Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Wiele hałasu o nic - czyli sześć bardzo nieudanych powrotów po latach

68 268  
152   50  
Wrócić można z tarczą lub na tarczy. Najgorzej jednak jest, gdy powrót niezwyciężonego wojownika poprzedzony jest wielkimi nadziejami, a kiedy dochodzi do ponownego przybycia długo wyczekiwanej legendy, okazuje się, że staje przed nami zasuszony relikt bez krzty wigoru i dawnej charyzmy. Rozczarowanie jest wówczas tak duże, że wolelibyśmy, aby do tego powrotu nigdy nie doszło.

#1. Terminator

Pierwsza reanimacja metalowego szkieletu pokrytego sztucznie wyhodowaną skórą miała miejsce aż 12 lat po premierze „Terminatora 2” - jednego z największych dzieł kina SF. Próba tchnięcia życia w serię oraz przebicia jakości oryginałów może i zaowocowała komercyjnym sukcesem tego filmu, ale daleko mu było do hitów Camerona, a wyraz swojego niezadowolenia wyrazili fani, nie zostawiając na „Terminatorze 3” suchej nitki. A mimo to kolejny tuzin lat później ktoś wpadł na pomysł ponownego odgrzania tego kotleta. Prawie ćwierć wieku po „Dniu sądu” Arnie wrócił jako geriatryczny T-800 w filmie, który - mówiąc bardzo dyplomatycznie - nazwać by można „fanowską produkcją z dużym budżetem”.


I kiedy już mieliśmy nadzieję, że seria o wojnie ludzi z maszynami została zabita, pośmiertnie zgwałcona, podeptana i opluta, do kin trafił „Terminator: Dark Fate” - film, który już w początkowych minutach filmu, w ordynarny sposób, przekreśla cały sens wysiłków, które podjęli bohaterowie w pierwszych dwóch, kanonicznych częściach serii.

#2. Vanilla Ice

W wieku zaledwie 16 lat Robert Van Winkle napisał swój największy przebój, czyli „Ice Ice Baby”, Na wydanie singla z tą kompozycją Vanilla Ice, bo taką ksywkę wymyślił sobie ten młody artysta, musiał czekać aż 7 kolejnych lat. Było warto. Singiel sprzedał się w nieprawdopodobnej ilości egzemplarzy i z dnia na dzień nikomu nieznany biały raper stał się gwiazdą pierwszego formatu. Takiego sukcesu Robertowi nigdy już nie udało się powtórzyć, chociaż jeszcze przez dłuższy czas można go było zobaczyć na MTV oraz na scenie – Vanilla Ice spędził trzy lata na trasie koncertowej! W 1994 roku ukazała się jego kolejna płyta, która została bezlitośnie zaorana zarówno przez krytyków, jak i przez fanów. Jednocześnie na jaw wyszło, że biografia artysty, którą opublikował jego wydawca, jest zbiorem bezczelnych ściem.


Ice próbował jednak wrócić do łask. Ratunkiem dla niego miał być… nu-metal. Muzyk w 1998 roku, próbując nadążyć za ówczesną modą, rapował wśród dźwięków elektrycznych gitar i perkusyjnego łomotu. Płyta, nosząca proroczą nazwę „Hard to Swallow”, okazała się daniem dość ciężkostrawnym nawet dla najbardziej wyrozumiałych krytyków i tym samym ostatecznym gwoździem do trumny kariery Ice’a.

#3. Ucieczka z Los Angeles

W 1996 roku, 15 lat po premierze „Ucieczki z Nowego Jorku”, John Carpenter, który uznał, że dobrym pomysłem byłoby przypomnienie światu o Snake’u Plisskenie, dał nam drugą część swojego okrytego sławą hitu. Pomysł ten może i byłby dobry, gdyby nie to, że sequel produkcji z 1981 roku był właściwie niczym innym jak jej kalką. I to w dodatku oparzoną marnymi, nawet jak na tamte czasy, efektami CGI.


Jeszcze przed premierą „Ucieczki z Los Angeles” John Carpenter snuł plany nakręcenia trzeciej odsłony serii, w której to grany przez Kurta Russela bohater miałby uciekać z Ziemi… I chociaż film swoje zarobił, reżyser nigdy więcej do tego tematu nie wrócił, bo tak naprawdę nikt sobie nie życzył kolejny raz jeść tego samego odgrzewanego kotleta.

#4. Led Zeppelin

4 grudnia 1980 roku, niedługo po tym, jak perkusista John Bonham wlał w siebie dwa litry wódki i w czasie snu udusił się własnymi wymiocinami, brytyjska grupa Led Zeppelin oficjalnie obwieściła, że kończy swoją działalność.
Pięć lat później Robert Plant, Jimmy Page i John Paul Jones spotkali się na scenie podczas koncertu Live Aid. Zmarłego perkusistę zastąpiło kilku innych, zmieniających się muzyków, z Philem Collinsem na czele.


To był jeden z najgorszych występów Led Zeppelin w historii – grupa, po tak długiej przerwie, nie zagrała nawet próby, gitara Page’a była rozstrojona, a Plant najzwyczajniej w świecie fałszował. Koncert wypadł tak źle, że artyści stawali na głowach, aby nie dopuścić do upublicznienia zarejestrowanego na filmie występu.
Dopiero 22 lata później Led Zeppelin w doskonałej formie, z Jasonem Bonhamem (synem nieżyjącego perkusisty) za bębnami, powrócili na scenę i udowodnili, że ostatnie słowa nie zostały przez nich jeszcze powiedziane...

#5. Muhammad Ali

Największym, ale i najbardziej szalonym momentem w karierze tego słynnego boksera był jego pojedynek z Joe Frazierem, który miał miejsce w Manili – stolicy Filipin. Przeciwnicy musieli wówczas okładać się pięściami w ogromnym upale i niewyobrażalnej duchocie. Walkę tę wygrał Ali, ponieważ okrutnie obity Joe miał tak bardzo opuchniętą twarz, że nic nie widział i jego trener zdecydował się zakończyć ten pojedynek. Trzy lata później, w 1978 roku, Ali wygrał też rewanżową walkę z Leonem Spinksem, który parę miesięcy wcześniej pokonał go i odebrał mu tytuł mistrza wagi ciężkiej.
Niedługo potem Ali oznajmił, że odchodzi na emeryturę. Ponad rok wytrzymał bez zakładania rękawic. Wrócił na ring w 1980 roku w wyjątkowo słabej formie. Był też bardzo osłabiony lekami na odchudzanie, które w tamtym czasie zażywał. Przez 10 rund usiłował pokonać Larry’ego Holmesa. Sylvester Stallone, który był wówczas na widowni, porównał oglądanie tej walki do uczestnictwa w sekcji zwłok człowieka, który ciągle jeszcze dycha.


Pojedynek ostatecznie zakończył sędzia. Wielu biografów twierdzi, że ta porażka legendarnego pięściarza mogła być związana z pierwszymi objawami choroby Parkinsona, którą zdiagnozowano u Aliego pięć lat później. Niektórzy uczeni sugerują, że jej przyczyną były wielokrotne uszkodzenia mózgu, których bokser miał się nabawić podczas swojej kariery. Obliczono, że Ali przyjął na siebie łączną ilość 20 tysięcy ciosów!
Po tej spektakularnej przegranej Muhammad jeszcze jeden, jedyny raz stanął na ringu. W 1981 roku został pokonany przez Trevora Berbicka.

#6. The Doors

Ponad trzy dekady od śmierci Jima Morrisona Robby Krieger i Ray Manzarek podjęli dość ryzykowną decyzję o reaktywacji The Doors. Do współpracy zaprosili oryginalnego perkusistę grupy – Johna Densmore’a. Ten jednak nie tylko odmówił współpracy z dawnymi kolegami, ale kategorycznie zabronił im używania nazwy kapeli. W tej sytuacji grupa została przechrzczona na The Doors of the 21st Century, a za bębnami usiadł znany z The Police Stewart Copeland. Tymczasem miejsce Jima Morrisona zajął Ian Astburry – wokalista zespołu The Cult.
Trudno oczywiście twierdzić, że przedsięwzięcie, za którym stali tak znakomici muzycy, okazało się artystyczną wtopą. Po prostu na powrót tej legendarnej grupy nikt właściwie nie czekał.


Zespół oczekiwał, że siłą napędową będzie tu Astburry – facet nie tylko fizycznie bardzo podobny do zmarłego wokalisty, ale i wyraźnie go naśladujący. Po zagraniu serii koncertów Manzarek zaczął coś przebąkiwać o pracy nad całkiem nowymi utworami, które to miałyby się znaleźć na pierwszym od paru dekad albumie grupy. Na tych planach się jednak skończyło i raczej nic już nie wskazuje, że doczekamy się wydania pełnoprawnego albumu The Doors. Ray Manzarek zmarł w 2013 roku, a razem z nim swój żywot zakończyła też legendarna kapela.

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8
6

Oglądany: 68268x | Komentarzy: 50 | Okejek: 152 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

24.02

23.02

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało