Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Feministki - smutne plemię, które aby przetrwać musi walczyć z wrogiem, którego nie ma

66 611  
350   311  
7 czerwca 1968 roku 200 pracownic londyńskiego zakładu Forda wyszło na ulice, aby domagać się płacowego równouprawnienia. W ślad za nimi, do protestów dołączyły panie z fabryki tej samej firmy w Dagenham. Medialny szum towarzyszący tym strajkom sprawił, że ich postulaty szybko znalazły poparcie wśród tysięcy kobiet. W wyniku tej manifestacji wkrótce w życie weszło prawo zwane Equal Pay Act 1970, na mocy którego zarobki przedstawiciele obu płci stały się równe.
Dziś feministki z równą zaciekłością walczą z mężczyznami zabierającymi im miejsce w transporcie publicznym oraz wynikającym z patriarchalnego ucisku, braku popularności żeńskich odmian zawodów w języku polskim…
Parę dekad temu całym swoim sercem byłbym za feministkami. Za ich prawem do równych płac, za prawem do głosowania, czy chociażby za walką ze stereotypem, przypiętej łańcuchem do zlewu, domowej kury. Wielka feministyczna rewolucja, która w latach 60. i 70. przetoczyła się przez USA i większość zachodnich państw europejskich zdecydowanie była potrzebna i przyniosła efekt.
W pewnym jednak momencie feministki dotarły do „końca mapy” - mając wywalczoną równość polityczną i płacową, przyszedł czas na sprawy społeczne. A tu sprawa okazała się znacznie trudniejsza, bo przecież kwestie indywidualnego postrzegania kobiet i związanych z nimi stereotypów nie są w żaden sposób ograniczone prawnymi regulacjami.
Jakiś czas temu wybuchła medialna burza wokół faktu, że sportsmenki zarabiają mniej niż ich męscy koledzy z branży. I to, poza kilkoma wyjątkami, jest faktem – kibice wolą oglądać zawody, w których biorą udział faceci, a sponsorzy lepszą kasę za reklamowanie swoich produktów, płacą męskim gwiazdom sportu. Wściekle wyjące, oburzone feministki, które zrobiły z tej sprawy wielki skandal zupełnie pominęły fakt, że analogiczną sytuację obserwujemy w świecie mody, gdzie to panie zarabiają więcej pieniędzy, a wszyscy „z marszu” jesteśmy w stanie wymienić przynajmniej kilka supermodelek. Tymczasem prawdopodobnie nie będziemy sobie w stanie przypomnieć nawet jednego nazwiska znanego modela…

Dawniej walczące ze stereotypowym wizerunkiem kobiety w reklamach, feministki, dziś toczą też pianę o brak żeńskich maskotek reklamujących płatki śniadaniowe, a domagające się równych praw między płciami i protestujące przeciw stereotypom panie twierdzą, że wszyscy mężczyźni zasługują na pogardę.


Niegdyś słuszne batalie o to, co ważne i konieczne, obecnie ustąpiły miejsca zaciekłym walkom o pierdoły i wyssane z pępka, wyimaginowane potrzeby. Paradoksalnie – ofiarami tych zabiegów nie są już tylko mężczyźni. Promująca zdrowy tryb życia i nakłaniająca Polki do uprawiania sportu, Ewa Chodakowska dostała ostatnio potężny policzek od feministek, którym nie spodobało się to, że najsłynniejsza w naszym kraju, trenerka krytykuje osoby sięgające po śmieciowe jedzenie.


Chodakowskiej zarzucono tak zwany fat-shaming, czyli celowe atakowanie i ośmieszanie osób otyłych. Według osób promujących to wdzięczne sformułowanie, wyrażając swoją opinię na temat złego odżywiania się i unikania fizycznego wysiłku, pani Ewa dała się poznać jako bestia porównywalna z samym Hitlerem. Mimo że intencje słynnej trenerki były oczywiście dobre, a całe to zamieszanie jest prawdopodobnie związane z czystą zazdrością o nienaganny wygląd pani Chodakowskiej, mniej dbające o swoją linię feministki sięgnęły po typową dla siebie broń i… poczuły się obrażone. Trzeba przyznać, że to im ostatnio wychodzi najlepiej.


Ruch feministyczny, tak jak każdy inne społeczne zrzeszenie nie jest tylko zbiorem osób o podobnych poglądach, ale przede wszystkim stanowi zorganizowaną i skupioną na osiągnięciu swojego celu grupę. Taką, która posiada swoje fundacje, siedziby oraz charyzmatyczne i wyedukowane przywódczynie. To takie wielkie, międzynarodowe plemię. A plemię łatwo kontrolować. Układa się więc temu plemieniu prostą, grającą na emocjach wizję złego świata rządzonego przez męskich tyranów i gwałcicieli, a następnie z ideologicznych klocków buduje się plemienny światopogląd. Jak to w każdej grupie bywa – kto nie z nami, ten przeciwko nam. Także i tutaj nie mam miejsca na wątpliwości i indywidualne myślenie – ważny jest cel. Pytanie tylko – jaki? Kobiety mają przecież wszystkie prawa, dyskryminacja płacowa od lat maleje, a przedstawicielki płci pięknej dawno już zrzuciły fartuchy i z powodzeniem realizują się w życiu zawodowym.

Kiedy nie ma już o co walczyć, problemy trzeba sobie zacząć tworzyć i na siłę doszukiwać się dowodów na społeczne prześladowanie, seksizm i toksyczny szowinizm. Skoro nie jest się ofiarą, trzeba ją z siebie zrobić. Ceną jest tu przecież przyszłość plemienia! Bez istnienia celu, cały ten ruch padnie, a wraz z nim z torbami pójdą tysiące pań, które na feminizmie zbudowały swoje kariery. Wykładowczynie, autorki książek, właścicielki fundacji, wydawczynie feministycznych magazynów czy wreszcie polityczki (tak jest – skoro Jan Miodek powiedział, że feminatywy są ok, to kimże ja jestem, aby się buntować?), które w programach wyborczych, z celnością snajpera, trafiają do niezliczonej ilości przedstawicielek swojego, wierzącego w patriarchalny ucisk, plemienia.


W pewnym momencie to strona „uciskana”, po osiągnięciu swoich celów, sama zaczyna zamieniać się w bezwzględnego dręczyciela. Tak było w przypadku komunizmu, który u podstaw walczył przecież z uciskiem klasowym, tak było z południowoamerykańskimi rewolucjonistami, którzy po obaleniu opresyjnych władz, wprowadzali w swoich państwach reżimowy terror. Tak samo jest z feminizmem, który na siłę, próbuje przepychać podwójne, społeczne standardy i obraz świata mocno dopasowany do odpowiedniego światopoglądu.
Bardzo wdzięczną formą utrzymywania plemienia w działaniu są kwestie seksualne. Słuszny u podstaw ruch „społecznościowy” #metoo stał się zaprzeczeniem tego, czym miał być. Z idei zwrócenia uwagi na problem gwałtów powstało narzędzie do naginania definicji seksualnej przemocy, a efektem ubocznym tego przedsięwzięcia są dziś tysiące fałszywych, niszczących ludziom życie oraz kariery, oskarżeń o molestowanie.
Tymczasem w Polsce antybohaterem dziesiątek feministycznych serwisów i facebookowych fanpejdży stał się Mariusz Pudzianowski, który pewnie nieświadomy następstw swojego czynu wrzucił do sieci żart suchy niczym niezalana zupka Vifona.


Pewnie już wiecie, że post ten stał się piekącym hemoroidem na zwieraczach feministek, które żart z gwałtu uznały za coś na kształt ukrytej promocji molestowania seksualnego kobiet, bo przecież o to właśnie naszemu strongmanowi chodziło, kiedy wrzucał na Facebooka ten nieśmieszny wpis – bierzcie wszyscy sznurki, chloroform i tabletki gwałtu. Idziem się kochać!
Nagle okazało się, że żadna, ale to żadna feministka nigdy nie zarechotała słysząc niewyszukanego dowcipu o Żydach, Murzynach, martwych płodach i podstawowych czynnościach fizjologicznych, bo przecież każda rodzi się bez kręgosłupa. Jego funkcję pełni chyba największa i najbardziej skuteczna broń w rękach wojowniczek o rzeczy nieważne. To:


Oglądany: 66611x | Komentarzy: 311 | Okejek: 350 osób