Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Rasista i bokser, czyli rzeczy, których nie wiesz o Milesie Davisie

23 791  
112   11  
„Tragiczny geniusz jazzu” – tak o Milesie Davisie napisano w jednym z licznych artykułów podsumowujących jego życie. Trzydzieści dwie nominacje do nagrody Grammy i osiem wygranych statuetek, genialne płyty, wieloletnie uzależnienie od narkotyków i dość radykalne poglądy w kwestii rasowej – to tylko kilka z wielu aspektów biografii tej trudnej, ale niezwykle złożonej postaci.

Historia przyszłej legendy muzyki rozpoczęła się 26 maja 1926 roku. Urodzony w pobliżu St. Louis Miles Dewey Davis III wychowywał się w całkowicie normalnej, bogatej rodzinie. Jego matka była skrzypaczką (marzącą, by junior poszedł w jej ślady i chwycił również za ten instrument) i nauczycielką muzyki, a ojciec pracował jako dentysta. O statusie państwa Davisów świadczyła też imponująca, dwustuakrowa posiadłość. Jak przystało na grzecznego synka z dobrego domu, przyszły genialny jazzowy skandalista uczył się nieźle, a czas wolny spędzał na świeżym powietrzu, korzystając z dobrodziejstw natury w Illinois.


Jaki może być najlepszy prezent dla dziewięciolatka? Pewnie niewiele osób wybrałoby odpowiedź „trąbka”. Tymczasem niejaki John Eubanks, kumpel ojca Milesa, postanowił obdarować dzieciaka właśnie tym instrumentem. Jak się okazało, był to strzał w dziesiątkę. Poważną przygodę z graniem Davis rozpoczął w wieku trzynastu lat – pierwszym nauczycielem był Elwood Buchanan, korzystający ze stomatologicznych usług taty muzyk. Miles nawet po wielu latach podkreślał, jak duży wpływ na jego rozwój miał ten jazzman, nierzadko sięgający po dosłowne metody edukacji. Gdy aspirujący trębacz przesadzał z vibratem, Buchanan uderzał go w knykcie, jednocześnie podkreślając półżartem: „Wystarczająco będziesz się trząsł na starość!”. Nauka nie poszła w las, bo nawet w dorosłym życiu Davis często opierał się na wyuczonym w młodości czystym tonie. W tym czasie papa Miles podarował ambitnemu synowi nową trąbkę, a ten niedługo później zaczął grać w zespołach z okolicy i dodatkowo szkolić się pod okiem głównego trębacza St. Louis Symphony Orchestra.


W szkole średniej Miles grał w orkiestrze marszowej, a swój talent prezentował w muzycznych przeglądach. Długi czas później konkursowe porażki wspominał jako konsekwencję rasizmu – zresztą kwestia koloru skóry została wielokrotnie podnoszona przez autora „Kind Of Blue”. Miles, mimo niepowodzeń, chciał być coraz lepszy – wkuwał teorię, a umiejętności artystyczne i organizacyjne szlifował w orkiestrze Rhumboogie, gdzie pełnił również obowiązki dyrektora muzycznego. W tym czasie Davis zaangażował się też w pierwszy poważny związek z Irene Birth – ich pierworodna córka, Cheryl, przyszła na świat w 1944 roku.

Osiemnastoletni Miles, zachęcany przez ojca, wyjechał do Nowego Jorku, aby skupić się na zdobywaniu muzycznego wykształcenia. Dość szybko porzucił jednak edukację – po trzech semestrach zrezygnował z prestiżowej nowojorskiej Juilliard School i dołączył do zespołu innego jazzowego świra, zaledwie o sześć lat starszego Charliego Parkera. Jeszcze w St. Louis Davis miał okazję zagrać u boku „Birda” (a także w towarzystwie takich sław jak Dizzy Gillespie czy Art Blakey), co tylko upewniło go w wyborze życiowej drogi. W jego opinii szkoła nie dawała mu takiego kopa jak jam sessions, a w dużej mierze odpowiadać miał za to repertuar, który był zbyt “biały”.


Studyjny debiut młodego trębacza w roli sidemana miał miejsce 24 kwietnia 1945 roku; tę robotę dostał dzięki koneksjom zdobytym w szkole. Jednak już kilka miesięcy później spełniły się marzenia Davisa, który dołączył do kwintetu Parkera (panowie przez moment nawet byli współlokatorami). Muzyka (podlewana alkoholem i przyspieszana kokainą) zawładnęła życiem młodego grajka – mało istotny stał się jego związek; specjalnie nie pomogły nawet narodziny drugiego dziecka – syna Gregory'ego. Miles stawał się coraz bardziej znaczący w świecie artystycznym – miał zaledwie 21 lat, gdy stworzył swoje All Stars z Parkerem w składzie i mógł pochwalić się pierwszymi nagraniami jako lider.

Dwa lata później Miles poszerzył swoje horyzonty dzięki wyjazdowi do Paryża i nie chodziło tu tylko o kwestie muzyczne. Bardzo ważny był dla niego romans z francuską aktorką Juliette Gréco. Muzyk o swojej miłości do niej zapewniał wielokrotnie, przyznając jednocześnie, że jego uczucie było zbyt duże, żeby zdecydować się na małżeństwo. Miłe wspomnienia z pierwszej wizyty w Europie zaczęły zacierać się tuż po powrocie do Nowego Jorku, gdzie brak pracy i pieniędzy stawał się coraz bardziej uciążliwy, zwłaszcza ze względu na postępujący heroinowy nałóg. Podczas wizyty w Los Angeles przydarzyła mu się też niezbyt przyjemna wpadka, gdy został zatrzymany z dragami.


W międzyczasie Irene urodziła mu trzecie dziecko, a Miles odkrył nową pasję – boks. W błędzie byłby jednak każdy, kto uważałby, że sport stał się powodem do wyjścia z uzależnienia – Davis wciąż ostro ćpał (w tym czasie ta informacja trafiła do mediów i przestała być „tajemnicą”), co finalnie zaczęło wpływać na jakość jego sztuki. Artysta różnymi sposobami próbował pozbyć się zabójczego przyzwyczajenia. Dorabiał przez moment jako alfons, a uciekając przed narkotykami wylądował w Detroit, gdzie pomieszkiwał w domu swojego ojca.


Być może samozaparcie, a być może inspiracja legendarnym pięściarzem – Sugar Ray Robinsonem – wpłynęły na Milesa, który nabrał sił i wrócił do Nowego Jorku, gdzie zaczął dbać o zdrowie i trenować. Także wtedy coraz bardziej wyrazisty stał się jego niełatwy charakter, nawiązujący do zachowań bokserskiego idola. Miles w tym samym okresie zyskał przydomek „książę ciemności” – grozę budziło nie tylko jego zachowanie, ale również chropowaty głos, który był konsekwencją emocjonalnego temperamentu. Davis przeszedł zabieg usunięcia polipów z krtani i zamiast spokojnie wracać do formy, wdał się w gorącą kłótnię – po solidnej dawce krzyków jego struny głosowe były w opłakanym stanie, co słychać było do końca życia.

W połowie lat pięćdziesiątych naszedł czas na kontrakt z Columbia Records. Renomę zaczął zdobywać Miles Davis Quintet w swojej pierwszej odsłonie, w której artystyczne drogi lidera grupy skrzyżowały się z Johnem Coltranem. Nie była to łatwa współpraca - „Trane” coraz bardziej odpływał w stronę dragów, co nie podobało się... napędzonemu koksem Davisowi. Jak nietrudno się domyślić, wybuchowe charaktery obu panów doprowadziły do szybkiego rozstania. Jeszcze mniej dziwi fakt, że niedługo później... Coltrane ponownie zasilił szeregi kwintetu Milesa, który dzięki zmianom personalnym stał się sekstetem.


Gdy Beatlesi oficjalnie się rozpadli, żaden z członków grupy nie miał skończonej trzydziestki. Davis równie szybko poczuł, czym jest zmęczenie i wypalenie. Zaczął mówić nawet o emeryturze i planach zostania nauczycielem na Harvardzie, czy zaczepieniu się jako muzyczny dyrektor w wytwórni. Rzeczywistość jednak okazała się, na szczęście, całkowicie inna. Miles ponownie rzucił się w wir pracy: interpretował muzykę klasyczną („Porgy and Bess” oparte na operze George'a Gershwina), sięgał po hiszpańskie inspiracje na „Sketches of Spain”, czy wreszcie nagrał swój ikoniczny album – zarejestrowany w trakcie tylko dwóch sesji „Kind Of Blue” (największy bestseller w historii jazzu pokryty czterokrotną platyną) – a to wszystko w przeciągu zaledwie kilkunastu miesięcy.

https://youtu.be/pBpLKm8vw4M

Czas dobrego nastroju popsuła jednak sytuacja, która ponownie wzbudziła nieufność i złość coraz bardziej optymistycznego Milesa – czarnoskóry artysta został pobity przez policjantów, a nawet oskarżony o napaść na funkcjonariusza. W życiu prywatnym Davisa również nie było kolorowo. Jego kolejna relacja damsko-męska, tym razem małżeństwo z tancerką Frances Taylor, została zniszczona przez napady agresji i niestabilny charakter muzyka – przemoc domowa nie była niczym niespotykanym. Negatywnie na codzienności odbiły się też niedokrwistość i bóle stawów, regularnie stanowiące wymówkę dla coraz częstszych alkoholowo-kokainowych szaleństw oraz irracjonalnych zachowań, wśród których „wyróżnić” można odklejone od rzeczywistości snucie się po domu i wymachiwanie nożem w poszukiwaniu nieistniejącego włamywacza.

Nie sposób nie wspomnieć o słynnym wywiadzie, którego 36-letni Miles udzielił Alexowi Haleyowi z Playboya (polskie tłumaczenie tego spotkania autorstwa Pawła Lipszyca pojawiło się w wydaniu specjalnym magazynu z króliczkiem). Już same okoliczności powstania rozmowy były niecodzienne – biały dziennikarz, aby udowodnić swoją determinację niezbyt chętnemu do gadki Davisowi, stanął do bokserskiego sparingu z muzykiem. Nagrodą za odwagę i wytrwałość była możliwość wysłuchania szczerych, zdecydowanych tez artysty – dotyczących kwestii rasowych oraz dyskryminacji, swojego charakteru i publicznego wizerunku, niechęci do koncertów czy dobrych zarobków.


W związku z rozpadem wcześniejszego składu Milesa i wiążącymi się z tym trudnościami finansowymi, konieczne stało się przegrupowanie szeregów. Tym razem do armii Davisa wstąpili między innymi Herbie Hancock i nastoletni perkusista Tony Williams. Grupa koncertowała w nowym składzie i z odświeżoną energią, co usłyszeć można chociażby na nagraniach występów na żywo – „Miles Davis in Europe” czy „My Funny Valentine”. Na drodze do harmonijnego rozwoju grupy po raz kolejny jednak stanęły problemy Milesa – tym razem zdrowotne. Trębacz spędził kilka niezwykle nudnych miesięcy w szpitalu w związku z problemami z biodrem, gdzie doszło nawet do nieudanej operacji. Jakby tego było mało, do artysty przyplątała się kolejna wymagająca dość długiej hospitalizacji przypadłość – infekcja wątroby. Ciekawe, czy coś wspólnego miała z tym słabość do procentów...


Miles nadal wydawał płyty niczym zaangażowany stachanowiec: pomiędzy 1968 a 1971 rokiem zaprezentował światu aż 7 albumów! Równie aktywny był na polu uczuciowym – najpierw zaangażował się w relację z aktorką Cicely Tyson, by później po raz kolejny ożenić się – tym razem z blisko 20 lat młodszą od siebie – Betty Mabry, z którą rozwiódł się zaledwie rok po ślubie. Rzekomo poszło o romans dziewczyny z Hendrixem, choć świeżo upieczona pani Davis rozstanie tłumaczyła temperamentem krewkiego małżonka. Trębacz jednak nie zasypiał gruszek w popiele i zaczął spotykać się z Marguerite Eskridge, która w 1970 roku urodziła mu syna – Erina. Para przeżyła traumatyczne chwile, gdy samochód, w którym jechali, został ostrzelany. Na szczęście nikomu nie stało się nic poważnego.

Gatunki, które eksplorował w swojej twórczości Davis, coraz bardziej odchodziły od „tradycyjnego” spojrzenia na jazz. Wystarczy chociażby spojrzeć na nagrodzone Grammy, świetnie sprzedające się „Bitches Brew” – Wikipedia (w tym przypadku bez problemu można powołać się na to źródło) wśród gatunków pojawiających się na albumie wymienia jazz fusion, eksperymentalny jazz, avant-funk, jazz-rock oraz psychodelię – i nie ma w tym cienia przesady. Tuż po wydaniu tej płyty, Miles także koncertowo skierował się w stronę rockowej publiczności – wystąpił między innymi na Isle of Wight Festival, odbywającym się w sierpniu 1970 roku, dzieląc scenę z takimi tuzami gitarowego grania jak The Doors, The Who czy Jimi Hendrix. Po ponad trzydziestu latach ten niezapomniany koncert ukazał się na DVD.

https://youtu.be/YEI8O_wnA6c

Pierwsza połowa lat siedemdziesiątych upłynęła pod znakiem nowego kontraktu z Columbią i dalszej wytężonej pracy nad materiałem. Davis nagrał między innymi ścieżkę dźwiękową do filmu „Jack Johnson” opowiadającego o życiu amerykańskiej legendy boksu – pierwszego czarnoskórego mistrza wagi ciężkiej. Fascynacja niemieckim awangardowym kompozytorem Karlheinzem Stockhausenem zaowocowała skierowaniem się w stronę „kosmicznej muzyki”, co słychać było choćby na albumie „On the Corner”. Ten okres także był naznaczany zdrowotnymi problemami – tym razem w wyniku wypadku samochodowego, przez który Miles skończył z połamanymi kostkami. A jak najlepiej wracać do formy i radzić sobie z fizycznym cierpieniem? Sięgając po sprawdzone „przeciwbóle” – wysokoprocentowe napoje i pobudzający biały proszek.

Tak naprawdę był to początek prawdziwych kłopotów, które na kilka dobrych lat usunęły Milesa w cień. Stan zdrowia trębacza był nie do pozazdroszczenia – po raz kolejny dały o sobie znać problemy z biodrem (choć zabieg tym razem okazał się udany). Codzienność niedawnej ikonu jazzu stała się definicją maksymy „sex & drugs” – zabrakło jednak ostatniego, tak ważnego do tej pory elementu. Davis na kilka lat odrzucił ukochany instrument i pogrążył się w mroku używek oraz przygodnych kontaktów z paniami, co trwało aż do końca lat siedemdziesiątych. Skutecznym sposobem na walkę z uzależnieniem od koksu był powrót do dawnej ukochanej, Cicely Tyson, z którą Davis nawet wziął ślub w 1981 roku w... posiadłości Billa Cosby'ego (spoiler alert – skończyło się rozwodem niecałą dekadę później).


Pierwsza po pięciu latach przerwy płyta, „The Man with the Horn”, premierę miała w 1981 roku i z miejsca trafiła na pierwsze miejsce listy Top Jazz Albums, choć reakcje na ten materiał były dość chłodne. Na tym krążku po raz pierwszy można usłyszeć współpracę Milesa z wirtuozem basu Marcusem Millerem. A skoro nadszedł czas powrotu na scenę, można było spodziewać się także... kolejnych zdrowotnych tarapatów. Podczas nieobecności żony trębacz odpalił tryb „impreza” i zaledwie pół roku po wydawniczym comebacku trafił do szpitala. Tym razem powód był znacznie poważniejszy – udar. Prawa ręka Davisa wymagała rehabilitacji – na szczęście połączenie akupunktury i (zainspirowane opiekuńczością Cicely) odrzucenie nałogów sprawiło, że Miles mógł wrócić do grania.

Niepokorny artysta trochę wyluzował – zamiast sprawdzać granice wytrzymałości organizmu, poświęcił się muzycznym i fizycznym ćwiczeniom, odkrywając kolejną pasję – rysowanie. Miles, który chorował także na cukrzycę, w połowie lat osiemdziesiątych obrał znacznie bardziej popowy kierunek, nawiązując do panującej wówczas muzycznej mody. Na warsztat brał utwory Michaela Jacksona i Cyndi Lauper, nagrał też partie dla Public Image Ltd. – kapeli Johnny'ego Rottena z Sex Pistols – jednak dźwięki trąbki Davisa finalnie nie trafiły na płytę zatytułowaną po prostu „Album”. W planach ponoć była też współpraca z Prince'em, jednak ta nigdy nie została zrealizowana.


Chyba najbardziej znanym wydawnictwem Davisa z tamtego czasu do dzisiaj pozostaje wydane w 1986 roku, niezwykle nowoczesne, „Tutu”. Polscy fani jazzu mają do tej płyty dodatkowy sentyment – Michał Urbaniak zagrał partie skrzypiec w utworze „Don't Lose Your Mind”, stając tym samym w szeregu z innymi legendarnymi współpracownikami genialnego choleryka. Harmonia tego etapu artystycznej działalności została ponownie zaburzona – w trakcie europejskiej trasy Miles zemdlał na scenie, przez co zmuszony był do szybszego zakończenia tournée. Ogromne zamieszanie wywołało doniesienie brukowca „Star”, jakoby jazzman miał chorować na AIDS. Nieprawdziwe informacje, rzekomo podsycane plotkami podkręcanymi przez byłe kobiety artysty, odbiły się głośnym echem i wymagały sprostowania – menadżer trębacza przyznał, że ten trafił do szpitala w związku z zapaleniem płuc i usunięciem polipa ze strun głosowych.

Davis po powrocie do formy ponownie zawitał na scenie. Nie wiedział jednak, że powoli rozpoczyna ostatnią prostą zarówno swojej kariery, jak i życia. Póki co rzucił się w wir pracy. Jego aktywność wydawnicza nadal była imponująca (nagrywał zarówno standardowe albumy, jak i ścieżki dźwiękowe), a występ w trakcie Montreux Jazz Festival przeszedł do historii: akompaniującej mu orkiestrze dyrygował Quincy Jones – legendarny producent Michaela Jacksona. Ukoronowaniem wpływu Milesa na muzykę było przyznanie mu Grammy Lifetime Achievement Award za całokształt twórczości. Ostatni raz na żywo kontrowersyjny jazzman wystąpił w Hollywood Bowl 25 sierpnia 1991 roku.

Bez większej przesady można powiedzieć, że niepokorny i wybuchowy charakter doprowadził do śmierci trębacza. Podczas jednej z wizyt w szpitalu sześćdziesięciopięcioletni Miles dowiedział się, że skutecznym rozwiązaniem jego problemów z oddychaniem byłaby tracheotomia. Wieść o perspektywie rurki w tchawicy wyprowadziła go z równowagi tak bardzo, że zakończyła się wylewem i śpiączką, a w konsekwencji koniecznością podtrzymywania życia przez maszyny. Dość szybko jednak zdecydowano o wyłączeniu tej aparatury. Co ciekawe, Davis, który zmarł miesiąc po swoim ostatnim koncercie, miał w szpitalu przyjmować leki antyretrowirusowe – czyżby zatem plotki o AIDS nosiły w sobie ziarno prawdy? Cóż, potwierdzonych informacji na ten temat nie poznamy chyba nigdy. Wiemy za to, że już po śmierci artysty na rynku ukazał się wyróżniony Grammy album „Doo-Bop” oraz kolejna partia nagrań koncertowych, w tym zapis słynnego występu w Montreux.


Miles, oprócz działalności muzycznej, pojawiał się także w filmach. Wystąpił między innymi w takich produkcjach jak „Imagine” Johna Lennona, gościnnie zagrał także w odcinkach seriali „Miami Vice” i „Crime Story”. Tuż przed śmiercią doczekał się dużej roli – w 1991 roku wcielił się w... trębacza jazzowego w australijskim dramacie „Dingo”. Sam również stał się bohaterem ekranu – w 2015 roku premierę miał fabularny, biograficzny obraz „Miles Ahead”, który wyreżyserował odtwórca głównej roli – Don Cheadle, a w sierpniu 2019 światło dzienne ujrzał dokument „Miles Davis: Ikona jazzu”, gdzie wypowiedzieli się między innymi Carlos Santana, Flea, Juliette Gréco czy Herbie Hancock. Dobrym podsumowaniem życia Davisa jest też „Miles. Autobiografia” (z charakterystycznym polskim tłumaczeniem Filipa Łobodzińskiego), w której jazzman szczegółowo opowiedział o muzyce, ale i rozliczył się z bolesnych aspektów życia – walki z nałogami, trudnych relacji z kobietami i jednego ze swoich lejtmotywów – poglądów na kwestie rasowe.

Czy Miles Davis był damskim bokserem? Niewątpliwie – i nie należy robić z tego faktu elementu legendy. Głosił poglądy rasistowskie? Niby tak – z jednej strony prowokacyjnie rzucił w jednej z rozmów, że ostatnią godzinę życia najchętniej spędziłby na duszeniu białego człowieka. Pamiętać jednak należy, że we wspominanym wcześniej wywiadzie dla Playboya tak skomentował zarzuty związane z zatrudnieniem białasa, Lee Konitza: „Jeśli czarny zagra jak Lee, to go zatrudnię. W dupie mam, czy jest zielony i ma czerwony oddech”. Wszelkie trudności we współpracy – zarówno te zdrowotne, jak i charakterologiczne – dla pokaźnego grona wybitnych artystów były tak naprawdę niczym w porównaniu z możliwością współpracy z geniuszem jazzu, który może pochwalić się gwiazdą Hollywood Walk of Fame, a w 2006 roku trafił nawet do Rock and Roll Hall of Fame. Bo Davisa, pamiętając o jego burzliwych dziejach, chyba najlepiej wspominać właśnie muzyką...
2

Oglądany: 23791x | Komentarzy: 11 | Okejek: 112 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

15.11

14.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało