Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Podróbki, przekręty i jawne oszustwa - o tych muzycznych skandalach mogłeś nie wiedzieć!

44 143  
92   31  
Nie od dziś wiadomo, że przemysł muzyczny pełen jest zakulisowych skandali, aktów przekupstwa i wojenek pomiędzy artystami. Czasem jednak pewne karygodne przekręty wychodzą na wierzch, a zszokowani słuchacze długo nie mogą pogodzić się z tym, że ich ukochani artyści nie do końca są osobami, za które się podawali...

Podróba Deep Purple i jej amerykańskie tournée

Legendarna formacja Deep Purple powstała w 1968 roku i już na początku kolejnej dekady stała się żywą legendą. To za sprawą pięciu wydanych przez ten zespół albumów, z których każdy osiągnął wielki sukces. Po kilku latach koncertowania oraz ciągłej pracy w studio muzycy wypalili się i w 1976 roku zdecydowali o zawieszaniu grupy. Muzycy skupili się na tworzeniu solowych projektów, jednocześnie odrzucając wiele opłacalnych ofert oferowanych za reaktywację Deep Purple.

Mimo to na samym początku lat 80. formacja ruszyła w trasę po USA i Meksyku, gdzie autorzy „Child in Time” mieli mnóstwo fanów. Jedynym grającym w tym zespole artystą powiązanym z oryginalną grupą był Rod Evans – wokalista, który przez bardzo krótki czas występował w Deep Purple, zanim w 1969 roku jego miejsce zajął Ian Gillan.


Brytyjscy muzycy zostali powiadomieni o „podróbie” ich grupy dającej koncerty na drugiej półkuli. Stało się to niedługo przed koncertem oszukanego Deep Purple w Kalifornii. Artystom udało się wykupić miejsce reklamowe pod afiszem promującym imprezę i już wkrótce poniżej billboardu z zapowiedzią występu znalazł się napis: „Na koncercie Deep Purple, który odbędzie się 19 sierpnia 1980 roku w Long Beach Arena NIE pojawią się następujący muzycy: (...)” - tu wymieniono wszystkich oficjalnych artystów tworzących zespół. Mimo to fałszywa grupa zagrała parę koncertów. Podobno wyszły one dość fatalnie – aranżacje utworów Deep Purple były tak nędzne, że wielu utworów nie dało się rozpoznać.

Rod Evans (ostatni z prawej) i jego "podrobiony" zespół

Prawnicy nie puścili Evansowi tego występku płazem i wytoczyli mu sprawę sądową, którą ten oczywiście przegrał – musiał zapłacić potężne odszkodowanie, a jego dalsza kariera muzyczna została pogrzebana.

The Zombies – nieistniejący zespół, który grał dwie trasy koncertowe jednocześnie

Kapela The Zombies powstała w 1962 roku i wstrzeliła się w modny wówczas trend „inwazji” brytyjskich zespołów na amerykańskie listy przebojów. To tam grupa odniosła większy sukces niż w swojej ojczyźnie. Mimo że kariera stała przed młodymi artystami otworem, formacja rozpadła się w 1967 roku, zaprzepaszczając swój olbrzymi potencjał. Tymczasem w USA w każdym radiu rozbrzmiewał hit autorstwa The Zombies pt. „Time of the Season” i pewne było, że gdyby grupa reaktywowała się i ruszyła w trasę, sale koncertowe w USA wypełniłyby się po sufit! Do tego jednak nie doszło.

https://www.youtube.com/watch?v=qzpPy9hJYA8

No cóż. A jednak – stało się. Agencja Delta Promotions powołała do życia dwie kapele, które ochrzczono mianem The Zombies i zorganizowano im tournée po Stanach Zjednoczonych! W jednym z tych zespołów grał Dusty Hill i Frank Beard, którzy niedługo potem stali się członkami ZZ Top!

Mimo że nazwa sugeruje oryginalnych The Zombies, to mamy do czynienia z podróbką. Dwaj artyści w środku to legendarni członkowie ZZ Top.

W 1988 roku kolejny „oszukany” zespół the Zombies zagrał w USA serię koncertów, a nawet zaklepał sobie prawa do nazwy grupy, ponieważ ta nigdy nie została przez oryginalnych muzyków zastrzeżona. W składzie tej formacji grał basista Ronald Hugh Grundy. Jako że artystą zasiadającym w oryginalnym The Zombies za perkusją był inny Hugh Grundy, artyści wciskali wszystkim kit, że to ten sam gość. Po prostu odkrył w sobie talent do instrumentów strunowych…

Warto też dodać, że Delta Promotions dokonała już przynajmniej raz podobnego przekrętu, tworząc koncertującą podróbkę The Animals.

Joyce Hatto – jedna z najgenialniejszych brytyjskich pianistek oszustek

Joyce przez wiele lat usiłowała zrobić karierę jako pianistka. Niestety, początkowo z dość marnym skutkiem. Kiedy na jej koncerty nie przychodziło zbyt wielu słuchaczy, artystka zajęła się nauczaniem gry na tym instrumencie. Do publicznego grania wróciła na krótko w latach 70., jednak i tym razem nie odniosła sukcesu. Koncertowanie przerwała tłumacząc się chorobą nowotworową. I dopiero wówczas, gdy Hatto zaczęła rejestrować albumy w studiu, świat oszalał na jej punkcie.


Pianistka nagrała ponad sto albumów, zazwyczaj wydawanych w niskim nakładzie. Zazwyczaj z miejsca stawały się one „białymi krukami” i powodem zachwytów krytyków muzycznych. Dopiero w 2007 roku okazało się, że spora część utworów Hatto to plagiaty i sprytne miksy. W tym oszustwie pomagał artystce jej mąż, który później tłumaczył się, że w ten sposób chciał sprawić radość swojej cierpiącej na nowotwór żonie. Joyce faktycznie zachorowała na raka, ale nie jak twierdziła w 1976 roku, ale kilkanaście lat później!

Fritz Kreisler – oszust, któremu włos z głowy nie spadł

Kreisler był austriackim wirtuozem skrzypiec, który jako młodzieniec grał koncerty w Berlinie. Z racji na swoje żydowskie pochodzenie, musiał w latach 30. ubiegłego wieku przeprowadzić się do USA. Tam zachwycił publikę grając nieznane, jak sam mówił, kompozycje m.in. Bacha, Pugnaniego czy Vivaldiego. Utwory wykonywał w akompaniamencie fortepianu.


W 1935 roku, podczas wywiadu Kreisler przyznał się, że wszystkie rzekome dzieła dawnych artystów w rzeczywistości zostały napisane przez niego. Przypisując ich autorstwo wielkim kompozytorom chciał zwrócić na siebie uwagę i ściągnąć na koncerty jak największą ilość melomanów. Wybuchł ogromny skandal, który – o dziwo! - absolutnie nie zaszkodził reputacji oszusta. Fritz był tak znakomitym wirtuozem, że nabici w butelkę słuchacze szybko darowali mu ten przekręt.

Elvis żyje i nazywa się Orion!

Krótko po śmierci rock’n’rollowego króla Jerry Lee Lewis nagrał płytę, na której znalazł się kawałek „Save the Last Dance for Me”. W utworze tym słychać… Elvisa! Wśród fanów muzyki Presleya pojawiły się głosy, że to jakiś niewydany wcześniej numer ich idola. Niektórzy przekonani jednak byli, że Król nie umarł i od teraz występuje pod pseudonimem Orion. Wydawca tego albumu – Sun Records – twierdził, że piosenkarzem jest tajemniczy, ukrywający swoją tożsamość zamaskowany artysta. Wkrótce człowiek posługujący się ksywką Orion nagrał swoją pierwszą płytę o wiele sugerującym tytule „Reborn”…


Żeby tego było mało, w tym samym czasie na półkach amerykańskich księgarni pojawiła się książka pt. „Orion”. Opowiadała ona o wielkiej gwieździe muzyki, która finguje własną śmierć, aby uciec od wyniszczającego świata szołbiznesu.

Przez wiele lat fani Elvisa dzielili się na dwie grupy. Jedni twierdzili, że Orion jest wybitnie utalentowanym naśladowcą Króla, drudzy szczerze wierzyli w spisek i uważali, że tajemniczy piosenkarz to Król we własnej osobie. Rację oczywiście mieli ci pierwsi. W 1983 roku niejaki Jimmy Ellis przyznał się, że to on jest Orionem i że kończy swoją karierę pod tym pseudonimem.


Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

Oglądany: 44143x | Komentarzy: 31 | Okejek: 92 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało