Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Niezwykle fotogeniczna Sonia, hodowla ryb akwariowych i inne anonimowe opowieści

90 000  
295   46  
Dziś przeczytacie także o dziwnym komplemencie, akcji sprzątania świata, niezbyt lotnej kuzynce i o tym, że czasem można kupić trochę czasu...

#1.

Jako że ryby to moje wielkie hobby, znalazłem sobie robotę, która idealnie pokrywa się z moją pasją. Pracuję w sklepie akwarystycznym. Codziennie mam kontakt z niezłymi świrami, którzy, podobnie jak ja, dość dogłębnie znają temat różnych ciekawych gatunków ryb akwariowych. Przychodzą też klienci, którzy swoją przygodę z rybkami dopiero zaczynają. Tym zawsze staram się doradzić możliwie jak najlepiej i zainteresować ich kupnem mniej wymagających zwierzaków.

Czasem mój sklep odwiedzają też idioci, którzy nigdy nie powinni podejmować się opieki nad jakimkolwiek żywym organizmem. Dziś przyturlała się na przykład gruba baba z martwym gupikiem w garści. Położyła rybkę na ladzie i zrobiła mojej pracownicy awanturę na cały sklep, że sprzedajemy otrute zwierzęta, że to już trzeci gupik, który jej zdechł kilka dni po zakupie i że jak nam nie wstyd ludzi tak oszukiwać. Na szczęście akurat byłem w sklepie, więc szybko zainterweniowałem. Najpierw kazałem się babce uspokoić, a potem zacząłem wypytywać – jak rybka się zachowywała, czy nie była osowiała, czy w ostatnich dniach nie miała słabego apetytu.
- Jak to słabego apetytu? - oburzyło się babsko. – To one nie odżywiają się wodą?

Jak jesiotry kocham! Tak obelżywych słów, jakie z moich ust posypały się w stronę klientki, chyba jeszcze nigdy wcześniej nie wypowiedziałem. Grunt, że baba zniknęła z mojego sklepu w trybie ekspresowym, zostawiając po sobie tylko niesmak i martwego gupika na ladzie.

#2.

Wczoraj, kiedy wyszłam spod prysznica, mój narzeczony spojrzał na mnie z wyrazem głębokiego skupienia i całkiem poważnie powiedział: "Nie jestem pewien czy to twoje cycki zmalały, czy cała reszta ciała wokół nich po prostu znacznie urosła...".

Z jednej strony mi przykro, ale z drugiej – postanowiłam się zważyć i faktycznie – w ostatnim czasie przytyłam 3 kg, więc najwyższy czas zabrać się za siebie. Ach, no i znaleźć nowego chłopaka ;)


#3.

Lata temu... Bodajże 5 klasa podstawówki. Akcja "Sprzątanie Świata".

Idziemy sobie z klasą, dumnie sprzątamy wały nad Wisłą.
Widzę w oddali mojego wuja (starszy pan, brat śp. babci). Wujek, stary kawaler, mieszka z nami, ma osobne wejście i jest po prostu dziwny - ma rower, zbiera czasem złom, dużo majsterkuje, ot, ma swój świat.
Wujek stoi obok roweru i pali jakieś kable obok niego kupka złomu, trochę dymu...

Dzieci patrzą z zaciekawieniem, a pani zaczęła robić im wykład o bezdomnych, ich ciężkim życiu. Wtedy ja z samego tyłu dobiegam do grupki zainteresowanych i krzyczę:
- To mój wujek, on ma dom!
Mina nauczycielki niezapomniana.

#4.

Moja babcia jest bardzo wierząca, czasami tylko zastanawiałam się, w kogo wierzy bardziej, Boga czy księdza. Nieraz krew mnie zalewała, jak widziałam, ile ze swojej emerytury potrafi oddać proboszczowi.

Od czasu do czasu jeździła na zagraniczne pielgrzymki z parafią. Nie jeździła na wszystkie, bo nie było jej stać, ale na jednej zależało jej szczególnie, dlatego też długo na nią zbierała.

Kiedy już uzbierała całą sumę, postanowiła wpłacić wszystko proboszczowi, chociaż do wycieczki zostało jeszcze sporo czasu. Niestety choroba bardzo pokrzyżowała jej plany, nie mogła pojechać. Jako że leczenie było bardzo kosztowne, babcia postanowiła zwrócić się do księdza o zwrot, chociaż części pieniędzy. Odpowiedział, że bardzo mu przykro, ale biuro podróży nie zwróci już ani grosza, ale za to on odprawi na wyjeździe specjalną modlitwę w intencji jej zdrowia.

Księżulek miał pecha, bo tak się złożyło, że w tym czasie pracowałam w biurze, które organizowało wycieczkę i po pierwsze, nie wszystkie pieniądze zostały wpłacone, a po drugie biuro zwróciło księdzu sporą część zaliczki, odejmując niewielkie koszty, które już zostały poniesione.

Gdy tylko się o tym dowiedziałam, popędziłam do biura parafialnego powiedzieć, że babcia zdecydowała się pojechać, na co on, że w jej stanie zdrowia zdecydowanie by odradzał i wątpi, że biuro zgodzi się wpisać ją z powrotem, skoro zrezygnowała.

Jakie było jego zdziwienie, kiedy pokazałam mu plakietkę z moim zdjęciem i logo biura. Oddał babcine pieniądze i próbował tłumaczyć się, że były mu potrzebne na utrzymanie Domu Bożego...

Poważnie?! Bóg na pewno byłby zadowolony gdyby dowiedział się, że za nowy marmurowy ołtarz księżulek zapłacił pieniędzmi, które ukradł chorej babci.

#5.

Historia zdarzyła się kilka lat temu. Siedziałam wraz z moją kuzynką (typowa blondynka) u babci, która zaczęła opowiadać nam śmieszne anegdotki ze swojej młodości. Babcia jest z dziadkiem dobre 40 lat. W pewnym momencie zapytałam jej, jak poznała dziadka. Odpowiedziała, że przez internet.

Moja kuzynka nadal myśli, że tak było.


#6.

Jako dzieciak miałam psa, wabił się Sonia. Był to skundlony, czarny jak smoła prawie labrador, była tylko ciut mniejsza, ciut. Niesamowicie inteligentna (pomyślicie sobie, że jak każdy pies dla właściciela, ale nie, ona naprawdę była wyjątkowa, do dzisiaj potrafię oglądać filmy z psami z całego świata, gdzie rozpisują się w komentarzach jaki ten pies mądry i wyjątkowy, a na mnie to nie robi wrażenia, bo Sonia robiła tak samo, a czasem nawet lepiej).

Sonia była chora na punkcie zdjęć, całe szczęście nie była to era selfie i smartfonów. O ile na spotkaniach rodzinnych każdy śmiał się, jak przybiegała na widok aparatu i do dzisiaj jest na pierwszym planie na 90% rodzinnych zdjęć, to na wakacjach nie było już tak super. Wyobraźcie sobie, że wyciągacie na plaży z torby czy plecaka aparat i zauważacie, że leci na Was wielkie, czarne psisko, szczękając. Pewnie niejedna osoba robiła rachunek sumienia. Na całe szczęście mój tata szybko biegał, więc zdążył dobiec i wyjaśnić, że ona kocha być fotografowana. Dzięki temu przez 13 lat była na wszystkich plażowych zdjęciach ludzi w promieniu kilkudziesięciu metrów od nas.

Właśnie zastanawiam się, ile osób przeglądało zdjęcia z przyjaciółmi, żonami, dziećmi, czy wnukami i mówiło "o, a ten pies 15 lat temu w Kątach Rybackich wpie*dalał się na nasze wszystkie zdjęcia''.

#7.

Pracuję w restauracji typu fast food, również z obsługą "drive-thru". Przed samym zamknięciem restauracji codziennie trafi się grupka pijanych bądź naćpanych gości, chcących zaimponować reszcie. Zazwyczaj przemilczam te głupie uwagi, ale ostatnio chamstwo przeszło samo siebie. To, że "wsadzą mi wielkiego ch... w dupę", to jedna z milszych uwag od tych panów. Cały czas leciały jakieś obelgi, darcie się i trąbienie na pół restauracji.

Jako że było przed zamknięciem, na zamówienie trzeba chwilę poczekać. W tym czasie zniknęłam, by donieść potrzebne produkty na następny dzień. Gdy wróciłam, zamówienie było gotowe. Wydając je, rzekłam jedną bardzo znaną kwestię:
- W przyszłości nie radziłabym mieć wrogów u osób, które przygotowują państwu zamówienie, smacznego.

Dawno nie widziałam takiego przerażenia w oczach i wściekłości w tym samym momencie.

#8.

Piątek, godzina 16, właśnie zaczął się mój ostatni wykład tego dnia. Czuję w kieszeni wibracje, wyciągam telefon, widzę, że dzwoni mama. Wyłączam, piszę SMS, że oddzwonię później. Ale mama dzwoni i dzwoni. Zaczynam się martwić, korzystając z tego, że wykładowca rozmawiał z dwoma studentami, odbieram. Cicho mówię "halo", słyszę, że mama płacze. Mówi, że moja siostra miała wypadek, że jest operowana, a jej stan jest krytyczny. Mówię jej tylko "trzymaj się, już jadę". Zrywam się z miejsca i wypadam z sali jak wicher.

Studiuję w mieście oddalonym o 1,5 h jazdy pociągiem od miasta rodzinnego. Biegnę więc na dworzec, patrzę na rozkład - jeden pociąg odjeżdża za kilka minut. Następny za 2 h. Dosłownie przeleciałem na odpowiedni peron, pociąg już stał, większość drzwi zamknięta, bo zaraz odjazd. Wpadam do wagonu (bezprzedziałowy), siadam na pierwszym lepszym miejscu. Próbuję się uspokoić, ale jestem tak zdenerwowany, że ledwo oddycham.

Pociąg rusza, jedziemy już jakieś 40 minut, gdy do wagonu, w którym siedzę, wchodzi konduktor. Jak go zobaczyłem, przypomniało mi się, że nie mam biletu. Pomyślałem, że kupię u niego. Problem w tym, że wylatując jak wariat z sali wykładowej, nie wziąłem plecaka. Miałem przy sobie telefon, kilka drobniaków, chusteczki. Kontroler podchodzi, dukam coś o bilecie, szukam jakichś pieniędzy. Pytam, ile kosztuje bilet do mojego miasta. Normalny, bo legitymacji nie mam. On mówi, że 26 złotych plus dopłata za kupno w pociągu. Mam przy sobie 4 zł 74 gr. Kontroler każe mi wstać, mówi, że będzie mandat, że mam wyjść. Wszyscy w wagonie na nas patrzą.


Tłumaczę mu, że nie mogę wyjść, że siostra miała wypadek, że jest w bardzo ciężkim stanie, że muszę zdążyć. On jest nieugięty, pewnie myśli, że kłamię. Mam dość. Wiem, że jeśli wysiądę teraz, będę na stacji na kompletnym zadupiu. Że nie zdążę. Zaczynam płakać. Mam 22 lata, prawie 180 cm wzrostu i płaczę jak dziecko, tłumacząc mu, że muszę jechać do siostry. Facet nie wie co zrobić, mówi coś o przepisach. Nagle podchodzi do nas młoda dziewczyna. Pyta, ile mi brakuje, mówi, że ma 10 zł. Dalej za mało, ale inni też podchodzą. Uzbierali mi na bilet. Obcy ludzie, których widziałem pierwszy raz w życiu. Ktoś przy mnie siada i mnie przytula, pociesza. Gdy wychodzimy, jakiś chłopak mówi, że tu obok stacji ma auto, to mnie odwiezie do szpitala. Nie wiem, jak mam im dziękować.

Zdążyłem. Byłem w szpitalu o 18:05. Moja siostra o 18:15 się obudziła, poznała mnie i mamę. O 18:27 zaczęła się reanimacja, po około 40 minutach Ewcia zmarła.

Dziś od tego wydarzenia mijają prawie 3 lata. Do tej pory trudno mi uwierzyć, że obcy ludzie dosłownie kupili mi ostatnie minuty z siostrą.

<<< W poprzednim odcinku m.in. obiad z koleżanką i Walentynki z synem

14

Oglądany: 90000x | Komentarzy: 46 | Okejek: 295 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

30.05

29.05

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało