Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Wyjechała do Albanii - teraz opowiada, jak tam naprawdę jest, część V

50 551  
126   21  
Cześć! Miałam już tu więcej nie pisać, bo brakowało mi pomysłów, ale dostałam od was tyle wiadomości, że się zmobilizowałam i postanowiłam jeszcze coś dodać! Po ostatnim tekście wielu z was zaczęło obserwować mnie na Instagramie i podglądać moje albańskie życie. Tak więc po prawie roku milczenia wracam! Mam nadzieję, że część z was jeszcze mnie pamięta.


Ksamil - chyba najpopularniejszy kurort Albanii. Poza sezonem można się w nim zakochać.

Może parę zdań o tym, co u mnie zmieniło się od ostatniego tekstu.

Siedziałam w Albanii 1,5 roku, a od połowy listopada jestem w Polsce. Jak pisałam w poprzednim tekście, w ostatnim czasie pracowałam na północy Albanii w biurze turystycznym. Branża turystyczna pokazała mi, że praca z ludźmi może być fajna. Oczywiście nie jest to praca łatwa, jest dużo wyzwań, szczególnie w innym kraju, ale jest to super doświadczenie. Bywały dni z totalnym brakiem energii, gdzie o 21 już spałam, bywały sytuacje nerwowe i takie, po których wieczorem bluzgało się w towarzystwie wina. Ale było też wiele śmiechu i chwil wzruszenia, gdzie trzeba było mocno się pilnować, żeby się nie rozpłakać przed grupą. A najdziwniejsze dla mnie było to, że na wycieczkach największej furory nie robiły ani moje opowieści o życiu w Albanii, ani historyczne fakty czy wiadomości z czasów współczesnych, a informacja o tym, że pochodzę z Olsztyna. Dlaczego? Nie wiem. Ale to chyba był duży mój atut :D

Bardzo się cieszę, że spotkałam, czy to w biurze, czy na wycieczkach, wielu z was osobiście! Dzięki za wszystkie miłe słowa i ogromny odzew na moim Instagramie. Mam nadzieję, że mogliście ze mną w taki sposób odkrywać część Albanii.

Wróciłam do Polski 3 tygodnie przed ogromnym trzęsieniem ziemi. Jedno, lżejsze, spotkało mnie, gdy jeszcze pracowałam w Golem (we wrześniu). Najsilniejszy wstrząs był, gdy wracałam z grupą z wycieczki, więc go nie poczułam. Tylko fale wtórne. Bilans strat nie był tak duży (u mnie tylko butelka wina, która spadła z brzegu blatu). Te, które ominęłam, jak mogliście widzieć w TV czy słyszeć w radiu, przyniosły więcej strat. Hotel, w którym kończyłam sezon, gdzie odwoziłam ostatnich turystów, już nie istnieje - został zrównany z ziemią. Albania podnosi się po stratach, odbudowywane są domy. Hotele, które będą przyjmować gości są sprawdzone pod względem bezpieczeństwa, ulice są przejezdne. Nie jest to idealnie zorganizowane, panuje bałkański chaos organizacyjny, ale idzie do przodu.
A ja do Albanii wracam (oby!) w maju.


Bunkry - widok, który wciąż mi się nie nudzi. Tu 100% albańskości.

W tym tekście napiszę wam, dlaczego cieszę się, że wróciłam po takim czasie do Polski, co mi w Albanii przeszkadzało i za czym nie tęsknię.

Moim głównym powodem powrotu jest centralne ogrzewanie w domu.

Jak już kiedyś pisałam, zima w Albanii to nic fajnego. Jak tylko przyleciałam do Albanii na dłużej (czyli 2 lata temu - w połowie marca), byłam gotowa na ciepłą wiosnę albo początek lata. Pamiętam, jak w myślach przeklinałam swój pomysł i zadawałam sobie pytanie, co ja sobie wymyśliłam. Nie byłam przygotowana psychicznie (i ubraniowo) na śnieg, ujemne temperatury i tylko dwie małe farelki w dużym mieszkaniu. W Albanii brakuje tego przyjemnego ciepła, kiedy wracamy z chłodnego dworu, często zmoknięci. Jak już pada, to na całego, do tego burze z błyskami takimi, że robi się przez chwilę jasno. Gdy piszę ten tekst (luty/marzec), w wielu częściach Albanii leży śnieg i są ujemne temperatury. Po przeprowadzce z południa na północ (w połowie kwietnia) nadal musiałam używać farelki, ponieważ moje nowe mieszkanie było wychłodzone po zimie (a nikt tam nie mieszkał). Z tego co widzę, w nadmorskiej części Albanii jest cieplej niż rok temu, ale grzejący kaloryfer w domu to jest to, co lubię.


Widok z okna w kuchni był super, szkoda, że oznaczało to niską temperaturę (trzeba było zmywać naczynia w kurtce i to jeszcze w zimnej wodzie).

Zostając w temacie mieszkania, to kolejną rzeczą, przez którą nie tęsknię za Albanią, jest stały dostęp do wody i prądu.

W Polsce jeśli trafi się przerwa w dostawie, to będzie o tym informacja wcześniej. A w Albanii jak będzie, to będzie. Normą były baniaki 10-litrowe porozstawiane u mnie w łazience „na wszelki wypadek”. Zdarzyło się parę razy w lecie (40 stopni!), że nie miałam wody 24 godziny. Raz dlatego, że rura gdzieś poszła (nie w mieszkaniu, w drodze). Ale chyba poszła po godzinach pracy, bo zaczęli ją naprawiać dopiero kolejnego dnia. Do zimnej wody w kuchni przyzwyczaiłam się już dawno. Grzanie wody zimą w garnku na kuchence też jednak nie było takie złe (bo z prysznica leciała tylko zimna).

Nie można było też pozwolić na całkowite wyczerpanie baterii w telefonie czy w komputerze. Zawsze była dobra pora na brak prądu bez powodu (nieważne, jaka godzina czy pogoda). Koleżanki rok wcześniej potrafiły godzinami siedzieć w kawiarni, żeby naładować baterie, bo następnego dnia trzeba wstawać na wycieczkę, a nie wiadomo, czy do rana prąd już w domu będzie.

Jeszcze albańska łazienka - kiedy po wyjściu nie tylko ty jesteś mokry, ale i wszystko wkoło. Chociaż w tym roku moje mieszkanie było mocno ekskluzywne, bo miałam kabinę prysznicową! To jest dość niezwykłe zjawisko. Zazwyczaj to brodzik (bez żadnej zasłonki) albo tylko prysznic w ścianie. Ale kabina kabiną... Okno w łazience wychodziło do... kolejnego pokoju! Jednak lubię polski standard w mieszkaniach.


Albania to wielki miszmasz. Wkoło biura miałam hotele o wyższym i niższym standardzie, ale pan z osiołkiem był częstym gościem w okolicy. Ni to miasto, ni to wieś.

Nie brakuje mi też robaków i wszelkiego rodzaju innych ohydnych czy też niebezpiecznych żyjątek.

Zaczynając od mojego pierwszego mieszkania w Kukes, pełno było pająków czy włochatych stonóg (podobno pożyteczne, ale trochę paskudne). Co jakiś czas okazywało się, że mrówki mają w nowym miejscu jakieś minimrowisko w mieszkaniu. Ale najgorsze były ślimaki (takie bez skorupy). Na początku lata zaczęły wychodzić ze zlewu w kuchni i zwiedzały mieszkanie. Nie wiadomo było, jak to zabić. Nikt nie chciał zdeptać takiej obślizgłej galaretki, więc można było wyrzucać to tylko za okno. Potem w Sarandzie nie było tak źle, poza jednorazowym przypadkiem ogromnej (długiej gdzieś na 30 cm), podobno jadowitej, opancerzonej stonogi. Nie było to przyjemne spotkanie. Bo jaszczurki łatwo było wypłoszyć. Jednak największe utrapienie było w Golem! We wrześniu pojawiła się plaga paskudnych wijów. To małe, czarne robaki, które po zdeptaniu śmierdzą. Poza tym potrafią chodzić po ścianach i sufitach, ale zdarzało im się też przegrać z grawitacją... Klatka schodowa i ściana na balkonie (parter) były czasami aż czarne od liczby tych żyjątek (co dziwne, nawiedziły tylko mój blok). Czasami pojawiały się modliszki. Raz też zobaczyłam pod balkonem węża... Na naszym jeep safari parę razy zdarzyło się, że „przepełzł” nam drogę. Tych nieżywych było więcej. Jednak wolałam żółwie, które często pojawiały się na naszej trasie czy przystankach.


Żółwie najczęściej pojawiały się w gaju oliwnym (prawdopodobnie parusetletnim!).

Miło też nie wracać wieczorami po ciemku, albo z latarką w telefonie.

Tu już wchodzi albańska logika... W Golem na sezon 2019 wylali nowy asfalt i zrobili chodniki dla turystów (to co obecnie widać na Google Maps już jest przeszłością). Do tego wzdłuż drogi postawili latarnie i to z minipanelami słonecznymi. I tak, latarnie na niewielkim odcinku drogi w czasie sezonu wieczorami świeciły i nagle pasmo światła się urywało. Czemu? Nie wiem. Tak samo nie wiem czemu w pewnym momencie przestali w ogóle włączać latarnie. Gdyby nie światło z hoteli, sklepów i restauracji, byłoby tam totalnie ciemno, jak było aż do czerwca. Co gorsze, w czerwcu były jeszcze niezabezpieczone studzienki kanalizacyjne (co paręnaście metrów były po prostu pootwierane). Niestety fragment drogi do mojego mieszkania był już zupełnie nieoświetlony (nie z powodu niedziałających latarni, a ich braku) i ostatnie 5 minut trasy musiałam przyświecać sobie latarką (no i drogę umilały świetliki, które w takich ilościach widziałam po raz pierwszy). Warto dodać też, że w Albanii szybciej zapada zmrok (a mamy taki sam czas), więc tam w lipcu po 21 było już całkowicie ciemno.

Myślę, że brak oświetlenia związany może być z tym, ze Albańczycy preferują poruszanie samochodem niż pieszo, więc oświetlenie nie stanowi im większej różnicy. Szkoda tylko, że nie zawsze stosują się do zasad (np. główna ulica przy naszym biurze była jednokierunkowa, ale nie wszystkich to interesowało), często parkują też tak, jak im wygodnie, nie zwracając uwagi na to, że blokują drogę innym samochodom czy pieszym).


No już bliżej wejścia do sklepu stanąć się nie dało.

Sklepy... Robienie zakupów w Albanii to też nie taka prosta sprawa.

Owoce i warzywa są przede wszystkim sezonowe. Od później wiosny do wczesnej jesieni - raj na ziemi. Tak dobrych pomidorów nie ma nigdzie indziej! I cebula, którą każdy się zachwyca. Do tego arbuzy i melony dojrzewające w słońcu. Ale potem jest już ciężko - słaby wybór, głównie brzydkich, małych warzyw. Nadzieja tylko w cytrusach. A mrożonki nie są zbyt popularne i relatywnie drogie. Do tego mało gotowych dań, jak pizza czy gotowa zupa. Ale co z tego, że to nie jest łatwo dostępne na półkach, jak jeszcze trzeba mieć otwarty sklep. W miastach, w których życie toczy się normalnie przez cały rok, nie jest to taki problem, ale w Golem, zanim sezon się zaczął, czyli gdzieś do połowy maja, jak nie końca miesiąca, do nieźle zaopatrzonego sklepu trzeba było iść ok. 20 minut albo wybrać się do miasta (w moim przypadku autobusem, bo kierowca ze mnie słaby) na duże zakupy. Za to po przeprowadzce komfort życia poprawił mi się jeśli chodzi o drogerie - do Rossmanna miałam już tylko 20 km od domu, więc przy okazji wizyty w Durres mogłam kupić to, co mi potrzeba. Niestety nie wiedziałam, że wyzwaniem będzie zakup dezodorantu w sztyfcie - same w kulce i spraye.

No i w Polsce mogę kupić wiele rodzajów herbat, które są właściwie wszędzie. W Albanii nie jest to popularny napój. Pije się go głównie podczas choroby. A dla wielu Polaków herbata to podstawa - dla mnie też. Więc po skończonych zapasach z Polski, gdy w albańskim sklepie (jeden z niewielu, który miał zwykłą, czarną herbatę) kupowałam kolejną paczkę, musiałam zapewniać, że czuję się dobrze. Koleżanka mamy, która była u mnie na wakacjach, zamawiała zawsze herbatę do obiadu w restauracji. Mówiła, że kelner na początku dopytywał się, czy na pewno dobrze się zrozumieli, a potem podobno dziwnie na nią patrzył. Pewnie ze współczuciem, że na 2-tygodniowych wakacjach ciągle choruje ;)


Durres - to tu się wszystko zaczęło i tu mogłam wszystko załatwić. Moje "okno na świat".

Miło jest też załatwić wszystko o czasie albo prawie o czasie.

W biurze mieliśmy tylko 1 działające gniazdo, bo nie można było zdobyć elektryka. W moim mieszkaniu przestał działać żyrandol w sypialni i w kuchni i nie miał kto tego naprawić. Na naprawę pralki czekałam 2 miesiące (w wynajmowanym mieszkaniu miałam dwie pralki i obie nie działały już od kiedy się wprowadziłam). Niestety w Albanii nie ma portali z ogłoszeniami na taką skalę jak w Polsce i wszystko dzieje się pocztą pantoflową - ktoś kogoś zna, ma jego numer, albo pyta się dalej. W sezonie, gdy jest dużo pracy, ciężko kogoś znaleźć. U mnie w mieszkaniu monter od Internetu przyjechał tylko 2 tygodnie po czasie. Okazało się, że na cały okręg (czyli jakieś 20 tys. mieszkańców poza sezonem) jest tylko jeden technik i zepsuł mu się samochód. Oczywiście nie dostał innego auta na ten czas, a nikt do mnie nie zadzwonił, żeby poinformować mnie, że ani dziś, ani jutro nikt do mnie nie przyjedzie. Wszystkiego trzeba dochodzić samemu. I choć wydaje się nam, że u nas jest ciężko załatwić coś w urzędzie, to porównując Polskę do Albanii jest nieźle. Można znaleźć potrzebne dokumenty w Internecie, działają infolinie, czaty. Na wizytę można umówić się wcześniej. No ogólnie ma to ręce i nogi.

A w Albanii? Nie można nawet znaleźć godzin i dni, kiedy dany wydział pracuje (załatwiałam kolejne pozwolenie na pobyt, bo świat nie jest jednak wielkim wspólnym domem i nie jest tak łatwo). Urząd, który był mi potrzebny, był czynny tylko 3 dni w tygodniu. W większości urzędów, w których załatwiałam papiery, obsługujący tam urzędnicy znali tylko j. albański i ani słowa po angielsku. Dodatkowo, żeby wejść na teren międzynarodowego portu w Durres, gdzie znajduje się wydział dla cudzoziemców, potrzebna jest przepustka. W okienku, gdzie można ją dostać, też znają tylko j. albański.

Mogę się w tym momencie pochwalić zdanym egzaminem państwowym z j. albańskiego na uniwersytecie w Tiranie, więc jakoś się dogadywałam. Dzięki temu, że już tam trochę siedziałam i miałam też pomoc z pracy, byłam w stanie to zrealizować. Ale nie wyobrażam sobie załatwiać wszystko samemu po raz pierwszy (i trzeba się za to zabrać właściwie zaraz po przyjeździe, bo dużo czasu nie ma, a formalności trwają).

Pamiętajmy też o „avash, avash” czyli powoli, powoli. Zawsze jest czas na kawę, papierosa i pogawędkę ze znajomymi, więc możemy trafić na niepisaną przerwę. Mimo oficjalnej listy dokumentów, którą dostałam w urzędzie, pan policjant (który sam dał mi dwa dni wcześniej listę) wymyślał jeszcze jakiś papier, a w zależności od wydziału jeden urzędnik podważał zdanie innego, aby pokazać swoją wyższość i stanowisko. A ty chodź i zastanawiaj się kiedy to się skończy i załatwisz co trzeba.

Załatwianie spraw biznesowych też wymaga czasu. Wysyłałam zapytania do hoteli o nocleg dla grupy. Teoretycznie hotelom powinno zależeć na sporej liczbie turystów, na kilka noclegów i to w niższym sezonie. Ale na wiele wysłanych maili tylko na niektóre dostałam odpowiedź w ciągu tygodnia, niektóre zostały bez echa. A kilka hoteli odpisywało mi po 3-4 miesiącach! Tak samo bar w Durres. Szukałam miejsca z piwem kraftowym i z internetowych podpowiedzi wyszło mi, że takie istnieje. Napisałam do nich, czy są jeszcze otwarci (to był październik, więc nie wiedziałam, czy działają tylko sezonowo czy całorocznie). Zostałam bez odpowiedzi, więc postanowiłam pojechać. Na miejscu okazało się, że wszystko jest zamknięte i chyba już na stałe. Na moje zapytanie na messengerze wysłali mi „okejkę” na koniec stycznia...


Ta cała ekipa naprawiała jedną deskę na schodach, która zaczęła się zapadać. Oczywiście każdy z nich wiedział lepiej ;)

Psy na ulicach - to duży problem w Albanii.

I tak jak w Polsce czuję się bardzo bezpiecznie w ich towarzystwie, to w Albanii czuję lęk, choć nie widziałam nigdy agresji z ich strony. Ale wiadomo, że inaczej będzie zachowywał się udomowiony pies, a inaczej bezpański, głodny i chory, albo co gorsza suka z młodymi. Chociaż w Olsztynie zamiast bezpańskich psów mijam na ulicy dziki. Nie wiadomo co gorsze i czego bardziej się bać. A jako fanka psów, do Polski przywiozłam... kota. Nie miałam wyjścia - mała, wychudzona sierota zamieszkała na moim balkonie i nie chciała odpuścić, a ja się poddałam największemu pieszczochowi w okolicy. Nie ma też co się oszukiwać - potrafiła mnie przegadać ;)

Nadal nie rozumiem zabierania psów z Albanii, gdy nie jesteśmy tam na dłużej i nie możemy dopilnować procedur i wydajemy dużo pieniędzy na przechowanie psa w klinice do czasu załatwienia paszportu. Oczywiście można próbować wywieźć psa nielegalnie (gdy jesteśmy samochodem, a nie z biurem podróży), ale to duże ryzyko. Ja miałam wystarczająco dużo czasu na załatwienie kotu szczepień i paszportu. Gdy leciałam z Czarnogóry, nikt nie sprawdził ani jednego papierka, za to jak wysiadłam w Polsce, przejrzeli wszystko dokładnie i mnie przepytywali i sprawdzali, czy informacje się zgadzają. A żeby nie ułatwiać sobie sytuacji, nazwałam kota Księżniczka. Pan weterynarz miał zawsze nietęgą minę, gdy je słyszał i sama musiałam je wpisywać.


Ja i Księżniczka.

Poza ładem w sprawach urzędowych, miłym powrotem do normalności było dla mnie planowanie podróży w Polsce.

Mogę znaleźć rozkład w Internecie, jest wielu różnych przewoźników, można kupić bilet w promocji. W Albanii nic z tego nie ma miejsca. Jak większość rzeczy w Albanii trzeba załatwiać na zasadzie pytania kogoś, kto może wiedzieć. Czasami rozkład jest na danym dworcu, to ktoś zrobi zdjęcie. Jest strona, która próbuje działać na zasadzie polskiego epodróżnika, ale niestety jest poprawna tylko w jakichś 70%. To i tak nieźle! Ale rozkład rozkładem, a życie życiem. Koleżanka chciała przejechać się w końcu pociągiem w Albanii (to nadal przede mną...) i poszła na dworzec kupić bilet. Ale pociąg jednak nie będzie jechał, mimo że jest w rozkładzie. Dlaczego? Nikt nie wie, ale z wycieczki nici.

No i różnica w komforcie w podróżowaniu w Polsce a w Albanii jest ogromna. W autokarach na dłuższych trasach mamy WC, Wi-Fi, gniazdka, regulowane fotele. Czasami oferują kawę czy herbatę. Autobusy miejskie kursują często i są dość duże. A tam? Siku tylko na postoju (jak akurat będzie na trasie), żadnego internetu, muzyka puszczona na cały autobus - taka, jaką lubi kierowca, w godzinach szczytu potrafią dać busika na max 30 osób. Mam całe 163 cm wzrostu, więc nie odczuwam w większości problemów z mieszczeniem się w fotelach w środkach transportu, aż trafiłam na mocno „ściśnięty” autobus do Tirany, gdy jechałam na wybory. OK, Albańczycy z reguły nie są zbyt wysocy, ale skoro ja ledwo znalazłam miejsce na nogi...


Czekając na swojego busa do Golem, akurat zauważyłam takie cudo w Durres. Jeździ? Jeździ!

Cenię też sobie pewnego rodzaju prywatność i anonimowość, którą mam w Polsce.

Albania w wielu kwestiach przypomina mi trochę mentalnie stereotypową, polską wieś. Wszyscy wszystko wiedzą, ktoś nowy i „obcy” od razu jest zauważony. Tam życia nie obserwuje się ze swojego okna, a z kawiarni. W Albanii nie mieszkałam w miejscowościach po kilkuset mieszkańców, a po kilkanaście tysięcy. A i tak wiele osób wiedziało gdzie mniej więcej mieszkam, co robię, z kim pracuję i po co tam jestem. Dużo wiedzieli „z tego, co się mówi na mieście”, ale też często pytali. Dla Albańczyków nie ma jakiegoś tabu, pytania, którego nie wypada zadać. U nas raczej nie wypada kasjerce wypytywać o twoje życie prywatne - o pracę, partnera, dzieci. Szczególnie gdy w kolejce czekają inni za tobą. Ale rozmowa w tym momencie jest najważniejsza. W Albanii to nie są dziwne pytania. Nie powiem przecież miłej pani, że to nie jej sprawa, bo się obrazi, a dobrze żyć z obsługą sklepu, który jest najbliżej domu, w którym będę codziennie przez 4 miesiące (bo przez tyle jest otwarty) robić zakupy. Nie mogę też kazać się odczepić pani doktor czy pielęgniarce z punktu medycznego, którego byłam częstym gościem tego lata, bo chodziłam na zmianę opatrunków. Czemu? Bo za bardzo poniosło mnie na jednej imprezie i musiałam mieć usuwanego paznokcia u stopy. Nie polecam! ;) W którym miejscu bym nie była, to nie można zrzucić braku chęci rozmowy na nieznajomość języka - próbowałam. Od czego jest Google Tłumacz i rozmowa na migi.


Ciężko być nieznajomym „obcym” przy takich tłumach poza sezonem.

Koniec marudzenia!

Dla równowagi w kolejnej części napiszę, czemu nie mogę doczekać się powrotu do Albanii, który zbliża się wielkimi krokami! Wierzę, że to, co teraz się dzieje minie szybko i będę mogła wrócić do pracy (za którą naprawdę tęsknię) najpóźniej z końcem maja. Życie i tu, i tu ma swoje plusy i minusy i ciężko wybrać mi, gdzie jest mi lepiej. Chyba dobrze mi w tym rozdarciu. Nadal będę powtarzać, że Albania nie jest dla każdego, ale warto przekonać się o tym na własnej skórze. Pamiętajcie też, że to, co ja opisuję a tygodniowy pobyt w lecie to dwa inne światy. Będąc w hotelu nie myślicie o zakupach spożywczych w sklepie, o tym, czy nie zaskoczy was brak wody i prądu (hotele mają agregaty i zazwyczaj zapas wody).

Obecnie korzystam z dobrodziejstw życia w Polsce - Spotify (którego w Albanii nie ma), Netflixa (też tam słabo), kin czy galerii handlowych. Mogę też swobodnie robić zakupy online, bo znam swój adres ;) No i mam skrzynkę na listy. Do tego bezproblemowa płatność kartą właściwie wszędzie. No i od święta odwiedzę McDonalda, bo Drwal za mną chodził już dawno. Zajadam się też tatarem na zapas.

Mam nadzieję, że się nie zrazicie do tego kraju, dołączycie do akcji #ZmienTerminNieOdwoluj (niezależnie od kierunku) i do zobaczenia w kolejnym tekście!

<<< W poprzednim odcinku

2

Oglądany: 50551x | Komentarzy: 21 | Okejek: 126 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

09.04

08.04

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało