Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Tygrys kontra Sherman - pojedynku czołgów część pierwsza

42 543  
625   115  
Ktoś pewnie powie, że to bez sensu, bo tak właściwie oba czołgi zostały zaprojektowane z myślą o innym zastosowaniu na polu bitwy, no i jeden był przecież czołgiem średnim, a drugi ciężkim, no ale z drugiej strony przypomnijmy sobie, że jeszcze kilkanaście dni temu jedni chcieli koniecznie przeprowadzić wybory, a inni zagłosować w nich na Kidawę-Już-Nie-Chcę-Startować-Błońską, więc nie bądźmy nastawieni tak krytycznie do sensowności tego artykułu. Czas rozstrzygnąć odwieczny spór pancernych nerdów!


l_18328547c127f22tiger.jpg

Ale, tradycyjnie, żeby to zrobić, należy sięgnąć nieco w przeszłość, żeby poznać z grubsza dlaczego nasi gracze w ogóle pojawili się na scenie.

A wszystko zaczęło się od błądzenia w ostrym cieniu mgły (musiałem, przepraszam i obiecuję, że już więcej nie będę). Po udanym debiucie czołgów w I wojnie światowej tak właściwie żadne mocarstwo w okresie dwudziestolecia międzywojennego nie miało pojęcia jak należy budować czołgi i w którą stronę należy iść. Najlepiej chyba ogarnęli sprawę Sowieci, którzy co prawda również pobłądzili w ślepą uliczkę wielkich krążowników z wieloma wieżyczkami, ale też opracowali kilka nowoczesnych i ciekawych projektów.

l_1832847e82e1499T_35.jpg
Ten akurat jest ciekawy, ale ostatecznie głupi – radziecki T-35.

Francuzi już w czasie I wojny światowej opracowali podstawy „prawidłowego” czołgu z obrotową wieżyczką uzbrojoną w armatę, ale również wpadli w ślepą uliczkę, tworząc także potwory zbyt wielkie i nie do końca przemyślane (w których wieżyczkach mieścił się jeden człowiek, co sprawiało, że dowódca zajmował się dowodzeniem jedynie w przerwach między ładowaniem, celowaniem i strzelaniem).

l_18328203b15077cB1_bis.jpg
Char B1 bis. W środku miejsce na stolik dla trojga i obowiązkowy awaryjny zasobnik bagietek.

Anglicy, zmorzeni grą w polo, jak zwykle zaspali i ich projekty, wciąż nie takie najgorsze na początku wojny, wraz z jej biegiem dość szybko się zdezaktualizowały. Amerykanie, bezpieczni po drugiej stronie oceanu i mający za sąsiadów tak właściwie jedynie Kanadę i Meksyk, już nawet nie zaspali, a wpadli w śpiączkę w tej dziedzinie.
Z głównych graczy zostali więc Niemcy. Ci wspaniali Niemcy, którzy (według fanbojów Panzerwaffe) wspaniale wszystko ogarnęli i stworzyli absolutnie najlepsze czołgi świata - tak cudowne, że gdyby tylko stosunek sił wynosił nie więcej jak 5746:1 na niekorzyść Niemców, a zimy były gorące, to Wittman dojechałby co najmniej na Alaskę.

Tymczasem Niemcy, zanim obejrzeli czołgi czeskie i się zabrali za zdobywanie doświadczenia na polach Polski czy Francji, również nie mieli pojęcia jak budować swoje czołgi. Już w 1925 roku potajemnie przygotowali założenia nowego czołgu ciężkiego i, jak na prawdziwie ciężki czołg tamtych lat przystało, nie miał on tylko jednej wieżyczki jak jakiś stulejowaty czołg lekki, ale aż dwie – dodatkowa znajdowała się z tyłu i była tak właściwie nie wiadomo po co, no bo wiadomo – niemiecki żołnierz nie robi przecież ani kroku w tył.

l_183283128cf58ecgrosstraktor.jpg

l_18328328ff65c17Grosstraktor2.jpg

l_18328331a14aa49grosstraktor3.jpg

l_1832834917f0742grosstraktor4.jpg

Czołg ten udał się jak wybory 10 maja. Jeden prototyp w 1929 roku zatonął podczas próby pływania na poligonie, a inne uznano za tak doskonałe, że ogólnie skończyły na pomnikach i w rządowej propagandzie sukcesu. To nie powstrzymało Niemców i rozpoczęto prace nad innym czołgiem ciężkim o pięknej nazwie Neubaufahrzeug. Najwyraźniej uznano, że dwie wieżyczki to wciąż za mało jak na porządny, germański czołg ciężki – dlatego Nojbajfarcojg miał ich aż trzy.

l_1832842aa1fd676neu1.jpg

18328431bf23c0aneu2.jpg

l_1832844f1ee18d5neu4.jpg

Pomimo swojej imponującej postury czołgi te nie brały udziału w inwazji na Polskę – prawdopodobnie dlatego, że my mieliśmy odrobinę czołgów i całkiem sporo dział przeciwpancernych. Dlatego swoją pierwszą misję bojową potwory te zaliczyły dopiero w Norwegii - ponieważ Norwegia nie miała czołgów w ogóle, a broni przeciwpancernej niewiele, więc można było te widoczne z daleka i słabo opancerzone pojazdy wysłać tam bez większych obaw, że największe i jedyne czołgi ciężkie Rzeszy zostaną podziurawione i wstydliwie spłoną. Niemcy nie przewidzieli jednak, że tę dumę Panzerwaffe może pokonać coś tak przyziemnego jak błoto. Jeden pojazd, tuż po przybyciu do Norwegii, ugrzązł w błocie, no i trzeba go było wysadzić w powietrze. Neubaufahrzeug nie odniósł wielkich sukcesów. Tak właściwie to nie odniósł żadnego sensownego sukcesu. Nie nauczył nawet Niemców, że to jak czołg zachowuje się w terenie jest ekstremalnie ważne – o czym mieli się boleśnie przekonać zaledwie dwa lata później. Mimo to Neubaufahrzeug był pupilkiem władzy mającej obsesję na punkcie potężnych machin i nic nie przeszkadzało Goebbelsowi w publikowaniu obrazków w żołnierskich gazetkach, na których to czołgi te bohatersko rozjeżdżały francuskie działa gdzieś na swej drodze do Paryża. Mimo że tak naprawdę Francję czołgiści Neubaufahrzeugów stacjonujących w Norwegii mogli sobie pooglądać jedynie na zdjęciach albo w kronice filmowej.

Przeskoczmy teraz na drugą stronę Atlantyku. Tak właściwie historia pojedynku Tygrys-Sherman to historia (tak w totalnym skrócie) trzech szoków.

Szok pierwszy – panzery Francję rozjeżdżające

Gdy Amerykanie zrozumieli, że trzeba będzie prędzej czy później dołączyć do wojny, i gdy zobaczyli, jak wygląda nowoczesna wojna pancerna – spojrzeli na swoje pojazdy opancerzone i pot wstąpił im na czoła. Ich podstawowym czołgiem był czołg lekki M2, o którym tak właściwie jedyną dobrą rzeczą jaką można było powiedzieć było to, że jeździł. Amerykanie opracowali też czołg średni M2 – armia zamówiła w 1940 roku 1000 sztuk, ale szybko się z tego zamówienia wycofała, ponieważ jeszcze zanim rozpoczęto masową produkcję uznano, że nie nadaje się on do walki z pojazdami niemieckimi, a ewentualna konfrontacja wyglądałaby jak wyścig Forda model T z Porsche 911.

l_1832838b2f2f525m2_medium.jpg

Z punktu widzenia aliantów wojna przeniosła się do Afryki północnej. Wielka Brytania miała problemy z dostarczeniem odpowiedniej ilości czołgów na linię frontu i zaproponowała, aby Amerykanie w swoich fabrykach rozpoczęli produkcję czołgów brytyjskich. Amerykanie odmówili, zakasali rękawy i rozpoczęli projektowanie własnych pojazdów mających być w stanie nawiązać równą walkę z pojazdami niemieckimi. Podstawowym założeniem miał być czołg uzbrojony w 75 mm armatę osadzoną w obrotowej wieżyczce. Niestety czołgi były potrzebne na froncie natychmiast, a opracowanie projektu, przygotowanie rozwiązań technicznych związanych z umieszczeniem tej armaty w wieży, a wieży w pojeździe, no i przygotowanie fabryk do produkcji tego wszystkiego wymagało czasu. Dlatego na szybko powstał czołg zapchajdziura: M3 zwany przez Amerykanów „Lee”, a przez Brytyjczyków „Grant”. Wzięto to, co się dało z czołgu M2, zmodernizowano co można było zmodernizować, zwiększono grubość pancerza, no i zainstalowano też wspomnianą armatę o kalibrze 75 mm. Tylko wciąż nie było opracowanej wieży dla tej armaty, więc umieszczono ją z boku kadłuba w tak zwanym sponsonie. Na górę, do obrotowej wieży, trafiła armatka 37 mm.

l_18328397165292bm3.jpg

l_18328409d6a7705m32.jpg


Pojazd był o mniej więcej pół metra wyższy od podstawowych czołgów niemieckich tamtego okresu wojny. Amerykanie zaczęli go dumnie nazywać „żelazną katedrą”. Niemcy z Afrika Korps mieli na nie swoją własną nazwę – „wspaniały cel”.

Brytyjczycy nie byli zachwyceni tym projektem (choć sami w swoim czołgu Churchill Mk.I zastosowali równie głupie rozwiązania), ale co robić, gdy Rommel hulał po Afryce? Ogółem wyprodukowano 6258 pojazdów tego typu. Z tego 2855 trafiło do Brytyjczyków, a 1386 wysłano do ZSRR, ale dzięki U-bootom do celu dotarło tylko 969.
Szybko okazało się, że M3 może nie są cudem techniki, ale wykonują swoją robotę. Faktycznie były w stanie nawiązać walkę z niemieckimi czołgami, nie mówiąc już o włoskich. Sam Rommel stwierdził, że „do maja 1942 roku nasze czołgi ogólnie górowały nad pojazdami Brytyjczyków, aktualnie nie jest to już prawdą”.

Najmniej zachwyceni byli chyba Rosjanie. Nie dość, że produkowali nowocześniejsze czołgi w swoich fabrykach, to jeszcze Niemcy rzucali na nich jak najwięcej jak najlepszego sprzętu. Dlatego dość szybko M3 wycofano z jednostek liniowych, a z racji liczby załogi przylgnął do nich przydomek „grobu dla siedmiu braci”.

l_1832846159d8770Sherman1.jpg

W lutym 1942 roku ruszyła jednak w końcu masowa produkcja nowego czołgu amerykańskiego – M4 „Sherman”. O tym, jak bardzo masowa się okazała mówi liczba wyprodukowanych egzemplarzy – łącznie było to 49 324 sztuk rozmaitych wariantów i tylko sowiecki T-34 pobił tę liczbę. Przemysł amerykański był w stanie wyprodukować więcej Shermanów miesięcznie niż Niemcy Tygrysów przez całą wojnę. Czołg ten spełnił swoje założenia – był pojazdem łatwym w produkcji dzięki temu, że korzystał z wielu rozwiązań z wcześniejszych modeli, przez co fabryki nie miały większego problemu z przestawieniem produkcji. Był też dość niezawodny – szacowano, że jest w stanie przejechać do 4000 km bez potrzeby generalnego przeglądu. Dzięki swoim wymiarom (był dość wąski przy swoich niecałych 3 metrach szerokości) lepiej nadawał się do manewrowania wśród zabudowań i idealnie pasował do środków transportu używanych przez aliantów, więc nie było problemów z przewożeniem go koleją czy na statkach transportowych. Zainstalowano w nim też stabilizator żyroskopowy, który co prawda nie pozwalał na „śledzenie celu”, jak robią to obecne czołgi, ale po zatrzymaniu czołgu lufa wciąż mniej więcej skierowana była we wskazany punkt, co zdecydowanie ułatwiało strzelanie. Niemcy w swoich raportach pisali, że Sherman jest w stanie pokonać wzniesienia o nachyleniach uważanych za nie do pokonania przez jakikolwiek czołg niemiecki. Główną wadą wspominaną wielokrotnie była tendencja do zapalania się przy trafieniu przez pocisk wroga. Ze względu na to Shermany zwano „Ronsonami” (od zapalniczek tej firmy – „zapala się za pierwszym razem, za każdym razem”) lub „Tommy-Cooker”, choć z drugiej strony istnieją argumenty za tym, że Shermany wcale nie paliły się aż tak znacznie częściej niż inne czołgi, także te niemieckie.

Shermany były też doskonałą bazą do modyfikowania i tworzenia pojazdów specjalistycznych. Istniały wersje pływające, wyposażone w miotacze ognia, wyrzutnie rakiet czy walce przeciwminowe.

l_1832845e1e4a0e7sherman_warianty.jpg

Ogólnie mówiąc – jak na rok 1942 Sherman był absolutnie dobrym czołgiem. Nowoczesnym, łatwym w produkcji, dostatecznie opancerzonym, niezawodnym i wyposażonym w 75 mm armatę mogącą nawiązać walkę z każdym niemieckim czołgiem lekkim i średnim, jakie do tej pory alianci napotkali, ponieważ armata ta była w stanie przebić pancerz tych czołgów z odległości do 1000 metrów – co było uznawane za zwykły dystans, na jakim toczyła się walka. Amerykańskie dowództwo początkowo nie widziało potrzeby instalowania na nich potężniejszych armat, ponieważ, zgodnie z doktryną, głównym zadaniem Shermanów miało być wspieranie piechoty, samo niszczenie pojazdów wroga zostawiając specjalnie dedykowanym „niszczycielom czołgów”.
To wszystko jednak już całkiem niedługo miało się diametralnie zmienić.

Szok drugi - panzery do Rosjan strzelające

Niemcy byli zachwyceni swoimi czołgami, dopóki nie wybrali się do Rosji. Tam okazało się, że jednak mają w tej kwestii jeszcze wiele do nauki. Naprzeciw nim stanęły między innymi T-34 z nowoczesnym bardzo pochyłym pancerzem i potężne Klimenty Woroszyłowy o pancerzu tak na ostrzał niewzruszonym, jak wiara w socjalizm.

l_18328377f3a5811KV2.jpg
52 tony czystej radzieckości, towarzysze.

Ogólnie mówiąc – rosyjskie czołgi były lepiej opancerzone i dobrze uzbrojone, a na dodatek było ich dużo. Niemcy błyskawicznie uznali, że jednak trzeba szybko opracować nowy model czołgu – taki, którego wyższość nad czymkolwiek, co rzucą do boju Rosjanie, będzie totalna. Poświęcono więcej uwagi projektom już wcześniej przygotowywanym i postawiono konkretne wymagania. Nowy czołg miał ważyć 45 ton, mieć pancerz przedni gruby na 100 mm i miał móc przebijać blachę o grubości 100 mm na dystansie 1500 metrów. Początkowo brano pod uwagę wyposażenie czołgu w 75 mm armatę, ale reakcja Hitlera była stanowcza.

18328412935a938nein.gif

On chciał koniecznie, żeby nowy czołg strzelał z armaty 88 mm, która pierwotnie była pomyślana jako przeciwlotnicza, ale szybko okazało się, że ustawiona równolegle do ziemi pięknie rozrywała brytyjskie i radzieckie czołgi na kawałeczki. Tym bardziej że ta 75 mm, by mieć odpowiednią siłę przebicia, musiała opierać się na pociskach ze specjalnego stopu stali z domieszką wolframu. A że Niemców powoli dopadała surowcowa bieda, to zdecydowano się odrzucić ten pomysł.

Za projektowanie wzięły się dwie firmy – Henschel i Porsche. Henschel już wcześniej kombinował z VK36.01(H), czołgiem 36-tonowym wyposażonym w 75 mm armatę, i miał nawet kilka prototypów, ale kiedy wyrzucono do kosza pomysł wyposażenia przyszłego czołgu w tę armatę, cały plan poszedł w pizdu, bo tej większej wymaganej nie dało się upchnąć w tym projekcie i trzeba było zacząć wszystko od nowa.

l_183285062693bd1tygrysiatko.jpg


A raczej prawie od nowa, bo Henschel zrobił to, co mógł w tej sytuacji na szybko zrobić – wziął swój stary projekt VK36.01(H) i odpowiednio go powiększył tak, aby zmieściła się do niego wieża Kruppa z osadzoną w niej „osiemdziesiątką ósemką”. To oczywiście stworzyło wiele technicznych problemów, no ale kto by się tym przejmował, gdy Führer niecierpliwie czekał na prototyp. Porsche również bazował na jednym ze swoich starszych projektów i również umieścił w swoim prototypie wieżę dostarczoną przez Kruppa. 20 kwietnia 1942 roku, w dniu urodzin Führera, zaprezentowano wodzowi oba pojazdy.

Oba były o mniej więcej 10 ton cięższe od tego, co wpisane było w zleceniu. VK45.01(P) od Ferdynanda Porsche posiadał nowoczesny silnik hybrydowy i wieżę zamocowaną z przodu pojazdu.

1832849dac4a617tigerP.jpg

Niestety silnik okazał się nietrafionym pomysłem – był zbyt podatny na awarie, wymagał częstych przeglądów i do jego produkcji potrzeba było dużo miedzi, a sytuacja z nią była taka sama jak z wolframem – trzeba było zaciskać pasa. Dodatkowo wieża osadzona z przodu sprawiała, że przód pojazdu był przeciążony, a lufa „wystawała” zbyt do przodu. Z powodu tego przeciążenia przodu pojazd poruszał się bardzo źle po grząskim terenie.

Konkurent też nie zabłysnął. Zaledwie 9 dni przez uroczystym pokazem przed Führerem VK45.01(H) otrzymał swoją wieżę z fabryki Kruppa. Pięć dni przed pokazem wieżę udało się zamocować na nadwoziu po raz pierwszy.

l_18328512badf7e7wanne.jpg
Prototypowe nadwozie, czyli "Wanne". Jak przystało na prawdziwego Tygrysa – popsuło się podczas testów.

Trzy dni przed pokazem pojazd był już ładowany do transportu na poligon, a pracownicy Henschela wciąż do ostatniej chwili dłubali przy nim, by usunąć przynajmniej te najważniejsze usterki mogące popsuć pokaz. Udało się to połowicznie. Z obu zaproponowanych modeli właśnie VK45.01(H) ostatecznie wybrano do produkcji i Hitler zażyczył sobie od razu wyprodukowanie 200 sztuk pojazdu, który miał przejść później do historii jako Tygrys. A połowicznie, bo niestety usterki techniczne będą towarzyszyć Tygrysowi do samego końca.

Przednią część czołgu chroniły płyty ze stali doskonałej jakości o grubości 100 mm, ale w spadku po VK36.01(H) nie były one pochylone jak w czołgach radzieckich czy nawet u Shermana. Najgrubszy pancerz znajdował się z przodu wieży i miał grubość 120 mm. Z boku i z tyłu czołgu grubość wynosiła 80 mm.

l_1832836e8d079abkrupp.jpg
A z tych podkówek powstaną wieże.

Za armatę służyła mu 88 mm Kw.K. 36 L/56, która w połączeniu z wysokiej jakości celownikami optycznymi stwarzała śmiertelne zagrożenie dla każdego pojazdu wroga. Na dystansie 1000 metrów osiągano 100% skuteczność trafienia w cel o wymiarach 2 na 2,5 metra. Na dystansie 2000 metrów celność wynosiła wciąż imponujące 87%, a na 3000 metrów – 53%. Zapas przewożonej amunicji to 92 sztuki. Wieżę umiejscowiono pośrodku czołgu, dzięki czemu lufa nie wystawała tak bardzo do przodu, a cały pojazd miał lepiej rozłożony ciężar.

l_1832852b533828bwidok.jpg
Taki mniej więcej (bez tych gapiów) był ostatni widok wielu radzieckich i alianckich pancerniaków…

Początkowo czołg napędzał HL 210, 21-litrowy, dwunastocylindrowy silnik Maybacha o mocy 650 KM. Później zastąpiono go silnikiem HL 230 o pojemności 23 litrów i mocy 700 KM. Twój wóz pali 5 litrów paliwa na setkę? To tak samo jak Tygrys! Tylko że w jego przypadku akurat na kilometr, co przy zbiorniku o pojemności 534 litrów dawało Tygrysowi zasięg około 100 kilometrów na drodze i jedynie około 60 kilometrów w terenie.

l_1832835bb95d347kola.jpg

Aby rozłożyć odpowiednio swój ciężar, czołg wykorzystywał system wielu zachodzących na siebie kół, po 24 z każdego boku. Niestety rozwiązanie to przyniosło trzy nieoczekiwane problemy. Po pierwsze przy takim ustawieniu pojazd był zbyt szeroki, by można go było transportować przy pomocy kolei czy ciężarówek (a to było niezbędne przy bardzo niskim zasięgu operacyjnym). Dlatego do transportu należało odkręcić jego zewnętrzne koła i założyć do tego specjalne „transportowe” gąsienice. Drugim problemem było to, że taki układ lubił zimą zamarzać, gdy w to wszystko nabiło się pełno błota. A po trzecie – jeśli zaszła potrzeba wymiany koła znajdującego się najbliżej pancerza – można sobie wyobrazić ile kół należało zdjąć, by się w ogóle do niego dostać…


Niemniej to było właśnie to, co dostał Wehrmacht. Czołg wystarczająco mocno opancerzony, by wytrzymać ostrzał przeciwnika i jednocześnie uzbrojony tak potężnie, że bez problemu niszczył wszystko, co miało pecha nawinąć mu się pod lufę. Jednocześnie czołg wysoce awaryjny, drogi w produkcji (za cenę jednego Tygrysa można było zbudować dwie Pantery albo dwa i pół czołgu typu Panzer IV) i o bardzo małym zasięgu operacyjnym. Aby zachęcić czołgistów do nauki, 91-stronicowe „instrukcje obsługi” opatrzone były humorystycznymi tekstami i rysunkami.

l_183282297798075fibel1.jpg


l_18328232b3bf90bfibel2.jpg


l_18328240db381d1fibel3.jpg


l_1832825882e97ccfibel4.jpg


l_1832826593a8da3fibel5.jpg


l_183282731b9008afibel6.jpg


l_18328286c085d67fibel7.jpg


l_18328290520187ffibel8.jpg


1832830492c1ae7fibel9.jpg


Tutaj można sobie obejrzeć oryginał w całości i jak ktoś zna niemiecki, to może się nauczyć obsługi Tygrysa. Ostatnia plansza, jeśli dobrze kojarzę, pokazuje skuteczność penetracji pancerza Shermana z różnych stron i odległości, a także odległość na jakiej armata Shermana stanowi zagrożenie dla Tygrysa, ale ja tam nie wiem, bo znam tylko „hande hoch” i parę innych, nieprzydatnych tu słówek.

Debiut Tygrysa był wielkim sukcesem… Sowietów. Pierwsze 4 pojazdy trafiły na front wschodni w okolice Leningradu. Był to wrzesień 1942 roku, teren był podmokły i grząski, co zmuszało Tygrysy do operowania głównie w okolicy dróg. To z kolei wystawiało je na ostrzał przygotowanych i ukrytych dział przeciwpancernych. Trzy Tygrysy zostały szybko wyeliminowane z walki poprzez ugrzęźnięcie w błocie, usterki mechaniczne, uszkodzenie gąsienic przez ostrzał wroga albo przez wszystkie te rzeczy jednocześnie. Masa tych czołgów sprawiała, że ich odholowanie i wyremontowanie było trudniejsze niż w przypadku lżejszych pojazdów. Uznano, że jeden z tych Tygrysów nie nadaje się do odzyskania, więc go wysadzono w powietrze.

Z czasem jednak niemieccy czołgiści nauczyli się jak należy operować tym pojazdem, by minimalizować ryzyko awarii. I Tygrys zaczął pokazywać co potrafi. Nie tylko kładł wroga pokotem, ale i był bardzo odporny na ostrzał. 11 lutego 1943 roku doszło do starcia podczas ataku Niemców na kołchoz we wsi Siemiernikowo. Oto raport podporucznika Zabela, dowódcy jednego z Tygrysów:

„Atakujące Tygrysy pozostawiły lżejsze czołgi z tyłu i skupiły na sobie cały ogień nieprzyjaciela. Czołgi otrzymały trafienia z przodu i z prawej strony. Wróg otworzył ogień z czołgów, dział przeciwpancernych i rusznic z dużej odległości. Mój Tygrys otrzymał trafienie z działa 76,2 mm w pancerz przedni na wysokości kierowcy. Zapasowe ogniwa gąsienic tam umieszczone zostały zerwane. W czołgu usłyszeliśmy huk i poczuliśmy lekkie drżenie. Im bardziej się zbliżaliśmy, tym mocniejsze były wstrząsy i głośniejsze dudnienie z trafień pociskami 76,2 mm. Równocześnie zauważyliśmy coraz więcej rozbryzgów ziemi w pobliżu czołgu spowodowanych ostrzałem. Następnie załoga usłyszała cichsze uderzenie, po którym pojawił się żółty dym, najprawdopodobniej z trafienia pociskiem z rusznicy przeciwpancernej. Tuż po tym otrzymaliśmy trafienie z 45 mm działa przeciwpancernego w wieżyczkę dowódcy. Uchwyt szyby przeciwpancernej został zniszczony, a szkło zablokowało się i stało się obłe w wyniku ciepła spowodowanego przez eksplozję. Kolejne trafienie zniszczyło zawiasy i właz wpadł do środka wieży. W przedziale bojowym pojawił się gęsty dym i zrobiło się bardzo gorąco. Właz ładowniczego zablokował się w pozycji lekko otwartej i otrzymał wiele trafień z rusznic przeciwpancernych, co zniszczyło jego zawiasy. Po bitwie naliczyliśmy dwa trafienia 45 mm pocisków i 15 pocisków z rusznic przeciwpancernych w wieżyczkę dowódcy. W ciągu obu dni ataku wróg zniszczył nasze karabiny maszynowe. Wyrzutnie granatów dymnych na wieżyczce również zostały zniszczone. Dym w środku sprawiał tyle problemów, że Tygrysy nie były gotowe do walki przez pewien czas. Nerwy wszystkich członków załogi były w strzępach, straciliśmy poczucie czasu. Nie odczuwaliśmy ani głodu, ani żadnych innych potrzeb. Pomimo tego, że atak trwał ponad sześć godzin, wszystkim członkom załogi wydawało się, że wszystko wydarzyło się błyskawicznie. Po kolejnym trafieniu pociskiem 76,2 mm w osłonę jarzma zerwały się uchwyty mocujące armatę. Oporopowrotnik stracił cały płyn i armata zablokowała się w położeniu tylnym. Przez problemy z elektryką zamek nie dawał się zamknąć. Z powodu wstrząsów radio przestało działać i zablokowały się drążki kierownicze. Kiedy osłona wydechu została zniszczona, silnik stanął w ogniu. Ogień został ugaszony przez automatyczny system gaśniczy. Następnie poluzowały się śruby mocujące pierścień wieży. Tymczasowo awarii uległ mechanizm obrotu wieży. Ładunek wybuchowy wrzucony na górę czołgu odczuliśmy jako głuchy huk i falę gorąca i dymu. Naliczyliśmy 227 trafień z rusznic przeciwpancernych, 14 trafień pociskami 57 i 45 mm i 11 trafień pociskami 76,2 mm. Prawe zawieszenie zostało poważnie uszkodzone. Kilka kół nośnych zostało zniszczonych, dwa wahacze zawieszenia i koło napinające zostały uszkodzone. Pomimo uszkodzeń czołg był w stanie przejechać jeszcze 60 km. Trafienia spowodowały kilka pęknięć spawów łączących płyty. Zbiornik paliwa zaczął przeciekać z powodu silnych wstrząsów. Zauważyliśmy kilka trafień w gąsienice, które jednak nie zmniejszyły naszej mobilności”.

Tygrys zdołał wrócić do warsztatu. Naprawiono tam niektóre uszkodzenia, ale pancerza nie tknięto i czołg wysłano z powrotem do Niemiec, by szkolącym się załogom uświadamiał, jak twardym jest skurczybykiem.

l_1832853db61f4b0zabel.jpg

Jako że amerykańskie M3 w brytyjskiej służbie coraz śmielej sobie hulały po Afryce, parę Tygrysów wysłano Lisowi Pustyni w prezencie.

Szok trzeci – Brytyjczycy Tygrysa spostrzegający

Pierwsze starcie nastąpiło 1 grudnia 1942 roku w okolicy miejscowości Djedeida w Tunezji. Trzy Tygrysy zaatakowały tam sad oliwny. Z powodu drzew walka toczyła się na krótkim dystansie, od około 80 do 100 metrów. „Żelazne katedry” walczyły dzielnie, ale nie udało im się zniszczyć żadnego Tygrysa, nawet z tak małej odległości nie będąc w stanie przebić blach niemieckich pojazdów. Jednemu M3 prawie się to udało (jego pocisk wybił 70 milimetrową dziurę w 80 mm pancerzu), ale „prawie” na wojnie nie zawsze wystarcza. Ostatecznie to Tygrysy odjechały z pola bitwy, pozostawiając za sobą płonące M3.

l_18328211d659048dziura.jpg

21 kwietnia 1943 roku Brytyjczycy zaatakowali dwa Tygrysy przy pomocy dział przeciwpancernych. Pocisk trafił jednego z nich tuż pod lufą armaty, zrykoszetował i wbił się między kadłub a wieżę, całkowicie ją blokując. Załoga niemiecka, nie wiadomo dlaczego, uciekła i nie zniszczyła pojazdu zgodnie z obowiązującym rozkazem. W ten sposób w ręce Brytyjczyków wpadł praktycznie nienaruszony Tygrys, którego do dziś można podziwiać w muzeum w Bovington jako jedynego Tygrysa wciąż będącego na chodzie, jak i w komedii „Furia” z Bradem Pittem w roli głównej.

l_183284843cdf218tiger_131.jpg

Jednak Tygrysy wywarły ogromne wrażenie na zachodnich aliantach. Zrozumieli oni, że nie mają obecnie żadnego czołgu, który mógłby skutecznie stawić mu czoła. Zauważyli też jednak coś innego – mianowicie to, że brytyjskie siedemnastofuntowe działo przeciwpancerne o kalibrze 76,2 mm świetnie radziło sobie ze wszystkim, co mieli Niemcy. A to dzięki temu, że różne typy pocisków pozwalały mu na przebicie od 120 do 233 mm pancerza na dystansie 1000 metrów. Nic dziwnego, że pojawił się więc pomysł, by zamocować je w wieży Shermana – czołgu, którego Brytyjczycy mieli w bród. Sam Winston Churchill, w obliczu zbliżającej się inwazji na Normandię, nadał temu zadaniu najwyższy priorytet. Niestety pracy było sporo, bo armata ta była zbyt duża, by umieścić ją w wieży Shermana. Niemniej po odpowiednich modyfikacjach zarówno armaty, jak i wieży, brytyjskim inżynierom udało się tego dokonać i już w styczniu 1944 gotowy prototyp przeszedł testy na poligonie.

Armata ta nie była jednak pozbawiona wad. Zwalające nawet Tygrysy z gąsienic parametry uzyskiwała poprzez nadawanie pociskom ogromnej prędkości, a to wymagało potężnego kopa. To z kolei sprawiało, że przy każdym wystrzale czołg spowijała wielka chmura wzbitego kurzu. Błysk i gazy wylatujące z lufy dodatkowo utrudniały widoczność załodze – często zdarzało się, że przy strzelaniu na bliższe odległości nie widzieli przez to, czy pocisk trafił w cel. Podczas szkolenia wpajano im specjalną procedurę – strzał miał następować po komendzie „3, 2, 1, ognia!”, co miało dać wszystkim członkom załogi czas na zamknięcie oczu, otwarcie ust i przyciśnięcie rękami słuchawek od uszu – wszystko po to, by zniwelować skutki błysku i huku. Dodatkowo gdy strzelało się z ukrycia w jakichś krzakach, to z każdym strzałem rosło ryzyko, że wszystko w pobliżu stanie w ogniu. Lufa była też długa, dużo dłuższa niż standardowa 75 mm. Czołgistom musiano więc wbijać do głów, by zawsze o tym pamiętali manewrując w mieście czy w pobliżu słupów i drzew. Z racji błysku, jaki towarzyszył wystrzałom, do tych czołgów przylgnął przydomek „Firefly” – „świetlik”.

Wyprodukowano łącznie nieco ponad 2000 Shermanów Firefly, co znów przewyższało całkowitą produkcję Tygrysów. Zgodnie z planem czołgi były gotowe do walki podczas D-Day. Przeciwnicy przygotowali się jak mogli, teraz nadeszła pora bezpośredniej konfrontacji.

Część druga tutaj
8

Oglądany: 42543x | Komentarzy: 115 | Okejek: 625 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

06.06

05.06

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało