Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Młody ratownik medyczny w karetce V

45 296  
189   47  
Co artykuł witać się tym, że miałem pisać szybciej? Nieee, po prostu witam. Mijają moje sekundy, minuty, godziny, dni, miesiące w systemie. To już 10. miesiąc. Może na pierwszy roczek pokuszę się o jakieś małe podsumowanie tego, co widzę i co mi nie odpowiada. Nie wiem, zobaczę, nie obiecuję. Dziś 3 historie z moich dyżurów, dwie z praktyk, o których już wspominałem i jedna z ostatnich dni.


Chciałbym jednak zacząć od krótkiej prywaty. Zapraszam was na mój Instagram: Młody Ratownik - tam dzielę się z wami krótkimi notkami, zdjęciami czy relacjami. Z biegiem czasu postaram się zorganizować coś więcej. Tam też dostaniecie informację, gdy pojawi się nowy artykuł. Zapraszam!

Zaczniemy chronologicznie od praktyk.

Zatrzymanie krążenia na oczyszczalni ścieków

Dzień jak co dzień na praktykach, przychodzę na stację o godzinie 7:30. Witam się, przebieram się, około 9 wychodzę z karetki, po raz setny sprawdzając wszystko, żeby zapamiętać, co gdzie jest. Było to na 2. roku, wakacyjne praktyki. Słońce dopisywało, ale było jakoś spokojnie. Minęła 10, dochodziła 11, a ja dalej byłem bez śniadania...

Byłem pewien, że zaraz po rozpoczęciu dyżuru wyjedziemy i w drodze powrotnej kupię coś na śniadanie. Z małego doświadczenia już wiem, że jeśli planuję taki ruch, nigdy rano nie wyjadę. Wyjadę jak już będę bardzo głodny. Taka złośliwość życia. No ale dobra, dochodzi 11, mówię chłopakom, że idę ulicę dalej po śniadanie. "OK, jak coś, mamy numer telefonu, będziemy dzwonić". Poszedłem do znanego dyskontu. Wracam z niego i... słyszę sygnały wyjeżdżającej karetki. Patrzę na telefon - mój zespół nie dzwoni. Wyjechał inny. Po chwili słyszę sygnały i trąbki. Jestem już pewien, że jedzie mój zespół, nie zdążyli zadzwonić, już ich widzę i macham. Jadą pod prąd, zamiast nadrabiać drogi jadąc dookoła w odpowiednim kierunku. Wsiadam szybko na pasach, otwierając drzwi i słyszę:
Młody, zapinaj się, mamy zatrzymanie.

Rzucam śniadanie w bezpieczne miejsce, żeby nie rozleciało się po karetce i zapinam się. Na radiu słyszę, że dyspozytor wysyła nam śmigło do pomocy. Czas dojazdu to około 15 minut, śmigło będzie w około 20, więc chwilę będziemy walczyć w trójkę.

Pytam, co wiadomo z wywiadu. Kierowca nie ma czasu czytać, daje z mercedesa tyle, ile może. Sygnały odbijają się od bloków, samochody uciekają na chodniki...
Ratownik czyta wywiad.
Mężczyzna, lat 55, oczyszczalnia ścieków. NZK (nagłe zatrzymanie krążenia), podjęli RKO (resuscytacja krążeniowo-oddechowa).

Nie za dużo wiemy z tego wywiadu, ale jedna informacja jest bardzo ważna: PODJĘLI RKO! Czas dojazdu to około 15 minut. Gdyby nie świadkowie zdarzenia, nie mielibyśmy po co tam jechać. Po 15 minutach NZK nie ma co zbierać. Ale uciskają klatkę, więc jest duża szansa, że się uda.

W tym czasie ratownik tłumaczy mi, na czym chciałby, żebym się skupił, czyli jak na młodego przystało chwilę przed przyjazdem wyciągnę sprzęt, tj.: defibrylator, zestaw tlenowy, plecak resuscytacyjny. Kolega weźmie plecak, ja defibrylator, a kierowca zestaw tlenowy. Kolega potwierdzi zatrzymanie krążenia. Ja zacznę uciski klatki piersiowej, zbierzemy w tym momencie rytm wyjściowy. Dalej będę uciskał i zajmiemy się dalszym schematem, rozmawiając już na miejscu. Kiwam głową, że rozumiem.

W czasie dojazdu na miejsce nastąpił kontakt z załogą LPR (Lotnicze Pogotowie Ratunkowe):
- Zespół XX123 na miejscu za 5 minut.
- Tutaj ratownik 99, zrozumiałem, będziemy za 10 minut.

Dojeżdżamy do wielkiej oczyszczalni ścieków. Czeka na nas samochód, kierowca macha, żeby jechać za nim. Z daleka widzimy wielki zbiornik z fekaliami, obok niego stoi wóz asenizacyjny (potoczna szambiarka). Od strony kierowcy leży nasz pacjent, a nad nim dwóch kolegów prowadzi RKO, uciskają klatkę i prowadzą wentylację usta-usta. Czyli zajebiście wręcz!

Podjeżdżamy i wysiadamy. Dziękujemy za dobrą robotę, kolega potwierdza zatrzymanie, ja w tym momencie staram się zebrać wywiad od świadków zdarzenia.
- Co się stało?
- Kolega zadzwonił, że się źle czuje w samochodzie. Jak przyszedłem po chwili, to on już leżał na kierownicy. Wyciągnąłem go z auta, zadzwoniłem po was i po kolegę, żeby mi pomógł.
- Mniej więcej jaki czas temu?
- No około 20 temu zadzwonił, ja przyszedłem prawie od razu, można powiedzieć.

Kolega potwierdza zatrzymanie krążenia w tym czasie.
Młody, uciskaj!

Więc zaczynam uciskać, w tym momencie kierowca przynosi zestaw tlenowy i składa worek samorozprężalny, ratownik wyciąga elektrody samoprzylepne, przykleja na klatkę piersiową.
Młody, czekaj!

Zoll (defibrylator) zbiera rytm, następuje chwila niepewności... Wydaje mi się, że trwa to minuty, a to przecież maksymalnie 10 sekund. Mamy migotanie! Świetna wiadomość, serce ma aktywność, możemy mu pomóc się umiarowić za pomocą prądu, więc kolega zaczyna procedurę defibrylacji. Zoll się ładuje, ja uciskam klatkę.
Młody, czekaj!

Przestaje uciskać, kolega upewnia się, że nikt nie dotyka pacjenta, defibrylacja. Rozpoczynamy kolejny cykl RKO. Kolega ratownik pogłębia wywiad od kolegów pacjenta, starając się założyć wkłucie. Kierowca zajmuje się drogami oddechowymi. Szykuje sprzęt do intubacji. Mija minuta, jest wkłucie, pacjent gotowy do intubacji. Kolega podejmuje próbę, udaje mu się za pierwszym razem.

Dochodzimy do pierwszej analizy, kolega zza głowy mówi, że zmieni się ze mną. Analiza, kolejne migotanie. przechodzę na ambu, kolejne ładowanie i defibrylacja. Coraz wyraźniej słyszymy, że HEMS jest coraz bliżej.
Mija minuta, HEMS przelatuje nad naszą głową. Jedyne, co mam w głowie, to 1..2..3..4..5..6, ucisk worka. Niesamowite uczucie, gdy zdajesz sobie sprawę, że jesteś "płucami pacjenta". Bez ciebie on nie oddycha, dla ciebie to tylko ściśnięcie worka, żaden wysiłek. Dla niego coś, bez czego nie może żyć.

Jedyne, co z wywiadu wiemy, to że nic nie wiemy. Pan był w trakcie pracy, wypompowywał beczkę do zbiornika, tak więc - jak się domyślacie - walory zapachowe były niesamowite, ale nikt w tym momencie nie zwracał na to uwagi.
Zadzwonił do kolegów, że czuje się źle, a potem znaleźli go nieprzytomnego leżącego na kierownicy

HEMS podchodzi do lądowania. Widzieliście kiedyś lądujący helikopter w tumanach kurzu, latającej trawy? Ja widziałem tylko z daleka, a w tym momencie ląduje jakieś 10 m od nas. Przykrywam pacjenta swoim ciałem, ciągle pamiętając w głowie: 1..2..3..4..5..6.
Z helikoptera wyskakuje pierwsza pani doktor. Wita się z nami, pyta, co tam, czy mamy wkłucie. Mówimy, że mamy nawet dwa. Ona robi kolejne, wkłuwając się w szyję. Po chwili przybiega ratownik z kolejnym sprzętem. Przepinamy wszystko na ich sprzęt. Mówimy, że mamy 2x analizę, 2x migotanie + defibrylacja. Zaraz idzie kolejna analiza. Z wywiadu nic.

OK, analiza, mamy asystolie... Serce przestaje pracować. Podejrzewamy zawał serca. Jest nas 5 osób. Można powiedzieć, że wszystko jest zrobione, zostało uciskanie klatki piersiowej i oddychanie za pacjenta. Kolega przynosi respirator. Podpinamy pacjenta. W tym momencie zostało tylko uciskanie klatki piersiowej, możemy również podpiąć pacjenta pod naszego "autopulsa", ale przy takiej liczbie osób lepiej dla pacjenta jest uciskać klatkę piersiową "ręcznie".



Tak naprawdę po dobrym zaprogramowaniu sprzętu, czyli połączenia autopulsa z naszym zollem i podłączenia pacjenta pod respirator wszystko dzieje się samo, my musimy tyko podawać leki i kontrolować co pętlę, jaki mamy rytm.

Po kolejnej analizie mamy powrót rytmu, który może dawać nam prawidłowy rzut serca. Sprawdzamy tętno na t. centralnych i obwodowych. Mój kolega i doktor z HEMS-u wyczuwają tętno. WRÓCIŁ! Mamy go po tej stronie. Około 30 minut zatrzymania. Szykujemy pacjenta do transportu, żeby przenieść go do HEMS-u.

W czasie przekładania na nosze następuje ponowne zatrzymanie krążenia. Kolejnych 5 pętli walki o życie pacjenta. Wrócił ponownie. Przenosimy pacjenta do helikoptera. Jest już w środku, HEMS szykuje się do startu, lecz następuje kolejne zatrzymanie krążenia, mechanizm zatrzymania: asystolia. Mamy łącznie około 50 minut zatrzymania krążenia.

Lekarz podejmuje decyzję o stwierdzeniu zgonu. W czasie kolejnego zatrzymania krążenia w czasie lotu mogliby sobie z tym nie poradzić. My na kołach mamy jakieś 60 minut. Pacjent nie rokuje.

Przystępujemy do sprzątanie miejsca zdarzenia, lekarz wypisuje kartę zgonu. Jakoś w tym momencie podjeżdża samochód, hamuje z piskiem opon. Z niego wyskakuje młody policjant w mundurze, a za nim kobieta ubrana po cywilnemu. Trochę się dziwię, że tak wpadli na miejsce zdarzenia, no ale wypadek w pracy etc. Ale coś mi nie gra, bo biegnie od razu do śmigłowca, do lekarza. Po chwili ich rozmowy słyszę krzyk i płacz. Okazuje się, że pacjent był ojcem tego policjanta. Dostał telefon na służbie...

Zwłoki pacjenta muszą zostać na miejscu zdarzenia. Nie może jechać ani w karetce, bo w niej nie nastąpił zgon, ani tak naprawdę w HEMS-ie. Szykujemy miejsce w jednym z magazynów. Przenosimy pacjenta na noszach, kładziemy go w worku na zwłoki na kocu. Straszna sytuacja, pomagają nam koledzy z jego pracy. Po sprzątnięciu podchodzę do nich, są w szoku. Dziękuję im za pomoc, mówię zgodnie z prawdą, że dzięki nim miał chociaż szansę na przeżycie, bez nich na pewno by nie żył. Gdyby nie oni, nie mielibyśmy po co nawet zaczynać. Po prostu nie wszystkich można uratować...

Czemu ratownik płakał

Kiedyś w artykule wspomniałem o tym, że na praktykach po wyjeździe spotkałem płaczącego ratownika w karetce. Już wyjaśniam, o co chodziło.

Kolejny dzień praktyk. Wyjazd mniej więcej o treści: "Duszność, osłabienie, lekarz POZ odmawia wizyty".
Czyli moje ulubione: "Lekarz POZ odmawia wizyty". O tym, jakimi leniami są lekarze z POZ, można książki pisać. Jest to chyba jedyne wezwanie, którego treść powoduje we mnie zdenerwowanie. Nie na ludzi, którzy wzywają, ale na tych lekarzy, którzy chcą tylko trzepać siano za pacjentów, ale żeby już się do nich wybrać, to tak niekoniecznie - wtedy zalecają wezwanie ZRM. Ostatnio mój kolega jechał do wezwania: "Lekarz POZ kazał wzywać ZRM, bo twierdzi, że nic się nie da zrobić".
No cóż, pojechał kolega anioł i jednak pomógł pacjentowi... No, ale wracając do meritum, o tym kiedyś też chyba napiszę mocno emocjonalny artykuł (ALE NIE OBIECUJĘ) .

Przyjeżdżamy na miejsce zdarzenia. Otwiera syn pacjenta, około 50-60 lat, sam pacjent około 90 lat. Od razu informuje nas, że miejsce, w którym jest jego ojciec jest monitorowane ze względu na to, że chcą mieć dziadka ciągle pod kontrolą. Miło, że mówi. Nie mamy nic do ukrycia, bo przecież przyjechaliśmy pomóc, ale już w pracy spotkałem się z tym, że bywałem nagrywany, żeby później chcieć wyciągnąć od nas jakieś pieniądze lub przedstawić nas w złym świetle (historia na inny artykuł).

Ja badam pacjenta, kolega zbiera wywiad. Pacjent z chorobą nowotworową od dłuższego czasu bez logicznego kontaktu, w tym momencie gorączkuje. Lekarz POZ odmawia wizyty, bo ma za daleko i zaleca wezwać ZRM. Badam pana, ciągle mam gdzieś w głowie, że zaraz coś jeb**. Że to ostatnie badanie, jakie pacjent otrzymuje. Nie wiem, dziwne uczucie.

Kończę badanie - no cóż, pan jest po prostu niszczony przez nowotwór. Kolega ratownik informuję, że możemy pana wziąć do szpitala, ale za bardzo nie ma z czym. Transport dla pana może okazać się ostatnim transportem. No i jednak trzeba się szykować na najgorsze. Rodzina mówi, że na pewno nie odda taty do szpitala, po prostu chcieli wiedzieć, co zrobić. Informujemy, że nie wystawiamy recept i tak naprawdę nic nie jesteśmy w stanie zrobić. Jedyne, co możemy zalecić, to napisanie skargi na lekarza i jego zmianę. Próbę umówienia z innym. Dajemy informacje, jacy lekarze są jeszcze w okolicy. W tym momencie zbieram sprzęt i idę do karetki go uzupełnić. Kolega tłumaczy jeszcze kilka rzeczy. W pewnym momencie przychodzi do mnie kierowca.
Młody, dawaj z zollem, pacjent się zatrzymał.

Robię wielkie oczy. Ale jak się zatrzymał, przecież przed chwilą go badałem? Miałem wrażenie, że coś jest nie tak, no ale tak szybko?!
Wbiegam na górę, a tam spokój i cisza. Rodzina wokół taty, żegna się z nim. Ratownik uspokaja mnie dłonią, wykonując gest, żebym chwilę poczekał.

Rodzina robi nam miejsce, potwierdzamy zatrzymanie krążenia w mechanizmie asystolii. Pana wykończył rak, rodzina dziękuje nam za wszystko. Widać, że byli na to gotowi. Pytają nas, co teraz. Kolega tłumaczy, z kim trzeba się skontaktować, żeby wystawił kartę zgonu i że dalej jakiś zakład pogrzebowy etc. Rodzina nam dziękuje, wychodzimy.
Wracamy na bazę, kolega mówi, że skończy kartę i przyjdzie. Wychodzę z kierowcą, ale zapominam czegoś z karetki. Wracam.
Kolega stoi koło drukarki, ukrywa się, ale widzę, że ma łzy w oczach. Pytam:
- Stary, co jest? Przecież widzę, że płaczesz, mów, nie pier***
- Słuchaj, młody, od tego mieszkania kilka domów dalej mieszkają moi rodzice, a ostatnio jakoś brakło czasu, żeby do nich zadzwonić, odwiedzić. Po prostu pomyślałem, co by było, gdyby to oni...
- Słuchaj, to dobrze, że płaczesz, znaczy, że jeszcze masz uczucia. Zadzwoń do nich, odwiedź ich, przecież jeszcze nic straconego.
Klepię go po plecach.
- Dzięki, młody.

Ociera łzy, chyba mu pomogło... W tym momencie od razu pomyślałem też o swoich, od razu do nich zadzwoniłem. Takie sytuacje po prostu to potęgują. A mi pozostaje dziękować Mamie i Tacie za to, że znalazłem się tu, gdzie jestem i mogę robić to, co chcę. Wiem, że to przeczytacie. Kocham Was.

Nóż w tętnicy udowej

Na koniec wezwanie, które mogłoby wydać się w końcu ratownictwem!
Godzina około 21:00, dostajemy wezwanie jechać do pomocy w zniesieniu innemu zespołowi. Gdy pacjent jest odpowiedniej wagi, nie ma co zgrywać bohatera, kręgosłup ma się jeden. Nawet z pierwszego piętra znosząc pacjenta, który waży około 90 kg może coś się stać. Dlatego normalniejszy ratownik stara się wezwać kogoś do pomocy, a nie krzyczy, że damy radę we dwóch. Owszem, damy radę, to na pewno, ale jakim kosztem?
Jedziemy spokojnie bez sygnałów. Nagle na radiu wezwanie:
Zespół XX123, zgłoś się.
- Tu XX123, co tam?
- Jesteście obok, ulica owaka 23, ugodzenie nożem w tętnice udową, policja już jedzie, zaraz wpadnie wam odwołanie i wezwanie.
- Przyjąłem, jedziemy!

W tym momencie jak dyspo powiedział, tak zrobił - odwołanie i kolejne wezwanie. KOD PILNOŚCI PIERWSZY! Cieszę się, w końcu ratownictwo!

Upewniam się, że opaska uciskowa jest przypięta tam, gdzie być powinna, kupiłem ją za własne pieniądze, dysponent mi jej nie zapewnia. Jestem w stanie wydać około 100 zł, żeby ułatwić sobie pracę i dać większe szanse na przeżycie pacjentowi. Czasami gaza i bandaż nie zadziała. A na pewno zejdzie dłużej, zanim założy się dobry opatrunek uciskowy.

IMPROWIZOWANE OPASKI UCISKOWE NIE DZIAŁAJĄ! O czym zaraz również się dowiecie z tego przypadku wyjazdu.

Dojeżdżamy na miejsce zdarzenia, przed nami przyjeżdża patrol policji. W czasie drogi witamy się i pokrótce wymieniamy informacjami, jakie mamy. Zebrane w kupę brzmi to: "Kłótnia w domu, pacjent lat 22, dostał nożem w tętnicę udową, mocno krwawi".

Z tych informacji wynika, że nie mamy dużo czasu. 2. piętro. Policja wbiega przed nami, na klatce słyszę charakterystyczny dźwięk przeładowania broni. Chłopacy mówią, że jak zrobią, żeby tam było bezpiecznie, to powiedzą, żebyśmy weszli. "Czekajcie na schodach gotowi do ewentualnej ucieczki". Rozumiemy.

Otwierają drzwi i krzyczą, żeby wszyscy się położyli na ziemi. Z dalekiej odległości wyciągają osobę, która dźgnęła nożem kolegę. Po skosie ze schodów widzę poszkodowanego. On i jego dziewczyna trzymają go w okolicy uda od strony zewnętrznej, po ilości krwi na ziemi już jestem prawie pewien, że to nie tętnica. Na klatce zaczynam czuć gaz pieprzowy, ale przecież chłopaki nie użyli. W tym momencie chłopaki mają skutego napastnika i innego osobnika. Zrobili nam bezpiecznie. Tamci leżą na ziemi, został tylko poszkodowany i jego dziewczyna, która tamuje krwawienie. Nie jestem w stanie wejść do środka, bo czuję gaz. Krzyczę, żeby wyciągnęli mi poszkodowanego.

Poszkodowany z pomocą dziewczyny wychodzi na klatkę. Uwidoczniam ranę w okolicy zewnętrznej uda. Puszczając ucisk bezpośredni poszkodowanego i dziewczyny rana prawie nie krwawi. Co potwierdza tylko to, że - tak jak myślałem - tętnica to nie jest. Ale patrzę i... co ja widzę zawiązane obok pachwiny? Pasek, kabel USB i sznurówkę? Pytam, co to. Poszkodowany odpowiada mi, że "starali się założyć stazę taktyczną (OPASKĘ UCISKOWĄ!) tak jak na filmach, ale nic nie pomogło, to w końcu trzymali ręcznie ranę za pomocą ręcznika i to pomogło".

NO WAY! Ucisk bezpośredni pomógł! Chciałbym, żebyście zapamiętali na zawsze, jeśli nie macie dedykowanego sprzętu, nie bawcie się w improwizowane opaski uciskowe, zastosujcie dobry opatrunek uciskowy w miejscu rany lub ucisk bezpośredni na tę ranę. Jeśli to rana z krwawieniem tętniczym, nie macie czasu na zabawę, nie ma sensu tracić sekund i krwi pacjenta na robienie z siebie tacticoool ratownika MacGyvera.

No, ale wracając, zabezpieczam ranę gazą i bandażem uciskowym i tyle, po ranie i krwawieniu.

Pytają, czy to była tętnicza. Mówię, że nie. Badam pacjenta do końca i informuję, że prócz rany wszystko jest OK i po zszyciu pan wróci do domu.
W karetce podaję środki przeciwbólowe, przez co - jak mówi pacjent - zapewniłem mu najlepszą bombę życia. No cóż, ma 19 lat, dużo jeszcze przed nim.

O co chodziło w tej kłótni? W sumie o nic, wiadomo - alkohol, jakaś sprzeczka i gość wyciągnął mały nóż, odważny właściciel domu nie ugiął się pod argumentem żelaza i dalej obrażał gościa. Gość użył noża, a właściciel użył gazu. Drugi kolega, który był na miejscu, od razu zajął się napastnikiem tak, że nie wyrządził innym więcej krzywdy.

* * * * *

No cóż, to na tyle w tym artykule, trzymajcie się! Zapraszam ponownie na mojego Instagrama: Młody Ratownik. Pozdrawiam również Sierżanta Bagietę, całą ekipę z discorda i grupy na FB Piekarnia Sierżanta!

<<< W poprzednim odcinku


Oglądany: 45296x | Komentarzy: 47 | Okejek: 189 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

23.08

22.08

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało