Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Sześć horrorów z lat 80., które trzymają się lepiej niż trup w formalinie!

54 782  
148   43  
Znacie ten gorzki smak rozczarowania, który towarzyszy wam, kiedy zasiadacie do seansu swojego ulubionego filmu z lat szczenięcych i okazuje się, że ten zestarzał się gorzej niż „Pan Kleks w kosmosie”? Na szczęście sporo kultowych pozycji kina grozy do dziś trzyma się znakomicie!

„Martwe Zło” (1981)

Nakręcony przez Sama Raimiego w 1981 roku horror „Martwe Zło” był tak naprawdę odświeżoną, nakręconą za większy budżet, wersją półgodzinnej, amatorskiej produkcji, którą to Raimi z kumplami nakręcił jakiś czas wcześniej. Sześc lat później reżyser, zasilony jeszcze większym pieniądzem, zrealizował kolejny remake historii o opuszczonej chatce w środku nawiedzonego lasu.


Pierwsze „Martwe Zło” to typowy przykład taniego kina klasy B, a jego twórcy, z braku funduszy, musieli wspinać się na szczyty kreatywności aby efekty specjalne robiły wrażenie (efekt rozkładającego się trupa uzyskano wykorzystując rozmiękłe płatki owsiane, żelki, gumowe węże oraz szczątki prawdziwych karaluchów z Madagaskaru). Film, mimo nędznego budżetu i miejscami nieco przeszarżowanego aktorstwa, w dalszym ciągu ogląda się pysznie.

„Hellraiser” (1987)

Pozycja znana na naszym rynku VHS, jako „Wysłannik piekieł” to dzieło Cliva Barkera. To on w 1976 roku napisał opowiadanie o człowieku, który za pomocą specjalnej kostki ściąga na Ziemię demony z najgłębszych zakamarków piekieł. Pisarz sam później przygotował scenariusz oraz stanął za kamerą "Hellraisera". Zdecydowanym atutem filmowej wizji Barkera były postaci cenobitów – posępnych istot wyspecjalizowanych w serwowaniu swoim ofiarom ekstremalnego bólu graniczącego z masochistyczną wręcz rozkoszą. Barker projektując tych bohaterów wzorował się na modzie punkowej, ubiorze katolickich księży oraz wdziankach noszonych przez członków społeczności sado-maso, którym bacznie przyglądał się podczas wizyt w amsterdamskich klubach dla fetyszystów.


Nakręcono sporo lepszych i gorszych (głównie gorszych…) części tego znakomitego horroru, jednak żaden nie dorastał do pięt pierwowzorowi. W planach była nawet realizacja produkcji, w której pojawić się miały postaci z „Hellraisera” i „Halloween”. Projekt został jednak szybko wstrzymany przez właściciela praw do produkcji o Michaelu Myersie.


„The Thing” (1982)

Oglądając liczące sobie 37 lat dzieło Johna Carpentera nie trzeba nawet przymykać oczu na marne efekty specjalne, bo w tym filmie ich nie uświadczymy. Wykonane przy udziale znakomitego speca od przerażającej, kinowej magii – Roba Bottina, animatroniczne kukły, biją na łeb i plują na grób współczesnym fajerwerkom wygenerowanym komputerowo.


Co zaskakujące – film początkowo został kompletnie zjechany przez krytyków i dość słabo poradził sobie w kinach. Prawdopodobnie winę za to ponosi… Steven Spielberg i jego „E.T.”, który premierę miał zaledwie dwa tygodnie wcześniej. Widzowie zdecydowanie bardziej woleli rodzinny seans z happy endem niż krwawą, klaustrofobiczną, pozbawioną radosnego finału, potworność, w której z oderwanych głów wyrastają pajęcze nogi, a klatki piersiowe zwłok odgryzają ludziom kończyny…


„Koszmar z ulicy Wiązów” (1984)

Na początku lat 80. Wes Craven przeczytał artykuł o grupie nastoletnich Khmerów, którzy w okresie pobytu w amerykańskim obozie dla uchodźców skarżyli się na koszmary, a z czasem zaczęli umierać podczas snu. Ta przykra historia zainspirowała go do stworzenia scenariusza filmu o mordercy dzieci, który po śmierci, jako demoniczny, oszpecony psychol nawiedza swoje kolejne ofiary we śnie, a jedyna formą obrony przed nim jest unikanie najmniejszej nawet drzemki.


Tworząc wizerunek oprawcy, Craven wzorował się ponoć na swoim prześladowcy z czasów szkolnych oraz na lokalnym menelu, co to zwykł straszyć dzieciaki na osiedlu. Natomiast twarz Freddy’ego Kruegera ponoć zainspirowana została roztopionym serem na pizzy… Nakładanie make-upu na twarz aktora – Roberta Englunda, zajmowało ponad trzy godziny. Sam artysta twierdzi, że największą inspirację dał mu występ Klausa Kinskiego jako „Nosferatu”.

Trzeba przyznać, że ta nakręcona w zaledwie 34 dni produkcja, która kiedyś autentycznie przerażała, dziś bardziej śmieszy. I to absolutnie nie dlatego, że film się jakoś szczególnie zestarzał. Po prostu przywykliśmy już do wszelkiej maści zabiegów stosowanych przez twórców horrorów. Natomiast przemycony przez Cravena humor w dalszym ciągu trzyma się tak, jak przed laty, czyli jest piekielnie wręcz czerstwy.

„Amerykański wilkołak w Londynie” (1981)

Scenariusz tej wyśmienitej komedii grozy John Landis napisał w 1969 roku, kiedy jako 18-latek pomagał przy realizacji pewnego filmu kręconego w byłej Jugosławii. Usłyszał tam historię pochówków ludzi w taki sposób, aby później, jako wampiry, wilkołaki czy inne monstra, nie wrócili do życia i nie nękali swoich bliskich. Niestety, nikt nie chciał nawet brać pod uwagę czytania scenariusza młodziutkiego filmowca. Dopiero 12 lat później, Landis – już jako znany reżyser, zakasał rękawy i sam zabrał się za realizację swego pomysłu. Dobrze trafił – w tamtym okresie panowała moda na filmy o wilkołakach.


Dzieło twórcy „Blues Brothers” to przede wszystkim prawdziwa rewia fenomenalnych efektów specjalnych, które podobnie jak te w „The Thnig” do dziś zachwycają widzów i znawców dobrego horroru. Twórca tych niezapomnianych perełek wizualnych – Rick Baker otrzymał za swoją pracę przy filmie statuetkę Oscara. Zyskał też oddanego fana w osobie Michaela Jacksona, który dwa lata później poprosił go o pomoc podczas realizacji klipu do utworu „Thriller”.


„Dead Heat” (1988)

Pewnie, że do tej listy spokojnie można by dodać „Piątek 13-tego”, „Lśnienie” czy chociażby „Laleczkę Chucky” albo „Candymana”, jednak na równie duże uznanie zasługuje mało u nas znany film pt. „Dead Heat”. To historia dwóch gliniarzy z LAPD, którzy trafiają na trop tajemniczego laboratorium, w którym za pomocą pewnego urządzenia można przywrócić do życia zwłoki. W toku śledztwa obaj policjanci giną, jednak nawet to nie przeszkadza im doprowadzić sprawy do końca. Jako wskrzeszone z martwych, pokiereszowane, rozkładające się trupy robią wszystko, aby widzowie świetnie się bawili.


Produkcja ta otrzymała wybitnie złe recenzje, ale po latach stała się prawdziwą perełką dla fanów horrorów klasy B i kolekcjonerów kaset VHS. Film wypełniony jest bardzo złym, niezbyt smacznym, humorem oraz paździeżowymi efektami specjalnymi. Jak dla mnie – to prawdziwe, śmierdzące zapyziałym umrzykiem, „gulity pleasure”.

https://www.youtube.com/watch?v=K3x6opYcHp8
6

Oglądany: 54782x | Komentarzy: 43 | Okejek: 148 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

17.10

16.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało