Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

"Król Lew" - jeden z najbardziej dochodowych plagiatów w historii kina!

61 429  
192   61  
Nie jest żadną tajemnicą, że większość filmowych animacji Walta Disneya to zazwyczaj ekranizacje znanych dzieł literatury dziecięcej. Aby jednak uciszyć głosy zarzucające firmie brak kreatywności, na przełomie lat 80. i 90. włodarze studia ogłosili, że ich najnowsze dzieło będzie produktem od początku do końca oryginalnym. Czy wytwórni udało się dotrzymać tej obietnicy? Otóż nie.
Już od pierwszych lat swojego istnienia Walt Disney Studios zrewolucjonizowało animację, a kolejne filmy wytyczały nowe standardy, jednocześnie podnosząc poprzeczkę tak wysoko, że mało który konkurent był w stanie zbliżyć się do tej jakości. Dość tu wspomnieć o nakręconej 82 lata temu (!) „Królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach” - pierwszej pełnometrażowej animacji Disneya i jednym z najdoskonalszych przykładów wykorzystania techniki rotoskopii.

Pięć lat po sukcesie tego filmu premierę miał „Bambi” - oparta na książce Feliksa Saltena smutna opowieść o przygodach osieroconego jelonka. Bajka ta, podobnie jak wcześniejsze produkty studia, czyli „Pinokio” i „Dumbo”, podbiła serca małoletniej widowni na całym świecie. Także i w Japonii, gdzie historią kopytnego, leśnego ssaka zachwycił się Osamu Tezuka – młody rysownik mangowych komiksów. Zainspirowany kinowym seansem artysta stworzył w latach 50. serię rysunkowych historyjek o perypetiach osieroconego… białego lwa.



Podobieństw pomiędzy „Bambim” a komiksem Tezuki rzucało się w oczy dość sporo, a sam autor nie krył się, że disneyowski przebój posłużył mu za jedno z głównych natchnień. „Jungle Emperor”, bo tak się komiks nazywał, szybko odniósł sukces. Wszystko to działo się za wiedzą i z błogosławieństwem samego Walta Disneya. Twórca Myszki Miki poprosił nawet, aby Tezuka stworzył komiks na podstawie „Bambi”. Ten zgodził się i mangowy jeleń trafił do druku w 1953 roku.



Tezuka wykorzystał moment popularności białego lwiątka i już w 1965 roku na antenie japońskiej telewizji premierę miał pierwszy odcinek serialowej ekranizacji mangi. Osamu zatytułował ją „Kimba the White Lion”. Nie trzeba było też długo czekać na pełnometrażowy film, który zagościł w japońskich kinach rok później! Dzieciaki z Kraju Kwitnącej Wiśni oszalały na punkcie Kimby i przez kolejne lata lew-albinos występował w serialach, filmach i reklamach wszelkiej maści produktów.



W 1989 roku ducha wyzionął Osamu Tezuka. I dokładnie w tym właśnie czasie gdzieś w studiu Walta Disneya zaczął rodzić się nowy projekt, który światło dzienne ujrzał dopiero pół dekady później. Ten film swoją jakością musiałby urwać tyłki dzieciarni zgromadzonej w kinach i zgodnie z obietnicami jego twórców – miał też być dziełem z oryginalnym, nie opartym na żadnej książce scenariuszem. I to właśnie te zapewnienia stały się główną podporą potężnej kampanii reklamowej „Króla Lwa”, którego premiera miała miejsce w 1994 roku – produkcji, która zarobiwszy 766 milionów dolarów, stała się najbardziej dochodowym filmem animowanym w historii kinematografii!



Podczas gdy cały świat zachwycał się „Królem Lwem”, a krytycy chwalili filmowców za stworzenie ciekawej, nawiązującej do motywów szekspirowskich (a nawet biblijnych) historii, widzowie japońscy szeroko ziewali. Znali już przecież tę historię od lat! Ekipa ze studia Disneya nie tylko nakręciła bajkę bardzo podobną do serialu i filmu o przygodach Kimby, ale nawet i bezczelnie skopiowała całe ujęcia i animowane „plenery”!

https://www.youtube.com/watch?v=vHps2iC8W3o
Krótko po śmierci Tezuki Japończycy zabrali się za realizację bajki „Jungle Emperor Leo” - miał to być hołd dla zmarłego rysownika oraz kolejna, bardziej już zaawansowana animacyjnie ekranizacja jego komiksu. Niestety, na drodze twórców tej bajki pojawiły się nieoczekiwane problemy i premiera filmu miała miejsce dopiero w 1997 roku, czyli dwa lata po tym, jak „Król Lew” podbił światowe kina.



Włodarze Disneya nie kryli oburzenia i zaczęli wieszać na Japończykach psy, zarzucając im skalkowanie historii opowiedzianej w ich filmie. W odpowiedzi na te zarzuty wielu japońskich rysowników zaczęło głośno domagać się od amerykańskiej wytwórni wytłumaczenia się z plagiatu dzieła Tezuki i oficjalne uznanie lwa Kimby za pierwowzór dla „Króla Lwa”.
Yoshihiro Shimizu, dyrektor Tezuka Productions Co., nigdy jednak nie zdecydował się pozwać amerykańskiej wytwórni:

„Jesteśmy małą, dość ubogą firmą. To nie miałoby sensu… Prawnicy Disneya znajdują się w pierwszej dwudziestce najlepszych na świecie!”

Zamiast przyznać się do inspiracji i zagasić konflikt w zarodku, Roger Allers, współreżyser kinowego megahitu z 1994 roku, naburmuszył się i stwierdził, że nie wiedział nic o istnieniu mangi, serialu i filmu o białym, japońskim lwie. To doprawdy zaskakujące, że filmowiec, który przez spory okres lat 80. mieszkał w Tokio, nigdy nie zetknął się z Kimbą ani nawet nie słyszał o Osamu Tezuce – człowieku, który w swej ojczyźnie nazywany był „japońskim Waltem Disneyem”!











Sprawa stała się jeszcze bardziej klarowna, kiedy podkładający głos głównemu bohaterowi „Króla Lwa” Matthew Broderick dokonał pewnego wyznania - biorąc tę fuchę sądził, że wcieli się w postać Kimby – białego lwa z serialu, który oglądał jako dziecko. Mimo iż główni twórcy filmu zaciekle bronili się przed wszystkimi zarzutami, wielu artystów zatrudnionych do pracy przy tej produkcji nie kryło się z tym, że również oglądali emitowane w 1984 roku na kanale CBN zdubbingowane, japońskie anime o białym lwie.

Jeszcze rok przed premierą „Króla Lwa” siostrzeniec Walta Disneya, Roy Disney, udziałowiec w firmie swego wujka oraz jeden z ważniejszych konsultantów wytwórni, zareklamował na internetowym czacie nowy film wytwórni nazywając jego głównego bohatera… Kimbą!



Batalia pomiędzy azjatyckim lwiątkiem a jego amerykańskim „klonem” trwa już prawie ćwierć wieku i nic nie wskazuje na to, aby któryś z przeciwników miał odwiesić pazur na kołek. Trudno się dziwić Japończykom, że tak zaciekle walczą o dobre imię Kimby. Jak by nie patrzeć, jest to dla nich jedno z największych rodzimych dziedzictw kultury ubiegłego wieku!



Źródła: 1, 2, 3
5

Oglądany: 61429x | Komentarzy: 61 | Okejek: 192 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

19.10

18.10

17.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało