to robiły była prawie dwukrotnie większa i bardziej prawdopodobne jest, że to czołg Gordona zaliczył pierwszego przeciwnika na swoje konto.

Zgodnie z zasadami wpajanymi na szkoleniu – po zniszczeniu Tygrysa Gordon rozkazał wycofanie się i ponowne ukrycie w sadzie. W tym samym jednak czasie dowódca jednego z niemieckich czołgów zorientował się w tym, co się dzieje i zaczął obracać swoją wieżę w jego kierunku. Strzelec Ekins opowiedział później, że w jego celowniku „lufa Tygrysa wydawała się wielka jak pancernik”. Niemiecki czołg wystrzelił, ale chybił. Potem wystrzelił jeszcze dwukrotnie, ale znów żaden z pocisków nie trafił w cel. Stało się jednak coś dziwnego, ponieważ przy trzecim strzale otwarty dotąd właz Shermana gwałtownie się zamknął i uderzył Gordona w głowę, poważnie go raniąc i wyłączając z dalszej walki. Jako że Firefly stracił swojego dowódcę, porucznik James, dowódca trzeciego plutonu, wyskoczył ze swojego Shermana i przybiegł do Shermana Firefly, by osobiście objąć w nim dowództwo. Gdy to zrobił, rozkazał ponownie podjechać parę metrów do przodu, by znowu wyjść na pozycję do oddania strzału. James rozkazał zaatakować tego Tygrysa, który parę minut wcześniej ostrzelał brytyjski czołg. Około 12:47 Ekins ponownie wystrzelił z siedemnastofuntówki, trafiając wspomnianego Tygrysa za pierwszym razem. Po krótkiej chwili amunicja w nim zgromadzona wybuchła, wyrywając wieżę i wyrzucając ją wysoko w powietrze. James, tak samo jak za pierwszym razem, rozkazał wycofać Shermana w głąb sadu.

W tym momencie pozostałe czołgi ruszyły do ataku. Standardowe Shermany rzuciły się na trzeciego Tygrysa i, choć nie miały zbyt dużej szansy na zniszczenie go, dokonały czegoś innego. Zgodnie z opisami świadków – Tygrys skręcił na zachód i zaczął jeździć bez sensu, jakby załoga wpadła w panikę i nie wiedziała jak uciec. Kapitan Boardman twierdził, że po trafieniu Tygrysa swoim pociskiem kalibru 75 mm unieruchomił go, z kolei Ekins twierdził, że wystrzelił do wciąż poruszającego się pojazdu. Po władowaniu dwóch pocisków ze swojego Firefly – Tygrys stanął w płomieniach. W ciągu zaledwie kilku minut najprawdopodobniej jeden Sherman Firefly wykończył trzy Tygrysy, używając do tego pięciu pocisków. A tuż po tym inny Sherman Firefly zauważył dwa niemieckie Pz. IV i wykończył oba dwoma strzałami na odległość 1650 metrów. Aby dopełnić opisu klęski trzeba przyznać, że w tym kluczowym pojedynku żaden Tygrys nie tylko nie zniszczył czołgu wroga, ale nawet w ani jednego nie trafił.



Tylko jednemu z tych Tygrysów wybuch wyrwał wieżę. Jedyne zdjęcie wykonane po bitwie pokazuje, że był to czołg o numerze 007. Ze źródeł niemieckich wiemy zaś, że w tym dniu czołg Wittmanna o numerze 205 był w naprawie, dlatego do bitwy pojechał on w wozie dowódcy batalionu, Heinza von Westernhagena – właśnie tym z numerem 007.

A tak obecnie wygląda miejsce śmierci Wittmanna i jednocześnie miejsce najsłynniejszego pojedynku Tygrysów z Shermanami Firefly – pojedynku, który okazał się totalnym zwycięstwem Shermanów:



Tak, według opisu świadków, wyglądały ostatnie chwile asa pancernego III Rzeszy, który na swym koncie miał łącznie około 139 zniszczonych pojazdów wroga:



Alianci zachodni dojechali na swoich Shermanach do samego serca Rzeszy. Niemcy swoimi nielicznymi Tygrysami bronili się do samego końca.


Zniszczony Tygrys pod Bramą Brandenburską.

Pierwsze spotkania aliantów z Tygrysami spotkały się z szokiem i strachem. Opowiadano sobie o tym, że Tygrysy były niewzruszone na ostrzał przeciwników, same będąc w stanie niszczyć wszystko co chciały.



Tygrysy na tyle rozpaliły wyobraźnię brytyjskich i amerykańskich czołgistów, że w ich oczach każdy czołg niemiecki stawał się Tygrysem (w czym zapewne pomagało podobieństwo między Tygrysem a powszechnie spotykanym Pz. IV). Z drugiej z kolei strony zauważono zagrożenie ze strony Shermanów Firefly i dlatego zazwyczaj to najpierw w nie Niemcy posyłali swoje pociski podczas starć. Aby jakoś się przed tym bronić, załogi tych Shermanów próbowały zakamuflować jedyny element, który z daleka ich wyróżniał – dużo dłuższą lufę niż w przypadku Shermanów 75 mm.



Zarówno w czasie wojny, jak i po niej Amerykanie i Brytyjczycy zbierali rozmaite informacje i je analizowali. Przeglądali statystyki, a nawet przeprowadzali testy, strzelając z rozmaitych armat do zdobycznych czołgów. Słabość Shermana wyposażonego w 75 mm armatę była oczywista. Tak samo jak siła Shermana wyposażonego w brytyjską armatę czy też potęga niemieckich dział i wytrzymałość ich pancerzy. A jednak mimo wszystko badającym tę sprawę wyszło jedno:

„W pojedynku czołgów wygrywa zazwyczaj ten, kto wystrzeli jako pierwszy”.

Bo to, w sytuacji gdy pojazdy posiadają armaty teoretycznie pozwalające im się nawzajem zniszczyć, ma największe znaczenie. Czołg strzelający jako pierwszy ma tę przewagę, że jest w stanie dokładnie wycelować swoją lufę. Nawet gdy nie trafi – jego załoga wie, co należy poprawić i może szybko oddać drugi, celniejszy strzał. W tym samym czasie w pojeździe przeciwnika adrenalina gwałtownie podskakuje, a załoga musi rozpoznać skąd jest ostrzeliwana, wycelować w przeciwnika, załadować pocisk i oddać swój strzał – a to wszystko jak najszybciej, ponieważ za parę sekund może już nie żyć. To sprawia, że bardzo często taka odpowiedź ostrzeliwanego czołgu jest nieprecyzyjna. A to z kolei oznacza, że ten, kto wystrzelił pierwszy, cały czas ma przewagę.

A zatem - kochasz Tygrysa? To fajnie, ale pamiętaj, że nie był on niepokonany i że to ten pogardzany Sherman posłał Wittmanna w zaświaty. Uwielbiasz Shermana? To fajnie, ale pamiętaj, że jego pierwsze wersje równie dobrze mogły sobie pukać do Tygrysów z wiatrówki. Oba miały swoje zalety i wady i, jak pokazały doświadczenia wojenne, nie można tu jednoznacznie wskazać zwycięzcy.

Część I

4

Oglądany: 26772x | Komentarzy: 34 | Okejek: 297 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało