Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Ukraińcy kontra Polacy - ta historia nie była tak czarno-biała, jakby niektórzy chcieli

72 811  
514   375  
Poprzedni artykuł o żołnierzach UPA wzbudził pewne kontrowersje u niektórych użytkowników. Dziś zapraszam na zapowiadaną kontynuację opowieści o trudnych losach Ziemi Przemyskiej i nie tylko. Braku kontrowersji nie mogę zagwarantować. Ani tego, że tekst będzie krótki.

l_180140153c337681.jpg

Ta historia, jak to zwykle bywa, zaczęła się wiele wieków temu. Początki jak zwykle giną w mroku dziejów, ale "Powieść minionych lat", średniowieczna kronika ruska, donosi:

Roku 6489 [981]. Poszedł Włodzimierz ku Lachom i zajął grody ich: Przemyśl, Czerwień i inne grody, które do dziś dnia są pod Rusią.

Uważa się, że za "Lachów" należy tu uważać plemię Lędzian, którzy byli Słowianami Zachodnimi zamieszkującymi te tereny. Przemyśl w rękach Rusi znajdował się do 1018 roku. Wtedy to Bolesław Chrobry przyłączył te ziemie do swojego księstwa.

Roku 6526 [1018]. Przyszedł Bolesław ze Światopełkiem na Jarosława, z Lachami. Jarosław zaś zebrawszy Ruś i Waregów, i Słowien, poszedł przeciw Bolesławowi i Światopełkowi (...).Bolesław (...) uciekł z Kijowa, zabrawszy skarby i bojarów Jarosławowych, i siostry jego, a Anastazego z Dziesięcinnej cerkwi przystawił do skarbów, bowiem [ten] pochlebstwem pozyskał jego zaufanie. I ludzi mnóstwo uprowadził ze sobą, i Grody Czerwieńskie zajął dla siebie, i przyszedł do swego kraju.

Nie minęło wiele lat, a sytuacja znowu się zmieniła. Polska popadła w mały kryzys, a Ruś nie mogła przegapić takiej okazji:

Roku 6539 [1031]. Jarosław i Mścisław zebrali wojów mnogich, poszli na Lachów i zajęli Grody Czerwieńskie znowu, i spustoszyli ziemię lacką, i mnóstwo Lachów przywiedli, i rozdzielili ich. Jarosław osadził swoich nad Rosią, i są do dziś.

Zaledwie 40 lat później Bolesław Śmiały znowu przesunął granicę na wschód tylko po to, by po kilkunastu latach ta znów przesunęła się na korzyść Rusi. Tym razem na dłużej - Przemyśl i okoliczne tereny znajdowały się pod panowaniem ruskim (z drobnymi wyjątkami) do 1344 roku. Dopiero Kazimierz Wielki przyłączył te ziemie na stałe do swojego królestwa (co zwiększyło napływ osadników z Polski w te rejony). Jednak tych kilka wieków najpierw przepychanek a potem panowania ruskich książąt odcisnęło swój ślad, głównie w strefie religii - gdzie poddani byli w większości prawosławni i modlili się w cerkwiach, w odróżnieniu od mniejszości katolickiej modlącej się w kościołach.

18014103f7b2e18piatkowa.jpg
Nagrobek z cmentarza przy cerkwi w Piątkowej. Sama cerkiew, niedawno odnowiona, jest z 1732 roku.

Przez wiele wieków ta sytuacja nie dawała o sobie znać, a przynajmniej nie na tyle, by powodowało to jakieś wielkie problemy. Etniczni Polacy-katolicy żyli przemieszani z prawosławnymi lub grekokatolickimi ludźmi określanymi jako "gente Ruthenus - natione Polonus" - "z rodu Rusin, z narodowości Polak". I wszystko było fajnie, dopóki nie nadszedł wiek XIX ze swoimi pojęciami narodów i państw narodowych. Bo wówczas okazało się, że na tych terenach (ale nie tylko tych - Ziemia Przemyska to tylko drobny wycinek) żyją dwie grupy ludzi liczące po kilka milionów osób, które mieszkają tam od wieków, traktują te ziemie jako swoje ojczyste (do czego miały jednakowe prawo), wyznają dwa różne odłamy chrześcijaństwa (a co jak co, ale religia potrafi dzielić ludzi) i bardzo chciałyby, aby ziemie te były częścią ich własnego niezależnego państwa. A że ten sam teren nie może jednocześnie należeć do dwóch różnych niepodległych państw - to oczywiście musiała doprowadzić ta sytuacja do konfliktu interesów. A to oznaczało, że racja, jak to zwykle w historii bywa, będzie po stronie silniejszego.

W 1918 roku na scenie pojawiła się Zachodnioukraińska Republika Ludowa - której działania przyczyniły się do powstania legendy naszych Orląt Lwowskich. Walki nie trwały długo ponieważ w tym starciu to my okazaliśmy się silniejsi.

Ale konflikt ten nie musiał ograniczać się do spraw tak wielkich i ważnych jak tworzenie własnych państw czy zbrojnej walki o miasta. Czasem był lokalny, wydawać by się nam mogło, że trywialny. Na przykład w 1918 roku we wsi Pawłokoma postanowiono dokonać podziału ziemi należącej do folwarku niejakiego pana Skrzyńskiego. Mimo że w Pawłokomie mieszkało wówczas 865 osób narodowości ukraińskiej i 272 narodowości polskiej - praktycznie wszystko rozdzielono między Polaków. Ukraińcom dostały się ochłapy.

1801406a64ec320demo.png
Mapa mniejszości. Miejscami ta "mniejszość" była zdecydowaną większością.

Był też okres, kiedy wszystko można było ułożyć po przyjacielsku. W 1920 roku zawarto tajną umowę, zwaną "warszawską", wedle której Polacy i Ukraińcy mieli wspólnie, ramię w ramię, walczyć z Rosją o przesunięcie granic na wschód i utworzenie niepodległego państwa ukraińskiego. Zgodnie z koncepcją Piłsudskiego wytyczyliśmy wspólną granicę na rzece Zbrucz, ukraiński rząd zrzekł się roszczeń do ziem na zachód od niej, a oba narody miały istnieć w pokoju i przyjaźni. Idea piękna, ale kiedy ostatecznie podpisaliśmy rozejm kończący wojnę - zrobiliśmy to sami, towarzyszy broni mając głęboko w dupie. I choć jako tako wspieraliśmy po kryjomu wciąż walczących samotnie Ukraińców - w wojnie z Rosją skazani byli oni na porażkę. Walczyliśmy ramię w ramię do pewnego czasu, jednak gdy opadł kurz - ukraińskie marzenia zostały zdeptane, a ich naród został podzielony między Polskę i Rosję.

Życie w Polsce nie było dla Ukraińców łaskawe. Owszem - ci, którzy mieli nieszczęście zostać po drugiej stronie nowej granicy mieli, dzięki Stalinowi, nieporównywalnie gorzej. Ale u nas też nie można było mówić o pełnej równości. Ukrainiec w II RP był przeważnie obywatelem drugiej kategorii. Niektóre rządy i politycy wręcz otwarcie optowali za polonizacją Ukraińców. O, ironio. Zaledwie jedno lub dwa pokolenia wstecz płakaliśmy nad swoim losem, nad złą rusyfikacją i germanizacją podczas zaborów oraz wychwalaliśmy naszą dzielną walkę o zachowanie polskości - coś o "pluciu w twarz" przez Niemców i braku zgody na "germanizowanie dzieci" (spytać Marię Konopnicką). A po odzyskaniu niepodległości niektórzy nie widzieli niczego złego w polonizacji innych uznając "jaki to świetny pomysł!".

1801414f819364bszkola.png
Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów wzywa ukraińskie dzieci, by w szkołach uczyły się w języku ukraińskim.

Wszystkie ważniejsze urzędy zajmowali Polacy, nawet tam, gdzie Ukraińcy stanowili totalną większość. Liczba szkół ukraińskich malała. Władze II RP nie pozwalały na powstanie ukraińskiego uniwersytetu. Gdy OUN rozpoczęła akcje sabotażu i terroru w odpowiedzi na polonizację - polskie wojsko spacyfikowało wsie. Przez 10 tygodni, od 16 września do 30 listopada 1930 roku, ukraińskie wsie stawały się sceną aresztowań, pałowań, rewizji i tak zwanych "tulipanów" - kiedy to wieszano ukraińskie dziewczyny za nogi tak, aby spódnice opadały tworząc "tulipany". Jak można się domyślać - nie poprawiało to stosunku Ukraińców do Polaków. Materiały z polskiej akcji wyciekły też na zachód, gdzie przy okazji wywołały międzynarodowy skandal i oburzenie.

Na dodatek sprawa polskości tak zwanych Kresów tuż po odzyskaniu niepodległości wciąż się ważyła. W 1919 roku zachodnie mocarstwa rozważały zorganizowanie tam plebiscytu, który miałby zdecydować o przynależności państwowej. No i tak jak w miastach sytuacja wyglądała na korzyść Polski, tak na wsi prezentowało się to wyraźnie odmiennie - w 1931 roku spis wykazał, że w Galicji Wschodniej 2 847 844 osoby uznawały się za grekokatolików (w zdecydowanej większości to Ukraińcy), a zaledwie 1 350 978 za katolików (Polacy). Liczby stoją po ukraińskiej stronie. Dlatego promowano osadnictwo polskie na Kresach. Nadawano tam ziemie żołnierzom i inwalidom z centralnej Polski. Przesunięto nawet granice województw na zachód tak, aby lepiej prezentowały się "demograficznie". Tym sposobem Tarnobrzeg, leżący nad Wisłą, był w II RP w województwie "lwowskim".

l_180140852a37780lwowskie.jpg

Dlatego też konflikt dojrzewał od co najmniej kilkunastu - kilkudziesięciu lat. Potrzeba mu było tylko iskierki wywołującej pożar.

Przy czym ta "iskierka" przybrała bardziej formę pożogi aż po horyzont. II wojna światowa przyniosła to, co przynoszą wszystkie wojny od zarania dziejów. Państwa polskiego nie było. Okupant nie przejmował się zbyt specjalnie losem ani Polaków ani Ukraińców. Partyzanci i rozmaici bandyci gromadzili broń na różne sposoby. Starożytny rzymski polityk idealnie to opisał: "w czasie wojny milczą prawa".

Wszyscy wiemy co wydarzyło się na Wołyniu. Nie można mieszkać w Polsce i o tym nie słyszeć, a już obecna władza lubi nam o tym koniecznie przypominać. Tamta sytuacja jest jasna - wiadomo kto, w jaki sposób i w jakim celu mordował. Nie ma wątpliwości, że to była zbrodnia. Ale już dużo mniejsza jest świadomość tego, co działo się na Ziemi Przemyskiej tuż przed i tuż po przejściu frontu. A tutaj sytuacja wyglądała już inaczej.

Za taki wstęp niech posłuży tutaj krótka wzmianka o tym, że gdy tuż po wojnie moi dziadkowie wybierali się pracować na swoich polach nad rzeką San - na pobliskim wzgórzu rozstawiała się drużyna erkaemu która, na wszelki wypadek, kryła całą dolinę. A przecież front już przeszedł. Wojna teoretycznie się skończyła.

Już przed przybyciem frontu zdarzały się w tym rejonie okazjonalne morderstwa, ale nie były one masowe. Tutaj zastrzelono Polaka. W innej wsi z kolei zadźgano Ukraińca. Ale każde takie morderstwo pozostawia rodziny i znajomych ofiar w strachu i z żądzą zemsty. A rozzuchwaleni mordercy, jeśli pozostawieni są bezkarnie, zaczynają sięgać po więcej. Szczególnie gdy wierzą, że "walczą o wielką sprawę". 16 lutego 1945 roku Ryszard Kotwicki, pseudonim "Ślepy" (w czasie walk ponoć stracił oko), na czele około 150-200 ludzi zaatakował wsie Jawornik Ruski, Żohatyn i Piątkową (wszystkie trzy w pobliżu wspomnianej w poprzednim artykule Iskani). W samym Jaworniku zamordowano co najmniej 27 osób narodowości ukraińskiej.

Wojnę przeżyliśmy spokojnie. Nikt nie spodziewał się, że spotka nas coś takiego, co nas spotkało. Koło nas znajdowała się polska wieś Borownica. Nadeszła wiosna 1945 r. W Borownicy powstała polska milicja pod przewodem Jana Kotwickiego "Ślepego". Prawie każdego dnia z 20 osób z Borownicy napadało na okoliczne wsie ukraińskie. ["Ślepy"] w czasie napadu zamordował w Jaworniku Nestora Soroczaka, Stefana Metryka, Mychajła Metyka, trzech Haszyńskich, Sofiję Teleśnicką i innych. […] - wspomnienia Stefaniji Tchir, urodzonej w Żohatyniu.

W odwecie UPA zamordowała 17 osób. 27 lutego w Podbukowinie Polacy zamordowali 10 Ukraińców, a następnego dnia napadli na Ruską Wieś. W nocy z 28 lutego na 1 marca zamordowano kolejnych trzech Ukraińców. Za każdym razem Polacy mówili, że pozostali Ukraińcy mają trzy dni na wyniesienie się na Ukrainę. Mogli to zrobić, bo polscy komuniści dogadali się już w 1944 roku ze swoimi rosyjskimi towarzyszami w sprawie wysiedlenia ukraińskiej ludności z terenów polskich do ZSRR. Jednak jak do tego pomysłu odnosili się sami Ukraińcy z tych terenów i co myśleli o opuszczeniu domostw, w których mieszkali ich przodkowie od wielu pokoleń - można się domyślać. Z opcji przesiedlenia się skorzystał ułamek Ukraińców - i to nie wszyscy dobrowolnie. Nie tylko dlatego, że ludzie nie chcieli opuszczać swoich rodzinnych stron. Wielu bało się, że po stronie radzieckiej skończą w obozach.

Na początku marca we wsi Słonne zastrzelono 16 Ukraińców, a nad rzeką San kolejnych 11 z Jawornika Ruskiego. 7 Marca 17 Polaków zamordowało w Olszanach 16 Ukraińców. Ich ciała wrzucono do wody, ku rozbawieniu morderców określając to jako "święcenie wody", co prawdopodobnie było drwiną z prawosławnego obyczaju, w którym wycina się przerębel w lodzie i zanurza krzyż w wodzie.

W nocy 7 marca 1945 roku banda, złożona z osobników z Komary, Zalesia i Krasiczyna, napadła na wieś. Z domów wyprowadziła nad San 16 osób, aby potopić je tam pod lodem. Ludzie nie dali się zepchnąć do rzeki, dlatego mordercy pomordowali ich, rozbijając głowy kolbami karabinów. Bali się strzelać, aby nie zaalarmować żołnierzy UPA, którzy mogli znajdować się w pobliskich lasach. Następnego dnia na prawym brzegu Sanu znaleziono ciała pomordowanych (Sofija Kopystiańska jeszcze żyła i zdążyła opowiedzieć o dramacie, ale w drodze do szpitala zmarła). Wśród zamordowanych znaleźli się: Senyszyn Ołena - nauczycielka, Senyszyn Areta - jej córka, gimnazjalistka, Stefanija Kopystiańska - żona księdza, Tetijana Kopystiańska - córka księdza, Sofija Kopystiańska - córka księdza, Iwan Popowycz - rolnik, wójt, Wasyl Truchan - rolnik, działacz spółdzielczy, Iwan Truchan - rolnik, brat Wasyla, Petro Fenyk - rolnik, działacz społeczny i 7 innych osób, których nazwisk nie mogłem się dowiedzieć. Ciała ofiar pochowano w wspólnym grobie koło cerkwi w Olszanach - relacja świadka.

Na początku marca również Pawłokoma (ta od dzielenia folwarku) stała się miejscem zbrodni. Mężczyzn zastrzelono na cmentarzu. Kobietom i dzieciom kazano "uciekać za Zbrucz". Według imiennej listy ofiar sporządzonej po ataku - zamordowano tam ponad 300 osób narodowości ukraińskiej. 6 marca w Łubnem zamordowano od 23 do 80 Ukraińców, w zależności od źródła. 15 marca około stu Polaków napadło na wieś Ruszelczyce gdzie zamordowano 13 Ukraińców, w tym sześcioro dzieci. 27 marca w Skopowie zastrzelono około 60 Ukraińców.

W nocy na 28 III 1945 r. nieznana uzbrojona banda w różnego rodzaju broń palną około 300 ludzi wtargnęła do gromady Skopów, gmina Krzywcza, powiat Przemyśl, sterroryzowała ludność tam zamieszkałą bronią palną, po czym wymordowali (wystrzelali) z broni palnej około 60 osób narodowości ukraińskiej, których nazwisk nie zdołano ustalić, ponieważ reszta ocalonej ludności ukraińskiej wyjechała w popłochu z tejże gromady, przy trupach zaś nie znaleziono żadnych dokumentów. Oprócz tego sprawcy zabrali z tejże gromady znaczna ilość sztuk bydła na szkodę gospodarzy narodowości ukraińskiej, których również nie zdołano ustalić z powodu wyjazdu tych gospodarzy z gromady. Dochodzenie w tej sprawie prowadzi tutejszy Posterunek MO.
Komendant Posterunku MO
Gałuszka Leon, plut - meldunek MO z posterunku w Krzywczy do komendy powiatowej w Przemyślu.

l_1801413757103a4skopow.jpg

W całym marcu 1945 roku odnotowywano też liczne napady na grekokatolickich duchownych. Na początku kwietnia UPA powiesiło w Maćkowicach dwóch Polaków. W odwecie 11 kwietnia Polacy napadli na wieś i wymordowali 28 Ukraińców. Tego samego dnia dokonano jednoczesnego ataku na ukraińskie wsie Bachów i Berezkę. Polacy sprawdzali dokumenty mieszkańców, Ukraińców mordowali, a ich dobytek rozkradali. W Berezce zginąć miały 183 osoby, w Bachowie 95.

l_180140237aed878bachow.jpg
"Ukraińskim ofiarom z Bachowa wystarczy taka mogiła."

Sześcioro z tych ofiar to niemowlęta, a najmłodsza ofiara miała zaledwie sześć dni. W Sufczynie tego samego dnia zabito "jedynie" około piętnastu Ukraińców. 15 kwietnia w Woli Krzywieckiej - 27 Ukraińców. W Małkowicach - 116. Napadu dokonano tam w Wielką Niedzielę według kalendarza juliańskiego. Ukraińcom zgotowano "święto" chodząc od domu do domu i strzelając do nich. 18 kwietnia oddział narodowców zaatakował wieś Piskorowice. Zamordowano tam od 120 do 300 Ukraińców… A to wszystko wyłącznie z terenów wschodniego Podkarpacia, głównie okolic Przemyśla, i nie jest to liczba wszystkich zbrodni na ludności ukraińskiej - a jedynie drobniutki wycinek najsłynniejszych przypadków.

Owszem, Ukraińcy też nie próżnowali. Kilka razy atakowali Birczę. Zamordowali ponad 40 osób w bliskim memu sercu Baligrodzie. Zaatakowali nawet Dynów - największe miasteczko w okolicy. Dwie sotnie UPA spacyfikowały Wiązownicę mordując około 100 osób. 20 kwietnia 1945 roku oddział UPA wymordował z kolei około 60 polskich mieszkańców wsi Borownica. Co ciekawe - w Borownicy na niektórych trupach znajdowano kartki z napisem "macie to za Pawłokomę"…

Borownica na przedwojennej mapie:

l_180140307b91b53borownica_kiedys.jpg

l_1801405ec03a58eborownica_teraz.jpg

I stan obecny. To nie jedyna wieś, która praktycznie znikła. W tym rejonie takich "byłych wsi" jest dużo więcej, przeważnie były one ukraińskie.

Podobno na kościele, który stanowił ostatnią linię obrony, wciąż widać ślady kul, ale nie udało mi się ich znaleźć:

l_1801404a4acaaf5borownica_kosciol.jpg

l_1801407ab34a2b1DSC_0389.jpg

A pomnik, w końcu idzie o pomordowanych Polaków, jest okazały.

Ale mimo wszystko liczby są nieubłagane. W samym tylko okresie od lutego do kwietnia 1945 roku na terenach "Galicji Zachodniej" Polacy zamordowali około od 2 do 3 tysięcy ukraińskich cywilów. Ogólną liczbę ofiar w tym rejonie, przez cały okres walk, szacuje się na od 8 do 10 tysięcy Ukraińców. Zamordowanych Polaków było na tym terenie o kilka tysięcy mniej. Na Wołyniu płonęły polskie kościoły. Na Ziemi Przemyskiej - ukraińskie cerkwie. Smutna prawda, której w "polskich mediach patriotycznych" się raczej nie znajdzie, jest taka, że na ziemiach obecnie polskich to my urządziliśmy Ukraińcom "mały Wołyń".

W jednym ze śledztw, przeprowadzonym w 1976 roku, wyszło na jaw, że sam jeden oddział Romana Kisiela ps. "Sęp", dowódcy oddziału Batalionów Chłopskich (PSL-owski pomysł na "my też chcemy własną partyzantkę") z okolic wsi Nienadowa, odpowiedzialny był za 38 napadów w wyniku których zginęło 522 cywilów narodowości ukraińskiej, w tym kobiety i dzieci. I teraz nieprzyjemna myśl. W czasie wojny w tym oddziale moja babcia była sanitariuszką, a dziadek - strzelcem erkaemu. Czy służyli w nim również po wojnie? Czy brali w tym udział? Nie wiem, a nikt z żyjących już nie zna odpowiedzi na te pytania…

Stefan Dąmbski, żołnierz AK, z kolei opisywał:

Nasze operacje były zbliżone w swojej jakości do ukraińskich. Nie było w tych akcjach żadnej litości, żadnego pardonu. Nie mogłem też narzekać na swoich towarzyszy broni. Szczególnie "Twardy", który miał osobiste porachunki z Ukraińcami, przechodził sam siebie […] rzucał się na skamieniałych ze strachu Ukraińców i krajał ich na kawałki. Z niesłychaną wprawą rozpruwał im brzuchy lub podrzynał gardła […] Silny niesamowicie, często zamiast noża używał zwykłej ławy stołowej, którą gruchotał czaszki, jakby to były makówki.
Ktoś powie, że "to dobrze". "Należało się im". "Za Wołyń!". "Oni zaczęli".

Mi jednak wydaje się, że ci wszyscy pomordowani raczej nie mieli z Wołyniem nic wspólnego. Ich jedyną "winą" było to, że byli Ukraińcami. I ośmielili się od pokoleń mieszkać na tej ziemi między Polakami. Innymi słowy - Polacy jadący na Kresy, osiedlający się między Ukraińcami? Ok! Polonizacja ziem! Chwała Wielkiej Polsce! Ukraińcy mieszkający między nami od pokoleń, chcący zachować swoją odrębność kulturową i narodową? Wyrżnąć wszystkich lub wygnać na Ukrainę!

Ale jest w tym wszystkim i jakaś pozytywna nuta. Skala przelewanej krwi oraz wspólny, komunistyczny wróg sprawiły, że w obu obozach zaczęły pojawiać się myśli o rozejmie. W ten sposób, 29 kwietnia 1945 roku, kaptan Dragan Sotirović z AK (Serb z pochodzenia) i Iwan Krywućkij z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów spotkali się we wsi Siedliska i podpisali porozumienie o zawieszeniu broni między podziemiem polskim i ukraińskim, a także o wymianie danych wywiadowczych.

l_1801412bbdd5cb8ruda_rozaniecka.jpg
Spotkanie w Rudzie Różanieckiej niedługo później - tutaj z kolei współpracę nawiązano na Lubelszczyźnie.

Od tej pory na parę miesięcy na Ziemi Przemyskiej naprawdę nastał spokój. Doszło do tego, że UPA na kontrolowanych przez siebie terenach, aby nie być posądzaną o bezprawne mordy, likwidowała polskich konfidentów wyłącznie za zgodą polskiego podziemia. Polacy odwdzięczali się tym samym. W 1946 roku UPA i AK-WiN przeprowadzały nawet wspólne akcje bojowe. Pierwszą z nich był atak z 6 kwietnia na stację kolejową w Werbkowicach, skąd odchodziły transporty ukraińskich przymusowych wysiedleńców. Z kolei w nocy z 27 na 28 maja UPA i AK-WiN, ramię w ramię, zaatakowały Hrubieszów. UPA przy pomocy broni maszynowej i pocisków moździerzowych trzymała oddziały NKWD w ryzach, a polska grupa szturmowa wpadła na posterunek UB, uwolniła więźniów, zdemolowała budynki partyjne i wykonała wyrok śmierci na dwóch komunistycznych urzędnikach. Wysłany tam dzień później zwiad Wojska Polskiego mógł jedynie obejrzeć pobojowisko. Dowódcą tego zwiadu był pewien porucznik - niejaki Wojciech Jaruzelski.

l_18014117aa040c8porozumienie.jpg

Może więc niektórych to zdziwi, ale tak - UPA i WiN potrafiły działać razem, po podpisaniu porozumienia obie formacje handlowały ze sobą (polskie podziemie kupiło wtedy od Ukraińców sporo materiałów za kwotę ówczesnych 2,5 mln złotych), a nawet walczyły ramię w ramię przeciwko wspólnemu wrogowi. I to by było na tyle jeśli idzie o "UPA - wrogiem była zawsze i wszędzie". Narodowcom mogą się w tym momencie przepalić zwoje, ale świat nie jest czarno-biały, jak tego chcą źródła propagandowe czy to pro-ukraińskie, czy "wyklęto-polsko-patriotyczne".

Oczywiście nie wszystkim taka współpraca była na rękę. Największy ból dupy odczuwali… narodowcy, no bo kto inny. Na wieść o tej współpracy dowódcy oddziałów NSZ postanowili dokonać prowokacji, której celem miało być rozbicie porozumienia polsko-ukraińskiego. 6 czerwca oddział pod dowództwem majora Mieczysława Pazderskiego ps. "Szary" wtargnął do wsi Wierzchowiny. Sam dowódca donosił:

W drodze postanowiono zlikwidować kilka ukraińskich wsi. Pierwszą i najbliższą miała być wieś Wierzchowiny. Wierzchowiny otoczono ze wszystkich stron i wycięto 194 osoby narodowości ukraińskiej. Kilkunastu zdołało uciec."
Uczestnik z kolei wspomina:

Przeważnie strzelano bez wyboru, od najmniejszych dzieci do starców - taki był rozkaz ‘Szarego’.
l_1801418715845f8wierzchowiny.jpg

Jak widać dziwne priorytety to u narodowców niemalże tradycja. A i dziś pewnie znalazłoby się wielu, którzy by się z Pazderskim zgodzili. Czasem jednak tacy zapiekli "patryjoci" potrafią zaliczyć wpadkę jak TVP Prawie Historia:

l_18014151a6d196ftvp.jpg
("Hmm… Trupy. Dużo trupów. Tuż po wojnie. Hmm… Więc musi to być zbrodnia UPA, no bo kogo innego?")

Zdjęcie przedstawia zbrodnię NSZ w Wierzchowinach, co potwierdza biuletyn IPN:

l_18014178ee430cfwierzchowiny_ipn.jpg

Ale manipulacja leci oczywiście dalej:

l_18014163afcc8c7tvp2.jpg

I to by było na tyle jeśli idzie o wiedzę "książkową". To, co opisane jest powyżej - znajduje się w literaturze naukowej. Ale znam jeszcze parę historii o bandytach, o których w książkach może niczego nie być.

Kilka kilometrów od Nienadowej znajduje się wieś Bachórzec. Tuż przy drodze Przemyśl - Dynów, idącej wzdłuż Sanu ze wschodu na zachód, znajduje się tam wzgórze "Parasol". Ponoć jakiś czas temu właściciel ziemski usypał dookoła niego wał i nasadził drzewa tak, aby stworzyć sobie "parasol". Kto bogatemu zabroni?

l_18014091e47acdaparasol.jpg

Miejsce to tuż po wojnie owiane było złą sławą. Pod "parasolem" czekali bandyci rabujący podróżnych. Bywało, że mordowano tutaj osoby wracające z robót przymusowych w Niemczech albo z obozów koncentracyjnych. Bandyci nie znali litości. Raz jeden z takich byłych więźniów wracał tamtędy do domu. Szczęśliwie uniknął napadu pod "parasolem", ale zatrzymał się we wsi Nienadowa w niewłaściwym domu - Staszka B. zwanego "Czarnym" (nazwisk raczej nie podam, we wsi wciąż mieszkają ich rodziny, a to nie są historie z książek, ale z opowieści miejscowych, więc nie chcę tych nazwisk upubliczniać na cały kraj. Dzisiejsi ludzie o tym nazwisku nie mają związku z tym, co działo się tyle lat temu). Nie wiedzieć czemu ówcześni wieśniacy dość często uważali, że jak ktoś wraca z obozu albo z prac przymusowych - to niesie ze sobą ukryte i zrabowane kosztowności. Domownicy zabrali się za przesłuchiwanie swojego gościa. Ten oczywiście wypierał się, ale nic to nie dało ("na pewno ma złoto, więc to jasne, że się wypiera"). W ruch poszły pięści. Posypały się groźby. Gdy bandyci zorientowali się, że facet faktycznie niczego nie ma - zaczęli się bać, że pójdzie na milicję, wygada całą sprawę i będą z tego nieprzyjemności. Wyprowadzili biedaka do lasu i tam go zakatowali. Ten człowiek przeżył obóz koncentracyjny, przeżył całą drogę z niego do rodzinnych stron, a zakatowany został w Nienadowej. Jego rodzinny dom był w Kramarzówce, zaledwie parę kilometrów dalej, po drugiej stronie lasu.

Innym razem polscy mieszkańcy Nienadowej zebrali się i ruszyli na Iskań. W pobliżu mostu na Sanie znajdowały się cztery gospodarstwa Ukraińców. Wszystkich wymordowano, a domy splądrowano.

Przez całą wojnę i tuż po niej działał też w Nienadowej inny Polak - Antoni B. Organizował bandy, które wyprawiały się po kilkadziesiąt kilometrów na północ, nawet pod Jarosław. Tam plądrowano ukraińskie domostwa. Niektórzy pamiętają jak, po powrocie z takich wypraw, w jego domu organizowano wtedy imprezy i jakie uczty wyprawiano cudzym kosztem. Nie wszyscy tacy ludzie zapłacili za swoje zbrodnie. Ale akurat Antoniego sprawiedliwość dosięgła, choć symboliczna i dopiero po latach.

Antek był zwykłym bandytą, lubił zagarniać cudze dobra. Raz wracał z Przemyśla do domu razem z żoną. Zatrzymali się w Ruszelczycach leżących po drodze - i wtedy wpadł mu do głowy pewien pomysł.

Żono moja, serce moje - idź do tego gospodarstwa, powiedz, że chciałabyś poprosić o wodę i rozejrzyj się, czy mają tam coś, co warto byłoby ukraść.

Okazało się, że mają. Antoni po chwili wpadł do środka z bronią w ręku, sterroryzował domowników, a łupem padło między innymi piękne damskie futro. Milicja nie dopadła wtedy sprawców. Wiele lat później Antoni podupadł na zdrowiu, podobno stracił wzrok, a jego ostatnie dni w szpitalu można uznać za potworną męczarnię. I wtedy stało się coś, czego nikt by się nie spodziewał. Gdy żona Antoniego któregoś dnia przyszła go odwiedzić - pewna kobieta leżąca obok zerwała się jak oparzona.

To moje futro! Poznaję je! Ty złodziejko, ukradliście je tamtej nocy - wszystko pamiętam i poznaję was!

Sprawa trafiła na milicję a potem do sądu. Winnych dawnych przestępstw ukarano.

Na koniec parę tematów do refleksji. Historia jest tylko jedna. Wydarzyła się i tyle. Jeśli coś miało miejsce (jak wielokrotne ataki polskich bandytów i oddziałów partyzanckich na ukraińskie wsie, w wyniku których mordowano na raz od kilkunastu do ponad stu niewinnych osób) - to po prostu miało miejsce, bez względu na to, czy nam się to wydarzenie podoba czy nie, czy się z nim zgadzamy, czy nie. Moim zdaniem o historii powinno się mówić bezstronnie. Nie mieć oporu przez przyznawaniem, że bardzo wielu Ukraińców zginęło z rąk Polaków. Że na terenie obecnej Polski tych Ukraińców mordowano tysiącami. Że w pewnych rejonach to Polacy wymordowali dużo więcej Ukraińców niż Ukraińcy - Polaków. To się po prostu wydarzyło. Przymykanie na to oczu "bo jestem Polakiem" nie jest patriotyzmem, nie jest bronieniem honoru, nie jest oddawaniem czci poległym. Jest zakłamywaniem historii. Zanim ktoś się przyczepi "a dlaczego o Ukraińcach i ich zbrodniach tak nie opowiadasz, banderowcu!?" - nie to jest celem tego artykułu. Historia tego konfliktu jest tak wielka, że książki na ich temat są grube jak cegła. I tak narzekacie, że moje teksty są zbyt długie. Jakbym miał opisać każdy aspekt - nikt by nie dotrwał do końca, a i mnie by to zadanie przerosło.

Ten artykuł ma na celu pokazanie, że świat nie jest czarno-biały, że Polacy nie byli wyłącznie biednymi ofiarami Ukraińców, ale że często sami byli katami. A Ukraińcy nie zawsze byli żądnymi polskiej krwi mordercami - ale bardzo często także bezbronnymi, niewinnymi ofiarami polskiego nacjonalizmu. Poza tym Wołyń powtarzany jest wszędzie. A "mały Wołyń" Ukraińców - już nie. Dziwnym trafem te strony, które dotykały tematu tego konfliktu w sposób "prawicowo-patriotyczny" - nie wspominały zbyt specjalnie o tym, co z Ukraińcami wyrabiali Polacy. Ciekawe dlaczego. I stąd się może bierze to właśnie czarno-białe podejście niektórych osób.

Widać je też w podejściu do żołnierzy UPA. Tak - żołnierzy. Nie "bandytów". Gdyby drugą wojnę światową wygrali Niemcy - to całe nasze podziemie byłoby "polskimi bandytami". Czy to automatycznie robi z AK bandytów? Możemy się nie zgadzać z ukraińskimi celami - nie ma problemu. W końcu były sprzeczne ze sprawą polską. Ale nie widzę powodu, aby wszystkich bez wyjątku żołnierzy UPA wrzucać do jednego worka i odmawiać im tego, że po prostu walczyli o swoje. Tak samo jak my walczyliśmy o swoje w powstaniu warszawskim, śląskim czy wielkopolskim. Niemcom na pewno się to nie podobało. Ale to nie robiło z nas z automatu bandytów. Tak samo jak nie każdy Niemiec z Wehrmachtu był zbrodniarzem wojennym. To ciekawe, że niektórzy patrząc na Wehrmacht cmokają z zachwytu - "ale maszerują! Piękne mundury! A jak walczyli!" Jakieś pochwały potrafią znaleźć. A gdy przyjdzie do UPA - "bandyci! Wszyscy bez wyjątku!"

Część upowców zdecydowanie była. Barbarzyńskimi zwyrodnialcami i zbrodniarzami. A część jedynie walczyła o swoją ojczyznę, której powstania pragnęli, albo po prostu w obronie swojej wsi przed napadami polskich bandytów.

Dlatego jest pewna dobra zasada - nie musisz się zgadzać. Ale przynajmniej spróbuj zrozumieć i nie podchodź do tematu jak fanatyczny nacjonalista. Nie będzie to proste i wygodne, ale może pomóc w zrozumieniu zagadnienia. Nie neguję cierpienia zadawanego Polakom przez Ukraińców. I dlatego też nie mogę negować cierpienia zadawanego Ukraińcom przez Polaków.

Poprzedni artykuł nie miał na celu wybielać ani gloryfikować UPA. Z książki ukraińskiego autora wyciąłem te fragmenty, w których usprawiedliwiał ataki na polskie wsie. Chodziło wyłącznie o to, żeby zaprezentować cierpienie człowieka, który latami żył w strachu, wierny swojej przysiędze. A "plot-twist", w którym bohater okazał się żołnierzem UPA, miał więcej powiedzieć o nas samych niż o bohaterze opowieści. Czy jestem na tyle obiektywny, by przyznać, że i żołnierze UPA przeszli swoje piekło? Czy może nagle zmienię swoją postawę wobec bohatera tylko dlatego, że był "ukraińskim bandytą" a nie "polskim bohaterem wyklętym"?

Odpowiedzi na te pytania każdy już poznał.
81

Oglądany: 72811x | Komentarzy: 375 | Okejek: 514 osób