Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Czasem genialne wynalazki skazane są na klapę. Szczególnie wtedy, gdy za bardzo wyprzedzają swój czas

85 143  
212   24  
Mam pomysł na biznes! Jestem tak bardzo przekonany o jego sukcesie, że już teraz zainwestuję w ten projekt wszystkie moje oszczędności. Dorzucę też nerkę! - Dość często takie genialne idee, mimo pokładanych w nich nadziei, wcale nie znajdują należnego im poklasku, a wynalazcy, którzy poświęcili spory kawał życia na realizację takich projektów, muszą potem klepać biedę.

Pierwsze przenośne urządzenie do czytania książek

Aby wydrukować jedną książkę, trzeba ściąć dwa hektary lasu! No, może nie aż tak dużo, ale wiadomo – produkcja papieru związana jest z wycinką drzew, a to nie tylko bardzo nieekologiczna, ale i stosunkowo kosztowna procedura. Czy nie lepiej by było produkować książki w wersji zminiaturyzowanej i opracować odpowiednią metodę ich czytania? - do takiego wniosku w 1922 roku doszedł amerykański admirał oraz pomysłowy wynalazca Bradley Fiske.


Wykorzystując swoje umiejętności w dziedzinie fotografii, wykonał on zminiaturyzowane kopie książek. Każda ze stron miała ok. 15 centymetrów długości. Takie malutkie karteczki umieścić należało w specjalnym podręcznym gadżecie wykonanym z metalu oraz szkła powiększającego. Pomysł ten był genialny w swej prostocie, a samo urządzenie okazało się całkiem estetyczne. Odtąd w niewielkiej kieszeni można było upchnąć po kilkanaście powieści!
Aby zademonstrować działanie swojego wynalazku, Fiske zminiaturyzował pierwszy tom „Prostaczków za granicą” Marka Twaina. Bradleyowi udało się skompresować 93 tysiące słów na 13 malutkich karteczkach!


Amerykański admirał był święcie przekonany, że jego urządzenie zrewolucjonizuje świat książek oraz gazet, które odtąd, z uwagi na znacznie mniejszą ilość papieru potrzebnego do druku, kosztować będą ułamek swojej ówczesnej ceny. Niestety tak się jednak nie stało. Fiske nie podbił rynku swoim genialnym urządzeniem, a ludzie niezbyt chcieli godzinami wpatrywać się w lupę. Na popularny, mieszczący się w kieszeni gadżet do czytania skompresowanych książek trzeba było jeszcze poczekać wiele dekad.

Latające czołgi

Ten wynalazek miał usprawnić działania na frontach wielkich wojen. Armie walczących ze sobą mocarstw mogłyby w bardzo krótkim czasie dostarczać czołgi na pola bitew, a następnie z łatwością przenosić je w kolejne miejsca, gdzie takie maszyny byłyby potrzebne. Nad takimi projektami pracowali już w latach 20. i 30. ubiegłego wieku uczeni ze Związku Radzieckiego. Próby z bombowcami TB-3 zrzucającymi niewielkie tankietki były bardzo obiecujące.


Podobne sukcesy w testach osiągnęli też Japończycy oraz Brytyjczycy. Ci ostatni skonstruowali do tego celu specjalny szybowiec Baynes Bat. Jego autor Leslie Everett Baynes skonstruował prototypową maszynę latającą. W wersji testowej miała ona 1/3 swojej oryginalnej skali, jednakże zgodnie z planami samolot posiadałby imponującą rozpiętość skrzydeł (30 metrów!), dzięki czemu mógł udźwignąć pojazd ważący prawie 9 ton! I chociaż próby były zadowalające, to problemem okazał się sam kształt czołgu.


Aby szybowiec mógł sprawnie transportować taki ładunek, czołg musiałby mieć odpowiedni, aerodynamiczny kształt, a to oznaczałoby spore wydatki na zaprojektowanie i masową produkcję takich pojazdów. Projekt ten został więc porzucony. Dopiero po latach do użytku weszły samoloty zdolne do przenoszenia i zrzucania czołgów na spadochronach.

Kino dzienne

Kiedy na początku XX wieku w wielkich miastach otwierano pierwsze kina, wielu widzów skarżyło się na dyskomfort związany z siedzeniem w ciemnym pomieszczeniu. Szczególny problem z wizytami w takich salach miały kobiety, które na seanse przychodziły z dziećmi. Wprowadzenie do użytku w pełni oświetlonego kina pozwoliłoby też na umieszczenie tam dużej orkiestry, śpiewaków oraz całej masy dodatków, które uprzyjemniłyby seans, a których nie dało się wdrożyć w zaciemnionych kinach. Nad takim rozwiązaniem pracował Samuel „Roxy” Rothafel – amerykański impresario, który marzył o stworzeniu wielkiego, kinowego parku rozrywki. Według jego wizji w takich miejscach mogłyby się znaleźć podświetlane baldachimy, place zabaw dla dzieciarni i piaskownice ze zjeżdżalniami.


Aby jednak umożliwić widzom cieszenie się filmem, we w pełni oświetlonym pomieszczeniu potrzebne były lepsze projektory. I chociaż udało się takie skonstruować, a w kilku dużych miastach USA „jasne kina” zaczęły się pojawiać, to szybko okazało się, że jakość obrazu pozostawia bardzo dużo do życzenia. Ostatecznie więc zarówno widzowie, jak i właściciele kin pogodzili się z faktem, że seanse na dużym ekranie muszą odbywać się w ciemności i kropka!

Przenośne odtwarzacze płyt gramofonowych

Produkowane przez firmę Audio Technica miniaturowe odtwarzacze płyt gramofonowych pewnie odniosłyby sukces, gdyby nie to, że pojawiły się na rynku za późno. To niewielkie urządzenie pozwalało z pomocą słuchawek słuchać muzyki zapisanej na winylowym nośniku, jednak nie było mowy, aby traktować je jako gadżet, który można by nosić w kieszeni. Był to więc bardziej rodzaj małego gramofonu niż protoplasta współczesnych "empetrójek".


I chociaż w dalszym ciągu wynalazek ten mógł być murowanym hitem wśród audiofilów, to jego premiera miała miejsce na początku lat 80., dosłownie chwilę przed tym, jak Sony zawojowało nasze serca przenośnym odtwarzaczem z prawdziwego zdarzenia, czyli legendarnym Walkmanem.
Dziś znalezienie działającego urządzenia, którym Audio Technica chciało zrewolucjonizować rynek, graniczy z cudem, a cena za taki gadżet jest naprawdę wysoka.

Wideofon

Dziś videorozmowy są dla nas codziennością. Funkcję przesyłania obrazu z kamery naszych komputerów czy smartfonów oferuje większość producentów komunikatorów internetowych. Tymczasem pierwsze komercyjne urządzenie do tego typu konwersacji powstało już w 1964 roku i mimo dość sprawnego (no, powiedzmy) działania zdecydowanie wyprzedziło swój czas. Wideofon stworzony został przez firmę AT&T, która oprócz samego wynalazku skontrowała też specjalne pomieszczenia do prowadzenia takich rozmów. Podobne do budek telefonicznych kabiny postawiono m.in. w Nowym Jorku, Chicago i Waszyngtonie.


Kiedy jednak przyszło do korzystania z tego dobrodziejstwa technologii, szybko okazało się, że rzeczywistość nie jest tak kolorowa, jak to wyglądało w filmach SF. Przede wszystkim jakość i płynność obrazu była koszmarna. I pewnie można by na ten fakt przymknąć oko, ale już barbarzyńska cena za chwilę videorozmowy mogła przyprawić o zawrót głowy nawet najbardziej zamożnego mieszczucha. Aby móc pogadać przez trzy minuty z osobą, której niewyraźna postać widniała na ekranie, trzeba było zapłacić równowartość dzisiejszych 120-200 dolarów! Trudno się więc dziwić, że ten „futurystyczny” wynalazek nie cieszył się specjalną popularnością. Po paru latach firma AT&T musiała zdemontować z amerykańskich deptaków swoje kabiny i przełknąć gorycz wywalonej w błoto fortuny.

Źródła: 1, 2, 3, 4
1

Oglądany: 85143x | Komentarzy: 24 | Okejek: 212 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

06.06

05.06

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało