Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

O tym jak cofnęłam się w czasie, jeździłam zabytkową koleją i tupałam nogami - Jak wygląda praca statysty filmowego IV

29 639  
88   28  
Czy można cofnąć się w czasie? Według niektórych teorii spiskowych wśród nas są timetravellerzy. Za takich też podróżników w czasie musieli uznać nas także przechodnie na Głównym Dworcu Wrocławskim. (UWAGA, SPOILERY)


Oko w oko z Szwarccharakterem!

Na jednym "lazurowym" portalu społecznościowym pojawiła się informacja o tym, że do kręcenia najnowszego kryminału historycznego są poszukiwani statyści, którzy odegrają rolę Niemców, w tym także żołnierzy. Akcja ma się natomiast dziać w okupowanej Warszawie w latach 40. Jako historyka, oferta od razu mnie zaciekawiła, gdyż od zawsze chciałam wiedzieć jak powstaje "historyczny film". Zastanawiało mnie również to, jak zostaną odtworzone realia historyczne. Warto tutaj dodać, że sam post wzbudził niemałe zamieszanie i był żywo komentowany. Pojawił się nawet głos co do słuszności odgrywania "takiej" roli, jednak jak zauważył ktoś inny (mając na myśli oczywiście żołnierzy), ktoś musi także grać "tych złych". Mi akurat przypadła jednak rola cywila – zamożnej mieszkanki miasta.

Jako że jest to film historyczny, pierwszym etapem są obowiązkowe przymiarki, dzień przed kręceniem scen. I tak na mój strój składały się: buty, sukienka, sweter, apaszka, futro, toczek, torebka, a także... "lis". Otrzymanie tego typu szalika, jak się okazało, było dużym wyróżnieniem, gdyż nie każda statystka miała takie szczęście. A lis, a raczej kuna bądź gronostaj był prawdziwy! Rolę w filmie dostały także... moje rękawiczki, które wpisywały się w epokę. Same przymiarki wspominam jak najmilej, gdyż, ku mojemu zaskoczeniu, podczas jednej z nich usłyszałam od pań zajmujących się garderobą wiele miłych słów na temat mojej... aparycji. Trwały one także bardzo krótko, bo niecałe pół godziny. Nie jest to jednak zasadą, gdyż czasami ta procedura jest znacznie dłuższa, kiedy trzeba dopasować ubrania do danej osoby.

W dniu kręcenia zdjęć wszyscy stawiliśmy się punktualnie o 7:00 w jednym z hoteli. Najpierw szybko przebraliśmy się. Tak jak też radziła pani Iwona, opiekunka statystów, każda statystka zaopatrzyła się w leginsy, które założyłyśmy na rajstopy. Podgięłyśmy je jednak za kolano, aby nie było ich widać. Z rady skorzystali także statyści, którzy pod swoje "oficjalne" spodnie założyli także dżinsy. Jak się potem okazało, była to rada na wagę złota. Szybko przebrawszy się, zostawiliśmy swoje rzeczy w... workach z logiem jednego sklepów, w którym "wszystko urządzisz". Następnie pojechawszy firmowymi busami dotarliśmy na plan zdjęciowy. Tam też wzbudziliśmy niemałe zamieszanie. Zwłaszcza, że istniał spory kontrast – wytworna dama, która w ręku trzyma ogromny niebieski wór z tworzywa sztucznego.

Dopełnieniem ubioru były także fryzury. Ilość kosmetyków, jaka została nałożona na moją głowę, była naprawdę spora. Ostatecznie moje dosyć niesforne włosy zostały ułożone w przedwojenną fryzurę i nakryte małym toczkiem. Sam toczek, chociaż urokliwy, okazał się niezbyt wygodny, gdyż ciągle spadał. Dlatego też fryzjerka musiała przypiąć go wsuwkami.
Tak też wystrojona, wraz z koleżankami, spotkałyśmy... najprawdziwszą gwiazdę. A był nim Aleksandar Milicevic. Aktor i odtwórca jednej z głównych ról wyszedł bowiem na chwilę ze swojej garderoby. Po charakterystycznym stroju od razu wiedziałam już, kogo gra. - Dzień dobry, a pan gra Maxa? - zapytałam. Zdemaskowany spojrzał na mnie zaskoczony - Widzę, że czytała pani scenariusz. - Nie, ale czytałam kryminał i dlatego domyśliłam się, że to pan. Tamten tylko się uśmiechnął. - I jak, podobała się pani książka? - zapytał. - Tak, autor ciekawie oddał realia historyczne, a pomysł pokazania okupacji od tej strony jest bardzo nowatorski - odparłam. Niestety na tym konwersacja się zakończyła, gdyż aktor musiał wracać do swoich obowiązków. Niestety więc, nie zdążyłam nawet poprosić o autograf. Ale może kiedy indziej. Tak więc warto czytać książki, na których podstawie powstają filmy.

Udało mi się za to zrobić dwa zdjęcia z innymi aktorami. I tak moja koleżanka i ja zrobiłyśmy sobie selfie z panem, który odgrywał rolę pracownika kolei - bagażowego. Chwilę przy tym podyskutowaliśmy na temat jego roli, a także realiów planu filmowego. Jednak nie był to koniec naszych przygód, gdyż w trakcie przerwy poprosiliśmy o wspólne zdjęcie aktora, który wcielił się w rolę starszego pułkownika. Aktor, którego postać namiesza trochę pod koniec filmu, nie tylko się zgodził, ale skomplementował nas, twierdząc, że dzięki temu na zdjęciu będzie miał takie piękne towarzystwo. Z naszym nowym znajomym miałyśmy szanse jeszcze pożartować pod koniec dnia zdjęciowego, kiedy wspólnie jedliśmy obiad w barku.

Jedzie pociąg z daleka...

Początkowo oczekiwaliśmy na kręcenie scen w holu korytarza. Czas ten spędziliśmy, oprócz fotografowania się nawzajem i z podróżnymi oraz zjadaniem kanapek dostarczonych przez Agencję Aktorską, także na rozmowach na temat agencji i warunków, jakie oferują aktorom i statystom. Cóż, rozbieg jest duży i dlatego warto orientować się, gdzie są lepsze warunki umowy. Udało mi się natomiast poznać epizodystę z "Korony Królów", który odgrywał kupca z Niemiec.

Około 10:30 nastał czas na zdjęcia, dlatego też przeszliśmy na peron. Widać już było pracę "charakteryzatorów" pociągu oraz peronu. Wszystkie bowiem nowoczesne elementy musiały być albo zasłonięte, albo usunięte. Specjalnym materiałem przykryto m.in. podświetlaną mapę Wrocławia na dworcu. Ponadto pojawiły się elementy wystroju nawiązujące do epoki. A były nimi rozkłady jazdy z lat czterdziestych.

Pierwszą sceną, jaką mieliśmy odegrać, było... wsiadanie do pociągu. Mnie i moim koleżankom przyszło "pożegnać" przyjaciółkę, która wyjeżdżała. Następnie, słysząc strzały, miałyśmy udawać przerażenie. Warto tutaj wspomnieć, że podczas tej sceny padały także ślepaki. Jeden z moich kolegów zebrał ich aż trzy (dwa z nich obiły mu się o kapelusz). A widząc moje zainteresowanie, podarował mi jeden do kolekcji. Pani reżyser zajmująca się tą sceną pochwaliła statystów za prawidłowe odegranie swoich ról. Niestety jednak, samą scenę trzeba było odegrać kilkukrotnie z powodów technicznych. Problem był o tyle poważny, gdyż istniało zagrożenie, że scena nie zostanie nakręcona, ponieważ... pociąg i peron był wynajęty do 15.30. Jednak ostatecznie udało się.

Niestety oczekiwanie pomiędzy kolejnymi dublami bardzo się nam dłużyło. Główną niesprzyjającą okolicznością było zimno. Jak by to powiedziała pewna pani poseł: sorry, mamy taki klimat. A sceny, które kręciliśmy działy się w jesieni. O ile futra, swetry i leginsy nas ratowały, to jednak nadal było nam zimno w głowę i stopy. Tak więc wraz z moimi koleżankami szczerze zazdrościłyśmy naszym nieco cieplej ubranym kolegom. Aby dodać sobie otuchy tupałyśmy nogami, wymyślając przy tym na pewno niejeden stepowany układ choreograficzny. W moim przypadku do listy trudności dochodziły także niewygodne buty. O ile na przymiarkach pasowały one na mnie jak na Kopciuszka, to teraz czułam się w nich jak jej starsza siostra. I tylko drobną pociechą był fakt, że były one naprawdę ładne.
Sytuację na szczęście poratował Pan Janusz, który każdemu z nas ofiarował... po parze specjalnych torebek trzymających ciepło. Wystarczyło je potrzymać w kieszeni, a one same się rozgrzewały. Ja, jako największy zmarzluch, otrzymałam... dwie pary. I tak jedną z nich włożyłam do butów, a drugą do rękawiczek.

Jak tworzy się odpowiednią scenerię? Otóż sama lokomotywa była kilka razy spryskiwana przez pracowników. Dzięki temu make-upowi lepiej lśniła. Także co jakiś czas z jej komina buchała para. Olbrzymie kłęby dymu majestatycznie unosiły się aż pod samo sklepienie dworca. Jednak tutaj chodziło nie tylko o efekt, ale o to, aby sama lokomotywa ruszyła. Innym sposobem na dodaniu "tajemniczości" scenerii była tzw. sztuczna mgła. W tym jednak przypadku wygląda ona pięknie tylko na ujęciach filmowych, gdyż w rzeczywistości ma ona zapach palonej gumy i benzyny.

Cały czas byliśmy pod opieką pana Janusza i pani Iwony z agencji, którzy byli nie tylko łącznikiem pomiędzy nami a ekipą filmową, ale także informowali nas o tym, co się dzieje na głównym planie. Dodawali także otuchy podczas czekania na kręcenie kolejnych dubli.

Druga scena działa się w samym pociągu, który jednak lepiej wygląda z zewnątrz. Statyści mieli odgrywać przestraszonych pasażerów (kto czytał książkę, ten będzie wiedział). Nie było to łatwe zadanie, gdyż trzeba było krzyczeć i wskazywać palcami na wydarzenia dziejące się za oknem. O ile gestykulowanie jest jeszcze łatwe, to krzyczenie na zawołanie już nie. Ktoś zażartował, że powinno się wpuścić do pociągu mysz. W tym przypadku jednak kręcenie tego fragmentu filmu poszło już znacznie szybciej. Warto dodać, że pociąg pełen ludzi odegrało około 15 statystów.

Pod koniec zdjęć na peronie wszyscy statyści wspólnie pozowali do zdjęcia. Z tej okazji skorzystali także podróżni, którzy również zrobili nam kilka fotografii.

Ostatnią, trzecią scenę nagraliśmy już w holu. Polegała ona na przechodzeniu po holu od jednej do drugiej strony. I tak na przemian przechodziły zarówno "gwiazdy", jak i statyści, aby nadać całej sytuacji autentyczności. Wszystkiemu z zainteresowaniem przyglądali się podróżni, którzy pytali o to, jaki film będzie tutaj kręcony. Samo zadanie dosyć szybko wykonaliśmy, gdyż były jedna albo dwie powtórki.

Za kostiumem tłumy sznurem...

Jak nietrudno się domyślić, starodawne stroje wywołały zamieszanie na Dworcu Kolejowym i tak staliśmy się lokalną atrakcją turystyczną. Smak sławy mogliśmy już poczuć w holu w oczekiwaniu na zdjęcia, kiedy to kilka osób poprosiło o zdjęcia z nami. Szczególną uwagę przykuwały tutaj wytworne stroje pań, które stały się wizytówką przedsięwzięcia. Do mnie również podeszły dwie osoby: starszy pan oraz pani w średnim wieku, prosząc o wspólne zdjęcie, bo tak... ładnie wyglądam.

Natomiast gdyby nie zimno podczas kręcenia scen, można byłoby czuć się jak na rozdaniu gali Oskarów. Prawie wszystkie sceny były bowiem kręcone na peronie, podczas gdy inne perony normalnie funkcjonowały. A nas od przechodniów odgradzała jedynie biało-czerwona tasiemka. I tak nasz każdy krok był czujnie śledzony, fotografowany bądź nagrywany przez paparazzi – amatorów. Pozowanie stało się jedną z rozrywek w oczekiwaniu na kręcenie kolejnych dubli. Za swoje niecodzienne stroje zostaliśmy także docenieni nawet w łazience, gdzie parę miłych słów usłyszeliśmy zarówno od pracowników kolei jak i klientów.

Nie obyło się także bez żartów. Podczas kręcenia ostatniej sceny w przejściu do statystów odgrywających rolę żołnierzy podeszło paru przechodniów, prosząc o zdjęcia. Wtedy jeden z nas od razu wpadł na pomysł "złotego interesu". Fynf Ojro! - zażartował. Kilkanaście minut później tych samych statystów jeden przechodzień zapytał, dokąd się wybierają. A tamci odpowiedzieli, że... do Częstochowy!

Swoje pięć minut miała także starodawna lokomotywa. Ten sędziwy obiekt, wypożyczony z Muzeum Kolejnictwa w Jaworzynie, zyskał spore grono wielbicieli... zwłaszcza wśród najmłodszych podróżników. Szczególną uwagę skupiała wciąż buchająca para.

Co wolno aktorowi, to nie kmiotkowi?

Niestety na planie nie obyło się bez drobnych zgrzytów. Jedną z mniej przyjemnych sytuacji była kwestia bagaży. Część osób zostawiła bowiem osławione worki Ikei w holu dworca, a część w garderobie. Jednak w tym drugim miejscu inna z pracownic zagroziła, że pozostawione tam worki "wyrzuci na śnieg". Jednak po interwencji naszych opiekunów z agencji aktorskiej los naszych ubrań nie był przesądzony i mogliśmy je bez obaw przenieść do garderoby albo do bagażników firmowych samochodów.

Drugą niezbyt szczęśliwą sytuacją była kwestia dostępu do barku. Otóż zgodnie z umową chcieliśmy poczęstować się herbatą. Niestety jedna z pracownic od razu nas przegoniła, argumentując, że barek jest zarezerwowany jedynie dla... aktorów. Strażniczka bezcennego, zielonego napoju, także w ostrych słowach poinstruowała, abyśmy nie stali tyle na śniegu (była temperatura zerowa i prószył śnieg) i jak najszybciej wracali do holu ponieważ... zniszczymy firmowe ubrania!

Kryzys zażegnali jednak zarówno nasi opiekunowie z agencji aktorskiej jak i aktorzy oraz pozostali członkowie warszawskiej ekipy filmowej, którzy pod koniec zdjęć zaprosili nas na smaczną zupę ogórkową oraz herbatę i kawę.

Plusy i minusy

+ Wsparcie ze strony agencji aktorskiej. Pani Iwona oraz pan Janusz od początku cały czas opiekowali się statystami, a kiedy zaszła taka potrzeba interweniowali w naszej sprawie, a także dodawali nam w najcięższych chwilach otuchy.
+ Możliwość zawarcia ciekawych znajomości. Miałam szansę także poznać osoby, które są już weteranami statystowania i które mają dużą wiedzę.
+ Możliwość zrobienia zdjęcia z dwoma bardzo sympatycznymi aktorami, a także chwila rozmowy z odtwórcą pierwszoplanowej roli.
+ Pochwała od pani reżyser dla statystów. Z samą "warszawską" ekipą na planie dobrze się nam współpracowało. Pod koniec wraz z kilkoma kolegami - statystami razem napiliśmy się "pożegnalnej" herbaty.
+ Możliwość przejechania się zabytkową lokomotywą.
+ Możliwość zobaczenia kręcenia filmu historycznego od kuchni. Jako że jestem po historii, ta tematyka jest mi wyjątkowo bliska.
+ Szansa dosłownego poczucia się "wielką gwiazdą", zarówno podczas kręcenia scen, jak i pozowania.
+ W moim przypadku szansa na włożenie stroju damy z poprzedniej epoki i zobaczenie, jak mogłabym wyglądać w tamtym okresie.

- Psikusa niestety spłatała nam pogoda. Aczkolwiek trzeba tutaj uczciwie przyznać, że od początku było wiadomo, kiedy będą zdjęcia i można było się domyśleć, że nie jest to środek lata.
- Syndrom złej starszej siostry Kopciuszka. Aczkolwiek był to "indywidualny" pech.
- Co jakiś czas było czuć niezbyt przyjemny zapach "tajemniczej" i "złowieszczej" mgły.
- Niesnaski pomiędzy statystami a dwoma pracownikami ekipy filmowej, które jednak zostały szybko zażegnane.
- Długie przerwy pomiędzy kolejnymi scenami. Nasz dzień pracy zaczął się o 7:00, a skończył się około 16:30. Teoretycznie był to jednak "krótki plan zdjęciowy". Według umowy zdjęcia mogły trwać jeszcze parę godzin.

Gwiazdorskie gaże

Wszystko zależy od podejścia i od szczęścia. Dla mnie statystowanie to ciekawe hobby, dzięki któremu możesz zarobić dodatkowo parę większych bądź mniejszych groszy. Jednak należy pamiętać, że jest to rosyjska ruletka, gdyż stawka nie zależy od liczby spędzonych godzin na planie filmowym. Do jednego dnia jest przepisana jedna, niezmienna stawka. Według umowy o dzieło, tak więc tyle samo złotych możesz otrzymać za 2 godziny, albo za 12 godzin spędzonych na planie filmowym. Uwaga - do tych godzin nie zalicza się czasu spędzonego na przebranie się, dojazd, bądź oczekiwanie na wejście na plan filmowy! Jednak za nadgodziny są płacone dodatkowe pieniądze. Bonusem jest to, że za przymiarki otrzymuje się połowę stawki za plan zdjęciowy. W moim przypadku przymiarki trwały jedynie pół godziny.

Warto tutaj pamiętać, że na warunki umowy o dzieło wpływ ma nie tylko sama agencja aktorska, ale przede wszystkim producenci danego filmu, którzy ją wynajmują. Tak więc stawki za statystowanie w poszczególnych filmach mogą znacznie się różnic. Patrząc z tej perspektywy najbardziej, oprócz oczywiście głównych ról, opłacają się epizody. Z "rolą mówioną" honoraria są już bowiem znacznie większe.

<<< W poprzednim odcinku: O tym, jak dowiedziałam się, że jestem w ciąży i broniłam narzeczonego

18

Oglądany: 29639x | Komentarzy: 28 | Okejek: 88 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

11.12

10.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało