Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Młody ratownik medyczny w karetce VIII

37 595  
322   20  
Jakoś dawno nic nie napisałem. U mnie różnie. W ostatnim czasie kierownictwo naszej filii pozbawia nas resztek szczęścia z tej pracy, wykonując jakieś dziwne ruchy. Ale dalej jesteśmy tutaj dla ludzi, a nie dla kierownictwa, więc dalej robimy swoje.

Zaczynam się rozglądać za przejściem na SOR, aby zyskać więcej doświadczenia. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Zacząłem też akcję Medyczne Rewolucje. Obalam tam różne mity, pokazuję złe zachowania, które uwieczniam na zdjęciach, jak również prowadzę medyczne quizy. Chyba każdy znajdzie coś dla siebie. Gdzie to wszystko? Na moim Instagramie.

Zapraszam do tekstu właściwego.

Wypadek 23 grudnia

Zbliża się powoli czas świąt. Chciałbym wam opowiedzieć o jednym z moich "najgorszych" przypadków.
W zeszłym roku miałem dyżur właśnie tego dnia. Przeogromna mgła na moim terenie. Dostaliśmy wezwanie w kodzie pierwszym "wypadek komunikacyjny".
Z opisu wynikało zderzenie samochodu osobowego z SAMOCHODAMI ciężarowymi. 5 osób poszkodowanych.

Wypadek miał miejsce dość daleko od nas, ale w końcu dojechaliśmy. Na miejscu widzimy kolizję na skrzyżowaniu. No ale tam dwie osobówki i raczej stłuczka. Zero służb prócz ruchu drogowego, który poinformował nas, że mamy jechać dalej.
Jakieś 500 m dalej najechaliśmy na nasze zdarzenie. Samochód osobowy wciśnięty między dwie ciężarówki.
Do wypadu doszło z powodu korka. Widoczność zerowa. Samochód osobowy stanął za ciężarówką. W środku 4 młodych chłopaków, którzy jechali do pracy i tego dnia wieczorem mieli wracać na drugi koniec Polski do rodzin na święta. W czasie gdy stali za tą ciężarówką, z mgły z tyłu wyjechał kolejny pojazd. Kolejna ciężarówka. Samochód został wciśnięty między obie ciężarówki. Kierowca przytomnie w czasie stawania skręcił koła do oporu w lewo. To uratowało dwóm chłopakom życie. Dwóch, co siedziało z prawej strony, zmarło na miejscu. Jako że byliśmy na miejscu zdarzenia jako ostatni zespół, mieliśmy najmniej poszkodowanego pacjenta. Kierowca wyszedł z auta o własnych siłach. Z obrażeń w sumie nic, bolała go klatka od pasów. Ale był jeden problem. Podczas badania urazowego zbierałem z niego resztki mózgu jego kolegi. Jego głowa dosłownie wybuchła po całym samochodzie. Rozmawialiśmy w karetce. Jeden z nich miał 23 lata, żonę od pół roku, 2-letniego syna i córkę, która ma się urodzić za dwa miesiące. O życie drugiego walczył cały zespół ludzi od ZRM po lekarzy na bloku. Zmarł na stole operacyjnym.
Wraca to do mnie za każdym razem, gdy wybieram się do rodziny, gdy jadę na święta lub ich odwiedzić. Pokazuje, że musimy cieszyć się każdym dniem. Bo nigdy nie wiemy co się stanie.

Co mnie rusza

Ostatnio rozmawiałem z jednym z Was, ponieważ dużo osób do mnie pisze prywatne wiadomości. Bojownik ten spytał, co mnie najbardziej rusza w tej pracy. "Pewnie dzieci", napisał.

Nie wiem w sumie, jeszcze nie miałem ciężkiego stanu u dziecka. Takiego fest ciężkiego. I oby tak było do końca.

Ale częściej jeździ się do nowotworów. To mnie rusza. Strasznie...
Pisałem już kiedyś o 40-letniej kobiecie, która była już w stanie agonalnym. Siedziała przy niej cała rodzina. Czekali tylko na śmierć.
Straszna to wizja, że każdego może spotkać choroba, której często nie da się wyleczyć. Jeździmy do takich przypadków często, a będziemy coraz częściej. Na ostatnim dyżurze miałem zarówno rano i na wieczór wezwanie do nowotworu.

W pierwszym przypadku pacjentka nie do końca wie co jej jest. Znaczy wie, że jest chora na nowotwór i już raczej czeka na śmierć, ponieważ odmówiła kolejnej chemii. Ale ostatnio coraz więcej rzeczy ją boli. A dlaczego boli? Rodzina ukrywa przed nią, że przerzuty już poszły na praktycznie każdy narząd. Od kości po węzły chłonne. Byliśmy podać mocniejsze leki przeciwbólowe. Zaleciliśmy kontakt z lekarzem i zmianę leków na mocniejsze, ponieważ nasze leki pomogły pani. Co mnie ruszyło? Przy wejściu do mieszkania od razu zatrzymała nas siostra, żeby nie mówić pacjentce o tym, co jej dokładnie jest. Bo ona załamała by się psychicznie. No i co mamy zrobić? Pacjentka wie, że jest chora na raka, ale nie do końca chce wiedzieć, że umiera. Pewnie wie, ale nie dopuszcza do siebie tej myśli. Warto w takim przypadku konsultować się z psychiatrą lub psychologiem.

A wieczorem pan, który zasłabł w pociągu, wracając z centrum onkologicznego. On dopiero zaczyna swoją walkę z rakiem. Był na pierwszej kontroli, nie jadł nic tego dnia i właśnie z tego powodu zasłabł. Oby wygrał tę walkę.

Ale wracając do tych dzieci, których temat został poruszony w wiadomości. Był na stacji, w której jeżdżę, przypadek morderstwa dwójki dzieci i ich matki przez ojca. Gdy się o tym dowiedzieliśmy, pracowałem na innej stacji. Każdy z nas był w szoku. Wiedzieliśmy co czują chłopaki znajdując te zamordowane dzieciaki. Może coś o tym kiedyś napiszę. Wiecie co jest najgorsze? Wezwanie miało miejsce około godziny 12:00. A dyżur mieli do 19... Jeździli dalej do ludzi. Zero jakiegokolwiek wsparcia prócz kolegów, którzy wtedy pojawili się na stacji, żeby z nimi pogadać. Z tego co wiem jechali po godzinie od zakończenia zlecenia do bólu brzucha u mężczyzny lat 35...

Tak, na pewno rusza mnie krzywda dzieci. I nie chcę, by takie coś przytrafiło się nikomu z nas ratowników. Ale nowotwory nadal będą bardzo mnie ruszać, ta ludzka bezradność, gdy ludzie nie są w stanie nic zrobić i czekają na miejsce w hospicjum...

Częstoskurcz

Ale może teraz w końcu opiszę coś ratowniczego. Wezwanie w kodzie drugim. "Złe samopoczucie, utrudniony kontakt". Wchodzimy do bloku, na klatce widoczne wymioty. Wchodzimy do mieszkania, leży jegomość lat około 40. Mówi, że źle się czuje, wrócił ze szpitala i zwymiotował na schodach. A w mieszkaniu stracił przytomność. Potwierdza to obecna na miejscu żona pacjenta.

Zaczynam badać. Tętno nie jest odczuwalne na tętnicy obwodowej (czyli promieniowej obok nadgarstka), tylko na tętnicy centralnej zlokalizowanej w okolicy szyi. Myślę: Oho, dzieje się, ale co? Odsłaniam klatkę piersiową, a brzuch i okolice podżebrowe pacjenta poruszają się bardzo szybko, co może świadczyć o tym, że serce bije za szybko. Podłączam EKG, a tam piękny wynik 206 uderzeń/min. EKG wskazuje nam na częstoskurcz z szerokimi QRS. W skrócie: serce bije tak szybko, że nie nadąża się dobrze napompować. Tak naprawdę w dużym skrócie: Przez co pacjent się "scentralizował", to znaczy krew krąży tylko wokół najważniejszych narządów, czytaj: nie idzie w kończyny. Nasz organizm ma taką funkcję, że jak się dzieje bieda, to sam sobie stara ograniczyć krążenie krwi, aby utrzymać ją w najważniejszych narządach.


Kolega robi EKG, wysyła teletransmisję na najbliższy oddział kardiologiczny (~110 km - uroki pracy na dalekich filiach). Kardiolodzy go chcą. W tym momencie ja już szykuję leki, żeby wprowadzić pana w stan analgosedacji (czyli pan dostaje leki, idzie spać i go nie boli, w tym wypadku - dla dociekliwych - Fentanyl 100 mcg i 5/10 mg Midanium). Naklejamy elektrody, ponieważ będziemy musieli pana umiarowić prądem. To znaczy przeprowadzić procedurę kardiowersji, aby panu "zresetować serce". Tłumaczę panu, co będziemy robić, a on mi odpowiada, że zapali papierosa i mu przejdzie. No tak, przejdzie, jak pan się w końcu zatrzyma. W momencie kiedy kolega kombinuje cały sprzęt, ja dzwonię do dyspozytora i chcę załatwić transport Hemsem, żeby było szybciej, bo nie wiadomo, czy się nam umiarowi. Pada informacja, że Hems zajęty, trzeba radzić sobie samemu.
Przyjedzie pomoc strażaków, żeby nam pomóc go ściągnąć z 4 piętra.
OK, wszystko wiadomo.

Jeżdżę z kierowcą, który bardzo dużo mnie nauczył na praktykach i mówi wprost:

Młody, weź ogarnij tę kardiowersję, bo ja nie do końca pamiętam, jak się to robi, dawno tego nie robiłem.

Odpowiadam, że bez żadnego problemu. Jesteśmy zespołem, działamy razem. Rozmawiamy i wymieniamy się doświadczeniem i pomysłami. Taki zespół dla mnie to skarb, kolega ma ogromną wiedzę i pomagał mi wiele razy, dlatego też gdy ja mogę pomóc jemu, to jestem z tego dumny. Działamy razem w zespole dla jednego celu - pomocy pacjentowi. Jest tyle rzeczy, które musi potrafić ratownik medyczny, że jest to niepojęte, by wszystko ogarnąć, ponieważ musimy posiadać wiedzę w każdej płaszczyźnie medycyny. W jednej większą, w jednej mniejszą. Ale w każdej. Dlatego to tak piękny zawód, gdyż ciągle musimy się uczyć i doszkalać, aby zawsze stanąć na wysokości zadania i powiedzieć sobie potem "Zrobiłem wszystko co mogłem".
Więc działamy.
Pan idzie spać, my ładujemy defibrylator energią. Cyk - pan dostaje wyładowanie. I pyk - pan się umiarowił. Mamy rytm zatokowy o prędkości około 100/min, czyli wyleczyliśmy pana z jego dolegliwości. Pan oczywiście dalej jest w analgosedacji, bo tak będzie dla nas i niego bezpieczniej.
Kontakt z kardiologią - oni już go nie chcą, bo go uleczyliśmy, zapraszają nas na najbliższą izbę przyjęć. Około 30 km drogi. Strażacy pomagają nam znieść pacjenta i jedziemy bez problemu do szpitala.

Takie akcje budują ducha tej pracy od nowa. Morale skacze nam pod sufit. Możesz miesiąc jeździć do "szarczkorzygaczki od tygodnia", a trafia się taki wyjazd i nadaje sens twojej pracy na nowo.

Wniosek do sądu

Ostatnio na swoim profilu wrzuciłem info o wniosku do sądu. Wiele ludzi pytało o co chodzi, więc już wyjaśniam.

Wyjazd koło godziny 18, gdzie o 19 się zmieniamy.
"Rana głowy, pobita". Przyjeżdżamy do patologicznej dzielnicy. Pani otwiera nam drzwi.
Drineczek w dłoni, papierosik w ustach. Wita nas przemiło i chce jechać na SOR, bo jak twierdzi jedynka (ząb) naszedł jej na dwójkę, bo dostała z "bańki".
Oceniamy stan pacjentki, która kategorycznie nie chce, żeby ją dotykać. Chce jechać na SOR, tam dostanie kwit z badania.
Pytamy dlaczego wzywa pogotowie, gdy może jechać sama, ponieważ nie oczekuje pomocy medycznej, tylko transportu.

Jesteście od tego jak dupa od srania - odpowiada.

Czyli już wiemy, na jakie tory zmierza ta rozmowa. Informujemy panią, że wzywamy patrol policji w celu ukarania jej mandatem 500 zł za wprowadzanie służb w błąd i nieuzasadnione wezwanie pogotowia.

Pani odpowiada:

A wzywajcie sobie MILICJĘ, oni tutaj już byli 30 minut temu, nic mi nie zrobią.

Informuje panią, że milicji to już dawno nie ma i przyjedzie do niej patrol policji. Usilnie dalej mówi MILICJA, bo tak będzie mówić.
W pewnym momencie zaczęła kierować rozmowę na temat pana, który siedział obok i owszem, miał "krwiaki okularowe", czytaj bomby pod oczami. Mówi, że jak nie chcemy jej pomóc, i jemu też nie pomagamy, bo on jest podpity. Niestety dla kobiety, pana spytaliśmy na początku, czy coś chce, odmówił pomocy, a pani ciągle twierdziła, że wezwała do siebie. Więc jej linia obrony legła w gruzach. Kolega nie pomógł, bo był za bardzo wypity i zasnął.

Wzywamy przez dyspozytora patrol. W międzyczasie pani w kółko nas oskarża, że nie chcemy jej pomóc, bo jej jedynka na dwójkę naszła i sztywnieje jej żuchwa (ciągle mówi do nas wyraźnie, brak jakiejkolwiek asymetrii twarzy).
W pewnym momencie, gdy nasze argumenty za bardzo zaczęły trafiać w jej ego, wyprosiła nas z domu, robiąc nam oczywiście tysiąc zdjęć i nagrywając.
W międzyczasie dowiaduję się od dyspozytora, że wzywała pogotowie trzy razy.
Raz do "ból zęba".
Dwa do "ból głowy".
Trzeci raz do "rana głowy krwawi" i wtedy karetka została wysłana.

Przyjeżdża patrol policji, kojarzą lokum pani. Krótka rozmowa, przedstawienie sytuacji i informacji od dyżurnego, że był tam patrol policji. Potem kontakt z chłopakami z patrolu. Mówią, że byli, że pani jest pijana i zalecili jej zgłoszenie się jutro na komisariat w sprawie złożenia zawiadomienia o pobiciu (gdy wytrzeźwieje). Tutaj kłaniam się nisko przed patrolem policji, że mimo tego, jak mają zepsuty system pod względem zdarzeń medycznych (czytaj: wzywaj pogotowie do wszystkiego, bo cię zjedzą ludzie i góra), nie wezwali nas, gdyż widzieli, że nic się jej nie stało. A jedynka zachodząca na dwójkę nie jest wskazaniem do pomocy medycznej. Pada decyzja na wystosowanie wniosku do sądu (kara, o ile się nie mylę, 5000 zł albo i nawet prace społeczne, a nie 500 zł mandat).

Wchodzimy na górę, pani próbuje się bronić etc. I już mówi per "policja", na moje pytanie czemu już nie mówi milicja, skoro się upierała, że tak będzie mówić, nie odpowiada...
Dalej leci "panie władzo", "panie policjancie" etc.
No niestety dla niej chłopacy są nieugięci i trzymają naszą stronę. I wypisują pani wniosek do sądu.
Po powrocie do bazy dokładnie opisujemy zdarzenie na "notatce służbowej" i około 20:30 zbieramy się do domu.

Jakiś czas temu powiedziałem STOP na każdy atak słowny czy siłowy w stosunku do ratowników, czy po prostu robienie sobie z nas jaj. Najczęściej kończyło się nie na "nie rób nic, i tak nic nie zmienisz", co słyszałem od starszych kolegów. Teraz wzywamy patrol i bawimy się w kwity.

Jak już osoby z Instagrama wiedzą, podczas pisania artykułu dostałem wezwanie o treści
"Dostała cios w głowę odpaloną piłą, rana czoła, traci przytomność".
Dawno tak szybko nie leciałem karetką.
Podjeżdżamy pod adres, jest machacz, świetnie!
Wjeżdżając widzimy, że pacjentka siedzi z opatrunkiem na głowie i się na nas patrzy. Emocje opadły.
Opatrunek nawet krwi nie złapał, rana szarpana może z 5 cm x 3 cm, bez krwawienia.
Pani cięła drzewo z zięciem, ona sięgała drzewo, on się odwrócił tam, gdzie nie powinno jej być i przyjęła piłę elektryczną na czoło. Dobrze, że była na wolnych obrotach. Tak że miało być ratowniczo, ale na "szczęście" pacjentki było jak zawsze.

*****

Dziękuję wam za uwagę! Dziękuję wam za pomoc.
Zapraszam was na swój profil na Instagramie: Młody Ratownik Instagram, gdzie jestem trochę bardziej aktywny niż tutaj. Po pojawieniu się artykułu pojawi się tam również Q&A do artykułu, jak i również do wszelkich pytań.
3

Oglądany: 37595x | Komentarzy: 20 | Okejek: 322 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało