Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Przygoda nad jeziorem, prawdziwe przeznaczenie i inne anonimowe opowieści

57 622  
225   29  
Dziś przeczytacie także m.in. o kempingowym wypadzie pod namiot, powodzie niechęci psów do sąsiadki, leku na cichy sen i mamie, która potrafi uszczęśliwić dziecko.


Wczoraj rano jak zwykle biegłam na przystanek, widząc autobus, który sposobi się do odjazdu. Pewnie nie musiałabym lecieć z wywieszonym ozorem, gdybym wcześniej nie weszła do osiedlowego spożywczaka po małą butelkę coli. Gdy tak wściekle galopowałam, solidnie nią wstrząsnęłam. Zauważyłam to dopiero w autobusie, kiedy ciężko dysząc zabrałam się za otwieranie napoju.
Pssssssssss! - to było tylko preludium dla prawdziwej kanonady, która nastąpiła po chwili, a zwieńczona została soczystym bulgotem cieczy wybuchającej mi prosto w twarz.
Stałam w tym autobusie, jak ta sierota – od stóp do głów pokryta lepkim płynem, wśród ludzi szczerzących kły z radości, że bliźniemu stała się krzywda. I wtedy, gdzieś z końca autobusu, zagęgała jakaś staruszka:
- No, skoro już pani otworzyłaś tego szampana, to podziel no się pani z innymi!

* * * * *

Nie dostałem urlopu w te wakacje, więc całe dnie siedzę w robocie. Za to więcej szczęścia miała moja dziewczyna. Wczoraj wróciła z kilkudniowego biwaku, na który pojechała z przyjaciółmi.
Mówiąc „przyjaciele”, miała na myśli „przyjaciela”. Mówiąc „przyjaciel”, miała na myśli swojego byłego faceta.

Dziś rzuciłem sobie okiem na jej plecak. Kto mógłby przypuszczać, że prezerwatywy są dziś podstawowym wyposażeniem kempingowym... Pewnie za ich pomocą zabezpieczali swoje smartfony przed deszczem. Macie jakieś pomysły do czego jeszcze mogą służyć kondomy?

* * * * *

Właśnie się dowiedziałam, dlaczego moje psy nienawidzą mojej sąsiadki...

Mamy dwa samochody, oba stoją przed domem, jak stoi jeden, to prawdopodobieństwo, że jesteśmy w domu wynosi 50/50. Jeśli nie ma obu - wiadomo, nie ma nikogo. To dość istotny szczegół.

Mam sąsiadkę, która często spaceruje koło naszego domu (mieszkamy przy głównej ulicy). Czasem się zdarzało, że wstępowała na kawę, gdy widziała, że jestem w domu. Normalna, sympatyczna, starsza, samotna kobieta. Niestety, moje psy na jej widok dziwnie się zachowywały. Szczekały jak opętane, szczerząc zęby, myślałam czasem, że zerwą łańcuchy, dosłownie jak te wściekłe psy na filmach - widzicie obnażone kły i dziąsła, i już wiecie, że pies zaraz zaatakuje... Bardzo mnie to dziwiło, wobec innych zwykle były przyjazne, czasem obojętne, a tu taka nienawiść.

Dziś zawieźliśmy z mężem jego samochód do mechanika. Jadąc do pracy wziął więc moje auto, a koleżanka zobowiązała się podrzucić moje dzieciaki ze szkoły. Więc lajcik, siedzę sobie w domu, coś tam robię, gdy nagle słyszę potworny jazgot za oknem. Myślę sobie: oho, pewnie sąsiadka na spacerze, słoneczko świeci, to nos z domu aż miło wyściubić. Wyjrzałam zza firanki i zamarłam.

Moja sąsiadka weszła sobie jakby nigdy nic na podwórko (aut nie było, więc sądziła, że nas nie ma) i trzymając coś w ręku, skierowała to w stronę moich psów. Psy oczywiście szalały. Otworzyłam okno, patrzę i oczom nie wierzę. jeden pies nagle zaczął się wić i piszczeć, potem dostał drgawek, drugi chce dostać szału...

Wybiegłam z domu w momencie, gdy drug pies także został potraktowany... paralizatorem.
Okazało się, że moje psy były dla szurniętej baby królikami doświadczalnymi. Nakupowała w sprzedaży wysyłkowej jakieś "środki obronne" dla samotnych kobiet i sprawdzała, jak działają... Psy obrywały m.in. gazem pieprzowym i pałką teleskopową...

Wezwałam policję, mąż także zaraz przyjechał, zwalniając się wcześniej z pracy. Kilka minut temu zadzwonił policjant, pytając, czy w zeszłym roku w okolicy świąt nie padła mi inna suczka. Potwierdziłam, że musieliśmy ją uśpić.
Okazało się, że otruła ją nasza "kochana" sąsiadka. Wygadała się w czasie przesłuchania. Podała jej trutkę na szczury ukrytą w kiełbasie, bo chciała sprawdzić, czy zadziała...

Weterynarz uratował tylko psa, naszej suni nie wytrzymało serce. Nie wiem, co powiem dzieciom, gdy wrócą ze szkoły...

Psy są bardzo mądrymi stworzeniami. Jeśli kogoś bardzo nie lubią, uwierzcie mi - to nie może być dobry człowiek... Szkoda, że dojście do tego wniosku kosztowało dwa psie życia...

* * * * *

Większość z was wie, że od kilkunastu miesięcy jest przepis, który za przekroczenie prędkości o 50 km/h powoduje utratę prawka na 3 miesiące. "Ofiarą" tego przepisu stałem się ja, ale do rzeczy.

Mam sąsiadkę z typu "wiecznie chora" i "nie wychodzę z domu, ale wszystko wiem".
Jakiś czas temu wpadła, dosłownie, do mnie córka owej sąsiadki, że jej mama się źle czuje i trzeba natychmiast zawieźć ją do szpitala (szpital mam 5 km od domu), bo nie ma wolnej karetki. Szybka decyzja i prawie konającą babkę wsadziliśmy do mojego auta i jazda. Kilkaset metrów przed celem zatrzymała mnie policja, oczywiście szybkie tłumaczenie, że sytuacja awaryjna i potrzebna szybka pomoc. W tym momencie to parszywe babsko odzyskało energię i stwierdziła "Czuję się dobrze, przecież jedziemy tylko na rutynowe badania". Niestety na nic zdały się moje tłumaczenia i groziło mi 3 miesiące zakazu.

Owa staruszka dumnie krążyła po okolicy chwaląc się, że dzięki niej został złapany pirat drogowy. Na jej nieszczęście karma to suka. Została potrącona 15 metrów od swojej furtki przez własnego syna, który jechał pod wpływem alkoholu. Synek siedzi w więzieniu, a babka siedzi na wózku.

Uprawnienia straciłem tylko na 27 dni dzięki zeznaniom córki owej sąsiadki, innym sąsiadom i nagraniu z kamerki, co w sądzie dowiodło, iż moja jazda była spowodowana "zagrożeniem życia".
Największym plusem w tej całej sytuacji jest to, że moja żona nareszcie zrobiła prawo jazdy.

* * * * *

Moja babcia od zawsze głośno chrapie. Leki czy inne krople dawały znikome efekty. Po śmierci dziadka nie chcieliśmy, by została sama w domu, więc postanowiliśmy zabrać ją do siebie. Oczywiście na spanie z nią w jednym pokoju zostałem skazany akurat ja...

Znaleźliśmy nowy syrop (kolejny już), by jakoś to złagodzić. Kładziemy się spać. Już po chwili słyszę odgłosy godowe jelenia z drugiej strony pokoju. Mija około 15 minut, a dźwięk ucichł. Myślę sobie, że to na pewno syrop zadziałał. Zadowolony idę spać.

Okazało się, że to nie lek. Zmarła w nocy.

* * * * *

Gdy miałam pięć lat, dostałam od rodziców na urodziny pluszowego misia - Kubusia Puchatka. Przez całe dzieciństwo był to mój ukochany miś, z którym spałam, w którego się wtulałam plącząc, który był moim "dzidziusiem" i księciem dla moich lalek i nawet teraz gdy jestem już mężatką i mam własny dom, to mój Kubuś zajmuje honorowe miejsce na półce w sypialni - ale to taka mała dygresja.

Pamiętam, że kiedy mama dała mi tego misia pomyślałam, że jest on strasznie smutny. Inne moje pluszaki miały szerokie uśmiechy od ucha do ucha, a uśmiech tego misia był jakiś taki niewyraźny, niepełny. Postanowiłam, że obdarzę Puchatka tak wielką miłością i zainteresowaniem, że dzięki mnie uśmiechnie się bardziej. Uwierzcie mi lub nie, ale dopięłam swego. Po jakimś czasie zauważyłam, że uśmiech misia stał się większy bardziej promienny i byłam z siebie niesamowicie dumna. Nawet chwaliłam się wszystkim w domu, że dzięki mnie miś bardziej się uśmiecha.

Zapytacie jak to możliwe? Moja kochana mama chciała mi zrobić przyjemność i delikatnie poprawiła misiowy uśmiech, do czego nie przyznawała się przez całe lata. Kochana mama.

* * * * *

Jestem ze swoją dziewczyną od ponad 4 lat, planujemy ślub. Kiedy miałem bierzmowanie (niedawno, bo w czasach szkoły temat olałem), wziąłem ją na świadka. Jednym z dokumentów potrzebnych przy bierzmowaniu jest akt chrztu. Pojechałem więc do kancelarii parafialnej, gdzie brałem chrzest. Dostaję akt chrztu i coś mnie podkusiło żeby zapytać, czy ktoś był w tym samym dniu chrzczony. Usłyszałem, że tak. Dziewczynka. Moja "dziewczynka".

Przyjeżdżam do niej do domu i mówię dziewczynie, żeby zdjęcia z chrztu wyciągnęła. I wiecie co? Nawet mamy zdjęcie z chrztu razem! Jej babcia jak o tym usłyszała, to przypomniała sobie, że proboszcz mówił "zróbcie sobie razem zdjęcie, bo jeszcze się spotkacie".

No cóż, to chyba przeznaczenie.

* * * * *

Mam dziewiętnaście lat. Dwa lata temu wraz z koleżanką wybrałyśmy się dookoła jezior, które są swego rodzaju "atrakcją" na naszej wsi (jest tam plac zabaw, kilka plaż, pomost i jakieś urządzenia do ćwiczeń poustawiane wzdłuż właśnie tej ścieżki zdrowia). Dookoła tych jezior są lasy.
Była godzina między szóstą a siódmą rano, bo chciałyśmy jeszcze wrócić i zdążyć się ogarnąć do szkoły.

Byłyśmy gdzieś w połowie ścieżki zdrowia i zatrzymałyśmy się akurat przy urządzeniu do robienia brzuszków, albo coś. Wtedy z lasu usłyszałyśmy jakieś głośne głosy i pijackie śmiechy. Już wtedy wiedziałam, że to nie skończy się dobrze.
Nie zdążyłyśmy nawet pobiec po rowery, kiedy z lasu wyszli dwaj starzy, obleśni i co najgorsze - pijani faceci. Od razu zaczęli nas zaczepiać i zagadywać. Zablokowali nam drogę do rowerów oraz drogę powrotną. Byłyśmy jak w pułapce, za sobą mając tylko jezioro.

Na początku dość jasno dałam facetom do zrozumienia, że nie jestem zadowolona z ich towarzystwa, ale to tylko sprawiło, że stali się bardziej nachalni oraz agresywni.
Koleżanka była okropnie przerażona i kiedy o coś ją wypytywali nie była w stanie nic z siebie wydusić. Ja próbowałam im skłamać, że jest z nami mój starszy brat i zaraz dojdzie, ale wtedy jeden z nich stwierdził wprost, że wie, że jesteśmy tu same.

To było za dużo.

Złapałam koleżankę i po prostu zaczęłam biec w stronę jeziora. Pogubiłyśmy po drodze buty i z dużego rozbiegu wskoczyłyśmy do wody. Faceci polecieli za nami, jeden wlazł nawet do wody. A my po prostu płynęłyśmy jak szalone, chociaż ubrania ciągnęły nas w dół. Dodam tutaj, że była to połowa października. Podejrzewam, że gdyby nie adrenalina, po prostu byśmy się potopiły.

Przepłynęłyśmy całe jezioro (nie było akurat jakieś wielkie, całe szczęście) i jakimś cudem miałyśmy jeszcze siłę, aby w ogóle uciec z tamtego miejsca. Niewiele myśląc pobiegłyśmy do sklepu całodobowego, który był pół godziny drogi od tego jeziora. Stopy pokaleczyłyśmy sobie przy tym ostro. Tam dostałyśmy jakieś ręczniki, a kasjerka wezwała policję i karetkę. Policja pojechała tam gdzie zeznałyśmy, ale znaleźli tam tylko nasze rowery.

Ratownicy z karetki stwierdzili tylko, że jesteśmy wymęczone i wyziębione. Opatrzyli nam też stopy. Moi i koleżanki rodzice byli przerażeni, miałyśmy, dla bezpieczeństwa, kilkudniowy zakaz wychodzenia z domów.

Kilka dni później jacyś kolesie znaleźli w jeziorze ciało. To był ten facet, który próbował za nami popłynąć...
Już nigdy więcej nie poszłam w to miejsce, nawet z większą grupą.
14

Oglądany: 57622x | Komentarzy: 29 | Okejek: 225 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało