Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Jak wyrzucali mnie ze wszystkich chórów. I co z tego wyszło

41 102  
347   38  
Zanim opowiem wam moją traumatyczną i pełną dramatycznych zwrotów muzyczną historię, krótki obrazek z aktualnego życia. Idąc jakiś czas temu na próbę, na chwilę wpadłem po coś do sąsiadów. A urocza ruda sąsiadka patrzy na mnie jak na kosmitę. A co ty tu robisz, nie oglądasz meczu? Przecież gra POLSKA REPREZENTACJA pyta się szczerze zdziwiona. No nie oglądam – mówię i wyjaśniam, że za chwilę zaczyna mi się chór, a zresztą żaden ze mnie kibic.



A z tobą wszystko w porządku? Co z ciebie za facet, że nie oglądasz piłki nożnej, jak np. mój męski mąż. Chóry to są dla dzieci w szkole, starych dewotek ryczących w kościele, a jak facet śpiewa w chórze, to wiadomo, że gejowy.

Serio czuję, że sąsiadka naprawdę się martwi.
No cóż, moja droga, mylisz się. Rozumiem, że twój mąż z zachwytem ogląda 22 przystojnych, pięknie zbudowanych młodzieńców, którzy biegają za sobą i dookoła siebie, a od czasu do czasu przytulają się bardzo czule do siebie. Ale wiedz, że gdy twój „prawdziwy samiec” podziwia naładowany testosteronem polsko-germański tyłek Lewandowskiego, ja spędzam czas otoczony prawie samymi paniami, które generalnie - co tu wiele kryć - robią dokładnie co im każę. I choć jest to wyjątkowo dziś niepolityczne, to chór jest takim tworem, gdzie dyrygent musi być absolutnym dyktatorem. I choć łagodny ze mnie tyran, to panuje u mnie pełne posłuszeństwo i patriarchat. Nie mam też żadnych skrupułów przed seksistowskimi na pierwszy rzut oka poleceniami, jak wspólne ćwiczenie przepony, korygowanie postawy, aby pierś była odpowiednio wyeksponowana, nie mówiąc już o skłonach i miłym dla oka wypinaniu i rozciąganiu różnych części ciała. Tak więc jeśli chodzi o preferencje moje i twojego samca, to nie byłbym taki pewny.

OK, tyle tytułem wprowadzenia, oczywiście bycie dyrygentem nie polega tylko na syceniu zmysłów bliskim kontaktem z chórzystkami, ale co mam zrobić, że w naszym kraju głównie panie mają odwagę śpiewać. Panowie pewnie by bardzo chcieli, ale się… boją. I doskonale to rozumiem, bo moja droga do śpiewania była pełna lęków i rozczarowań i była bardzo dłuuuga. I tekst ten też nie będzie krótki. Ostrzegałem.

Idź, chłopaku, pograj sobie w piłkę


Pierwszy raz wyrzucili mnie z chóru, gdy miałem jakieś 7, może 8 lat. To był wiejski zespół dziecięcy „Biedronki”. Same „baby” i jeden maminsynek, dlatego kiedy dyrygent (dosyć znany szczeciński tenor operowy, który z jakiś powodów dorabiał w PGR-ze jako animator kultury) ogłosił łapankę na chłopców, wcale nie miałem ochoty śpiewać hitów w stylu: „Pojedziemy na łów”, „Pust wsiegda budiet sonce”, czy „W XXI wieku będziemy już dorośli”. Ale zmuszeni przez rodziców stawiliśmy się karnie na przesłuchaniu. I wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że w sumie dlaczego nie. I że chyba jednak chciałbym być muzykiem. Uwielbiałem przecież pieśni kościelne, szczególnie kolędy. Z zapałem nuciłem bigbitowe hity i naśladowałem Africa Simone rycząc Ramaya uuu Ramaya. Z przesłuchania pamiętam, że czułem ogromny lęk przed tym surowym panem i chyba nie poszło mi najlepiej. A przecież się starałem, a moi koledzy specjalnie nie. Ale to ich właśnie przyjął do Biedronek, a mnie z całej grupy jednemu powiedział, że „lepiej, jak dalej będziesz grał w piłkę”. Zrozumiałem wtedy, że wielkim śpiewakiem chyba raczej nie zostanę. No niby poczułem ulgę, bo przecież nie będę musiał chodzić na próby i zakładać na koncerty tego obciachowego stroju z kropeczkami, ale jednak gdzieś tam w sercu zrobiło mi się bardzo przykro i smutno. Kochałem śpiewać, a tu się dowiedziałem, że nie nadaję się do tego.

No to ile razy mamy ci powtarzać, że się nie nadajesz


W naszej wiejskiej szkole podstawowej nie było nauczyciela od muzyki. Z łapanki uczyła nas hymnu pani od matematyki, a pani od rosyjskiego pieśni w języku Puszkina. Dostawałem jakieś tróje, a na koniec roku czwórkę z litości i tyle. Nie śpiewałem i pamiętam, że najfajniejsze były zajęcia z muzyki z fizykiem, na których RECYTOWALIŚMY teksty jakichś piosenek, bo pan ani nie umiał grać, ani śpiewać, a w szkole nie było nawet gramofonu. No cóż, lata 70. i początek 80. dla edukacji nie były zbyt obfite. Ale przyszedł czas liceum. Choć nie zapomniałem o wyroku pana dyrygenta Biedronek, to wychowany na opowieściach starszej siostry o chórze z powiatowego miasta bardzo chciałem zacząć śpiewać. Do liceum dostałem się bez większych problemów i bardzo czekałem na przesłuchania do zespołu. Pamiętam, że były dwa składy – podstawowy koncertujący oraz przygotowawczy, gdzie trafiali początkujący. Gdzie teoretycznie nauczano podstaw emisji, nut, rytmiki itp. Co ważne - byłem jednym z nielicznych, którzy sami chcieli śpiewać w chórze. Liczyłem, że będzie tak jak opowiadała siostra – wspaniałe koncerty, wyjazdy chóralne – także ZAGRANICZNE do NRD i Czechosłowacji. Wielki świat, a poza tym wiadomo, dziewczęta, zgrana paczka przyjaciół i takie tam. A ja cholernie nieśmiały i do tego z wadą wymowy i jedynie przy śpiewaniu się nie jąkałem. Bardzo, ale to bardzo chciałem dołączyć do zespołu.

I przyszedł w końcu dzień przesłuchań. W czasie normalnej lekcji, przy całej klasie, słynny dyrygent chóru profesor „Puzon” brał z listy delikwenta, stukał w klawisze pianina i kazał powtarzać dźwięki. Z racji nazwiska na „b” byłem drugi do sprawdzenia i okazało się, że za nic nie potrafię odtworzyć wysokości dźwięku z instrumentu. Słyszałem, że raz gra wyżej, raz niżej, ale jak do cholery to zaśpiewać? Dziś wiem, że Puzon podawał dźwięki co najmniej o 2 oktawy za wysoko i dla początkującego niewprawnego ucha ciężko się w tym połapać. Coraz bardziej zestresowany buczałem nosowo jakiś fałszywy ton, a mina nauczyciela była aż za bardzo czytelna. Gwoździem do trumny było polecenie zaśpiewania jakieś piosnki. Obojętnie jakiej. Ale u mnie już w głowie była tylko pustka, zapomniałem absolutnie wszystkich znanych mi melodii. Na pełne zniechęcenia polecenie zaśpiewania „Mam chusteczkę haftowaną” wydobyłem z siebie coś takiego, że klasa ryknęła śmiechem. I jak łatwo sobie wyobrazić, był to koniec mojej kariery.

Ale ty jesteś uparty


Los dał mi jednak drugą szansę. Moja siostra, absolwentka chóru, zainterweniowała osobiście u Puzona, a ten po namowach pozwolił mi warunkowo przychodzić na próby. Byłem absolutnie szczęśliwy, pamiętam pierwsze zajęcia i zachwyt śpiewem chóralnym i głosami starszych kolegów. To nie były jedno czy dwugłosowe piosenki dziecięce, tylko wymagające wielogłosowe pieśni, raczej z gatunku poważnych. Oczywiście psalmy Gomułki, utwory Wacława z Szamotuł, Gaude Mater Polonia – wiadomo, do tego współczesne kompozycje Świdra, Maklakiewicza i innych. Chór, do którego z trudem się dostałem, był znanym w Polsce i jednym z lepszych czterogłosowych zespołów mieszanych w kategorii szkół ponadpodstawowych. Byłem sumiennym chórzystą, obowiązkowo na każdej próbie, zdyscyplinowany i grzeczny. I nie wychylałem się ze śpiewem. Miałem świadomość, że jestem kiepski i że muszę się wiele nauczyć. Wziąłem nawet udział w kilku koncertach i przeżyłem festiwalowe uniesienie i oczekiwanie na werdykt. Ale po dwóch latach, gdzie wydawało mi się, że robię postępy, pan dyrygent mi podziękował. Tak z dnia na dzień informując, że jednak nic z tego nie będzie, a ja zwyczajnie nie mam słuchu. Pewnie miał rację…

I tu historia powinna się zakończyć. Ja się oczywiście poddałem, bo ileż można się oszukiwać. Z muzyki na szczęście nie zrezygnowałem i od biedy nauczyłem się brzdąkać na gitarze i grać akordowo proste melodie na pianinie. Ale pilnowałem się, aby już nie śpiewać. Na studiach tylko z lekkim smutkiem czytałem ogłoszenia zapraszające do dołączenia do chóru Politechniki Szczecińskiej. Oczywiście nie odważyłem się nigdy pójść już na żadne przesłuchanie. Lata mijały, praca, żona, dom, kredyty itp. Dorosłem, nawet lekko się zestrzałem. Kto by tam myślał o jakimś chórze…

List z Hogwartu


Byłem już solidnie po 30., gdy dostałem list. Na mój dawny adres, gdzie już od lat nie mieszkałem. List z zaproszeniem o mniej więcej tej treści: „drogi chórzysto, zapraszamy cię na obchody „ileś tam lecia” zespołu i wspólne zaśpiewanie dawnych utworów, najbliższa próba, którą poprowadzi jedna z absolwentek odbędzie się tego a tego…”. Oczywiście wiedziałem, że to pomyłka, po prostu ktoś wziął starą listę, na której chwilowo byłem jako członek chóru. Ale minęło kilkanaście lat i może nie będą pamiętać, że ja nie potrafię śpiewać? Sam nie wiem, mimo paraliżującego strachu coś mnie ciągnęło. Wiedziałem jedno, że jeśli będzie przesłuchanie, to dam dyla. Dorosły facet, zawodowo spełniony, dawno już zapomniałem o młodzieńczych kompleksach, a przecież bałem się panicznie, że ktoś mnie znowu wyrzuci, że powie, że ja się nie nadaję. Żaden egzamin, żadne negocjacje, żadne sprawy sądowe nie wywoływały u mnie takiego stresu, jak wejście na salę, gdzie spotkali się byli absolwenci. Do jednego koncertu zespół miała przygotować dawna chórzystka, która dziś jest zawodowym dyrygentem. Na szczęście dużo młodsza ode mnie, sympatyczna dziewczyna zapytała tylko jaki głos, ja wydukałem, że śpiewałem w basach i to wszystko. Koncert się odbył, było świetnie, a radość ze wspólnego śpiewania była tak duża, że dawni absolwenci założyli chór. I ja w nim zostałem. Po dwóch latach trafiłem do niewielkiego składu prowadzonego przez znakomitą dyrygentkę Iwonę, potem była kilkuletnia przygoda w chórze akademickim dawnej Akademii Rolniczej oraz chóru Pomorskiej Akademii Medycznej ze Szczecina. Wiele lat świetnych wyjazdów (dalej niż do NRD), koncerty z najlepszymi muzykami w Polsce i na świecie. Nagrywanie płyt, świetne warsztaty i wspaniali przyjaciele. Czyli happy end? Nic z tego.

Dyrygent, który nie jest dyrygentem


Nawet największa pasja ma swój koniec, z żalem rozstałem się z chóralną przygodą, bo przeprowadziłem się na głęboką wieś poza Szczecin. Dom, ogród, dzieciaki, przedszkole, potem podstawówka, praca zawodowa. Proza życia. Pozostały przyjaźnie, okazjonalne śpiewanie na jubileuszach, kolędowanie w rodzinie. Ale śpiew przypomniał o sobie raz jeszcze. Dziennikiem elektronicznym przyszło do mnie - jak zresztą do wszystkich rodziców dzieci z miejscowej podstawówki - zaproszenie, abyśmy dołączyli do jasełek, które przygotowują dzieci. Pomysł ówczesnej przewodniczącej karkołomny, aby każda ze szkolnych społeczności, czyli pracownicy, harcerze, dzieciaki, nauczyciele, a także rodzice zaśpiewali jakąś kolędę. I ponownie uznałem, że może to LIST DO MNIE, poszedłem więc na spotkanie, gdzie, jak było do przewidzenia, przyszło 6 sympatycznych młodych mam i ja. Z gitarą. Jedyny z jakimś doświadczeniem, więc w naturalny sposób zostałem „dyrygentem”. I zaśpiewaliśmy dwie kolędy na jasełkach, poszło świetnie, a energia była tak ogromna, że postanowiłem powtórzyć koncert w kościele. Tu już nas było kilkanaście osób, w tym trzech panów. Tak rozpoczęła się moja przygoda z wiejskim chórem z podszczecińskiego Tanowa o sympatycznej nazwie "Tam i Owo", gdzie są sami amatorzy, w większości bez żadnego wcześniejszego doświadczenia muzycznego. Ja oczywiście jestem dyrygentem, ale wspierają mnie moi dawni mistrzowie, których zapraszamy na warsztaty. Śpiewamy po lokalnych kościołach, remizach, na festynach wiejskich, ale całą grupą pojechaliśmy także na międzynarodowy festiwal chóralny w Barcelonie, gdzie zdobyliśmy brązowy medal (chórzyści wiedzą, że to niekoniecznie jest 3 miejsce), ale i tak było super. I tak by pewnie mogło zostać, gdyby nie…

No i co może jeszcze – może filharmonia, płyta, teledysk, a może jeszcze musical?
A w sumie dlaczego by nie? Pomysł, aby nagrać płytę naszego chóru był oczywiście mocno odważny. Żeby było jasne - doskonale wiem, że amatorskie śpiewanie na festynie ludowych hitów jest bardzo spoko, ale wydawane przez domorosłych muzyków nagrania rzadko sprawiają komuś frajdę oprócz samych wykonawców. Kolejna z rzędu płyta z powszechnie znanymi utworami to bardzo miła pamiątka, ale w słuchaniu - nawet gdy przejdzie obróbkę przez wszelkiego rodzaju autotune'y i inne wynalazki – zwykle prosi się o wyłączenie po pierwszym kawałku. Nam los dał coś zupełnie nowego. Wyjątkową szansę. Mieszkamy tuż przy rezerwacie Świdwie, które to miejsce przyciąga nie tylko około 150 gatunków ptaków, ale także miłośników przyrody. Ponad 50 lat temu nad jeziorem pojawił się ornitolog amator Rościsław Wysocki, którego zafascynowały dźwięki natury. Postanowił je nagrać i robi to do dziś. Dostałem od Rościsława płytę z surowymi głosami ptaków i natychmiast przyszedł pomysł. A gdyby tak do ptasich trelów, rechotania żab i ryków jeleni dokomponować muzykę? Tak rozpoczął się muzyczny projekt Świdwie Sanctus – natura i człowiek w dźwięku i obrazie. Pomysł zaiskrzył, moi chórzyści zaczęli pisać teksty, zaprosiłem kilku lokalnych kompozytorów i inne chóry. Rok temu w filharmonii na scenie stanęło ponad 100 wykonawców. Powstała płyta, ale także reportaż oraz… musical. Skoro miałem już muzykę, skoro rezerwat sam w sobie jest czystym obrazem, to wystarczy to połączyć. Namówiłem lokalne władze i fundusz ochrony środowiska i nakręciliśmy film muzyczny. Gramy w nim samych siebie, a główną rolę przyjął znakomity Lech Dyblik. Zwiastun Świdwie Sanctus i teledysk z filmu można obejrzeć poniżej. Każdy sam oceni, ale czy to koniec? Dobre pytanie…

Teledysk Marzenie.

https://youtu.be/HSyzmfJVV9Y

Zwiastun filmu Świdwie Sanctus

https://youtu.be/50LFxdd0Uhw
18

Oglądany: 41102x | Komentarzy: 38 | Okejek: 347 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

19.10

18.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało