Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Nie lubię mojego syna, świętość życia i inne anonimowe opowieści

46 920  
218   47  
Dziś przeczytacie także m.in. o strachu przed publicznymi toaletami, sposobie na przechytrzenie złodziej, dylemacie pewnego ojca i odmiennych wizjach na życie.


#1.

Odkąd pamiętam mam fobię przed publicznymi toaletami. Zawsze wyobrażam sobie, że jest to miejsce brudne, pełne podglądaczy i narkomanów. Podejrzewam, że to efekt obejrzenia za młodu pewnego filmu, w którym była jakaś mocna, „toaletowa” scena. Parę dni temu jednak nie wytrzymałam. Akurat jechałam samochodem i tak bardzo chciało mi się lać, że odłożyłam moje obawy na bok i zatrzymałam się na pierwszej stacji benzynowej, jaka napotkałam.
Wpadłam do kabiny i przez dobre dwie minuty opróżniałam zawartość mojego pęcherza. Gdy skończyłam, pomyślałam sobie „No i co, głupia babo? Nie było tak strasznie...”. I wtedy usłyszałam głośne „A kuku!”. Spojrzałam w górę i ujrzałam dwa rumiane łebki brodatych meneli zerkających na mnie znad przegród rozdzielających kabiny. Wybiegłam stamtąd w popłochu, po drodze potykając się o stand z okularami słonecznymi i wpadając na jakąś starszą panią, która wchodziła na stację.
Nigdy więcej nie wejdę do publicznego kibla! Nigdy!

#2.

Sytuacja miała miejsce mniej więcej rok temu.

Leżałam na kanapie i niespodziewanie pomyślałam sobie, że niefajnie by było stać się ofiarą napaści - tak w jednej chwili stracić zarówno telefon, jak i portfel z dokumentami. Dlatego obmyśliłam genialny plan - zrobiłam atrapę tych przedmiotów.
Wygrzebałam mój stary telefon z odmętów szuflady, a przy okazji zakupów na bazarku dorwałam budżetowy portfel. Włożyłam do niego jakieś zaskórniaki oraz kartę komunikacji miejskiej (która tylko się kurzy odkąd posiadam samochód).
Tak przygotowana za każdym razem wychodziłam z domu. Początkowo byłam sceptycznie nastawiona do mojego dziwnego pomysłu, jednakże przezorny zawsze zabezpieczony.

Pewnego razu zasiedziałam się u koleżanki, a z racji iż nie mieszka wcale tak daleko, wracałam na piechotę. Gdy skręciłam w boczną uliczkę, nagle dwóch facetów zablokowało mi drogę i kazali oddać mi wszystkie co cenniejsze rzeczy. Po udawaniu paniki oraz wręczeniu im mojego "dobytku" pewnym krokiem zadowolona ze swego podstępu pognałam przed siebie.

W domu zorientowałam się, że dałam im prawdziwe rzeczy.

#3.

Kiedyś wystąpiłem w telewizji jako uczestnik pewnego programu, w którym trzeba odpowiadać na różne pytania, aby zdobyć nagrodę pieniężną. Była to edycja charytatywna i kasa miała być przeznaczona na wsparcie dla szpitali dziecięcych. Stresowałem się bardzo i zarwałem parę nocy, szykując się do mojego występu „na żywo”.
Ostatecznie wszystko poszło bardzo dobrze i udało się zebrać sporo kasy na szczytny cel. Dodatkowo przeprowadzono ze mną krótki wywiad, podczas którego pozdrowiłem moją rodzinę i podziękowałem jej za wsparcie.

Szkoda, że tego nie zobaczyli. Cóż, mój tata oglądał akurat powtórkę ważnego meczu i nie chciał „przez jakieś tam pierdoły” przegapić ważnej bramki.

#4.

W dzieciństwie rodzice nie kupowali mi "zbędnych rzeczy" typu chipsy, lalki Barbie i inne rzeczy lubiane przez dzieci. W ogóle oszczędzali na czym się dało, żeby całą kasę władować w dom i podwórko, bo co ludzie powiedzą. Mieliśmy najładniejszy dom i podwórko we wsi, ludzie myśleli, że nam się powodzi.
Pamiętam, jak raz uzbierałam złotych coś tam nie wiem skąd (może znalazłam, bo pieniędzy też nie dostawałam od rodziców) i spytałam siostry, czy starczy mi na kinder niespodziankę. Siostra mi dorzuciła (ukradła kasę mamie) i kupiła to jajko, ale mimo że 20 lat minęło, nadal jest mi przykro, że to było moje może nawet jedyne jajko niespodzianka w dzieciństwie (poza tymi z paczki na święta w szkole raz do roku). Teraz będąc dorosła kupuję nałogowo te jajka, a każdą zabawkę chowam do pudełka mając satysfakcję, że rodzice by mnie za to skrytykowali, a robię im na złość.

#5.

Nie lubię mojego synka. Kocham go jako ojciec, ale jako osoby go nie lubię. Wiem, jestem okropny.
Mamy z żoną jeszcze ośmioletnią córkę, Kingę. Fabian ma pięć lat.
Od urodzenia jest płaczliwy, jako niemowlę nie schodził nam z rąk. Odstawienie od piersi było regularną wojną, która skończyła się niemal rok temu.
Fabian boi się niemal wszystkiego. Mimo zachęt do zabawy z innymi dziećmi, wiecznie jest do nas przylepiony. Na placu zabaw buja się delikatniej niż roczny maluch. Z innych zabawek nie korzysta. Wszystkie zwierzaki go przerażają, nie licząc rybek w akwarium. Żadne zwierzę nigdy nic mu nie zrobiło. Ma lęk wysokości. Wody też się boi. Nad morzem zbierał z nami muszelki, dopóki woda nie musnęła mu stóp. Od tej pory nie ruszał się z koca. Raz zabrałem dzieciaki na basen, żeby żona miała czas tylko dla siebie. Córka spotkała tam swoją koleżankę, z którą się bawiła. Udało mi się namówić Fabiana, żeby wszedł do brodzika dla najmłodszych dzieci. Moczył stopy, dopóki roczna dziewczynka nie pochlapała go lekko wodą. Ze względu na córkę zostałem do ustalonej godziny, ale mały siedział mi kolanach i żadne zachęty nie pomagały.
Rok temu na urodziny dostał rower, z bocznymi kółkami. Raz prawie się przewrócił, od tej pory rower stoi w garażu. Żadne zachęty nie pomagają.

Wiem, że w dużej mierze problemem jest moja żona. Jest nadopiekuńcza. O ile Kinga zawsze chciała robić wszystko sama i jakoś żona odpuściła, to z Fabianem tak nie jest. Moje prośby i próby namawiania małego, żeby się chociaż sam ubrał i mył, kończą się awanturą. Żona uważa, że nasz syn po prostu jest high need baby, a my musimy pokochać go takim jakim jest zamiast wymyślać psychologów i jakieś terapie (czytałem o terapii sensorycznej i proponowałem, żebyśmy spróbowali).

Męczy mnie ta sytuacja i mam wyrzuty sumienia z powodu moich uczuć. Mały nie umie bawić się sam, przedszkole nie wypaliło, chociaż walczyłem o to pół roku. Mały popłakuje, bo np. kot sąsiadów się na niego patrzy, bo bajka się skończyła, bo ktoś powiedział do niego Fabian zamiast Fabianku. Śpi z żoną, ja u małego w pokoju. Nie pamiętam, kiedy ostatnio razem spaliśmy. Po iluś kłótniach odechciało mi się rozmów. Żona nie widzi problemu.

Kinga czasem się złości, bo np. chciałaby mieć mamę tylko dla siebie, ale Fabian jest zazdrosny i zabiera całą uwagę matki. Chciałaby też np. wybrać się całą rodziną na rowery czy do parku rozrywki, ale zawsze kończy się na tym, że mały się boi, więc siedzi z żoną, a ja jestem z córką. Przyznała, że nie lubi brata i nie bawi się z nim, bo on o wszystko płacze i potem mama się na nią gniewa. Poza tym Fabi nie chce się dzielić zabawkami z siostrą i kuzynami.

Powoli mam dość. Rozumiem, że syn jest wrażliwy, ale nie chcę, żeby wyrósł na ofiarę losu.

#6.

Kilka lat temu poznałem Martę (imię zmienione), która studiowała inny kierunek niż ja, ale na tej samej uczelni. Wkrótce narodził się z tego związek. Podczas gdy ja byłem na piątym, a ona na czwartym roku, zdecydowaliśmy się zamieszkać razem. Oboje na studiach utrzymywaliśmy się głównie ze stypendiów, w mniejszym stopniu z niewielkiej pomocy finansowej od naszych rodziców.

Gdy po skończeniu studiów udało mi się znaleźć całkiem niezłą pracę, zacząłem coraz chętniej myśleć o sformalizowaniu naszej relacji. Wiedziałem jednak, że musimy z tym poczekać przede wszystkim do czasu ustabilizowania naszych finansów, tak żebyśmy mieli za co planować wspólną przyszłość. Im bliżej było jednak Marcie do zakończenia studiów, tym częściej zaczynała przebąkiwać o tym, że nie widzi jej się praca po ukończeniu nauki. W pewien sposób to rozumiałem, bo sam też miałem obawy przed wejściem na rynek pracy. Wspierałem ją najlepiej jak mogłem, opowiadałem o moich przygodach w pracy, przygotowywałem do rozmów rekrutacyjnych itp.

Po tym, jak skończyła studia, nie poszła do pracy. Jej stypendium się skończyło, a utrzymanie mieszkania i nas obojga przeszło w całości na mnie. Marta zapewniała wtedy, że bardzo mnie kocha i chciałaby spędzić ze mną resztę życia, ale naszą wspólną przyszłość wyobraża sobie wyłącznie tak, że to ja pracuję i utrzymuję nas, a ona zajmuje się domem i wychowuje dzieci.

To był dla mnie cios. Z jednej strony bardzo ją kochałem, ale z drugiej zupełnie nie odpowiadał mi taki układ. Starałem się dowiedzieć, skąd u niej takie wyobrażenie przyszłości i skłonić do zmiany zdania, ale moje wysiłki spełzły na niczym. Zamiast tego dawało się odczuć, że subtelnymi aluzjami starała się przekonać mnie do narzeczeństwa, ślubu, a potem postarania się o dzieci.

Po pół roku od ukończenia przez nią studiów rozstaliśmy się z mojej inicjatywy. Oboje mocno to przeżyliśmy. Czułem, jak pęka mi serce, ale jednocześnie czułem, że w tej sytuacji muszę pozostać nieugięty. Teraz od kilku miesięcy mieszkam sam i bardzo powoli odbudowuję się psychicznie.

Gdy zaczynam rozmyślać, czy na pewno dobrze zrobiłem, zrywając z Martą... wchodzę na Anonimowe. To tu bowiem kryje się jedno ze źródeł mojej motywacji do zakończenia naszego związku. Konkretnie, są nim pojawiające się tutaj historie o niepracujących żonach i utrzymujących całą rodzinę mężach.

To tutaj czytałem o mężach „gnojach”, którzy powinni nie tylko zarabiać na siebie, żonę i dzieci, ale także po pracy aktywnie brać na siebie ciężar obowiązków domowych i wychowywania potomstwa. Ta wizja była tak daleka od mojego poczucia sprawiedliwego podziału obowiązków (czyli oboje pracujemy, a po pracy dzielimy się obowiązkami), że przerażała mnie bardziej niż cokolwiek innego. Była silniejsza niż najsilniejsza miłość w moim życiu.

#7.

Kilka miesięcy temu brałem udział w popularnym teleturnieju. W każdym z odcinków prowadzący prowadzi krótką rozmowę z uczestnikami, najczęściej pyta, czym dana osoba się zajmuje, jakie ma zainteresowania i na co planuje przeznaczyć ewentualną wygraną. Chciałem opowiedzieć o sobie zgodnie z prawdą, jednak kiedy usłyszałem jakie to hobby i plany mają moi rywale, mina mi zrzedła.

Pierwszy opowiadał o swoim nurkowaniu na rafie koralowej w Egipcie i o tym, w jakich innych miejscach chciałby rozwijać swoją pasję dzięki wygranej.
Drugi to właściciel firmy transportowej, skaczący ze spadochronu i na bungee.

Na koniec zostałem ja - ochroniarz pracujący w markecie z kredytem na głowie. W obliczu takich ciekawych opowieści musiałem mocno podkoloryzować informacje na swój temat. Powiedziałem, że jestem wiernym kibicem FC Barcelony (co jest akurat prawdą), a za pieniądze z wygranej pojedziemy z żoną na wycieczkę do Hiszpanii, gdzie na Camp Nou na żywo chciałbym obejrzeć swoją ukochaną drużynę.

Udało mi się wygrać sporą sumę, oczywiście o wyjeździe za te pieniądze nie było nawet mowy. Dzięki wygranej spłaciliśmy z żoną długi, naprawiliśmy auto i kupiliśmy nową pralkę.

#8.

Dawno, dawno temu, w krainie oscypkiem i cebulą pachnącej, zdarzyła się historia.
Miała matka syna, syna jedynego. Nic więc w tym dziwnego, że zachciało się drugiego.
Brzmi jak bajka?
No niekoniecznie.
Bo bajka się skończyła po pierwszym USG. Płód owszem, był, i sobie wesoło rósł, ale dzieckiem nigdy nie był i nigdy stać się nie miał. Matka w płacz, cała rodzina smutna. I wszyscy tacy uczynni. Tak dobrze doradzali: Nie usuwaj! Do piekła pójdziesz. Jakoś to będzie.

Tak więc matka urodziła. Mąż jak pierwszy raz zobaczył, to się popłakał. Tak matka przyniosła do domu tobołek, z czymś przypominającym zbitą kupę mięsa i kości, którą ktoś niedokładnie przepuścił przez maszynkę.
Karolowi, bo tak dali mu na imię, nogi mogłyby z uszu powyrastać i nikt by nie zauważył. Głowę i twarz miał jak kot perski, który trafił w mur na trzecim biegu. Wyraźnie mniejsza z jednej strony, z której najlepiej widocznym elementem było oko.
Tak to matka syna miała i się nim opiekowała. A ludzie ręce składali, ale jakoś coraz rzadziej odwiedzali.

Rok minął, potem i cztery, rozkoszny, śliniący się berbeć, z tym milionem rurek do jedzenia i oddychania, naprawdę cieszył się życiem!
A matce coraz bardziej sznur konopny się marzył.
Po czterech latach berbeć rozkoszny w końcu zrobił to, co kiedyś wszyscy zrobimy i przestał oddychać.
Oddychła także i matka, chociaż we wsi ludzie gadali, że pewnie toto sama zadusiła.
Przez lat tych cztery nikt rodzinie nie pomógł, nikt nie ulżył, nikt nie przyszedł, by chociaż ze starszym lekcje odrobić. Ale tak wspaniale jej doradzali!

Matka owa jest moją teściową. Ma przecudnego syna, z którym spodziewamy się dziecka.

Historię tę w pełnej wersji poznałam od niej, gdy poszłam na pierwsze USG. Dzieciuch silny i zdrowy jak koń. Uf!

Razem z teściową pozdrawiamy wszystkich "PROlajfów", ryczących w mass mediach o świętości życia. Tak, tak, wy wiecie najlepiej.

<<< W poprzednim odcinku m.in. zemsta Kamila i prawdziwi przyjaciele

8

Oglądany: 46920x | Komentarzy: 47 | Okejek: 218 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

15.07

14.07

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało