Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Szkolne kocenie, nietypowe oświadczyny i inne anonimowe opowieści

43 879  
203   37  
Dziś przeczytacie także m.in. o wygranej w pewnym konkursie, zdobyciu choinki na święta i logice licealnej miłości.


#1.

Wziąłem ostatnio udział w konkursie urządzanym przez producenta pewnego keczupu. Trzeba było odpowiedzieć na jakieś proste pytanie i wysłać kupon pod adres podany na ulotce. Jakże wielka była moja radość, gdy zostałem poinformowany, że trafiłem do grupy szczęśliwców, którzy wygrali cenne nagrody! Okazało się, że stałem się szczęśliwym posiadaczem wrotek. Jeśli te by mi się nie spodobały, to organizator dał zwycięzcom możliwość wymiany nagrody na hulajnogę albo profesjonalną opaskę monitorującą ciśnienie i liczącą kroki, stworzoną z myślą o maratończykach i miłośnikach joggingu.
Nie mam zielonego pojęcia, którą z nagród wybrać. Jestem sparaliżowany od pasa w dół i poruszam się na wózku...

#2.

Dziś, kiedy wreszcie po długim czasie, zostałem z moją dziewczyną sam na sam, miałem nadzieję, że dojdzie między nami do zbliżenia.

Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy ta zamiast dzielić ze mną tę radość, rzuciła mi się w ramiona i zaczęła rzewnie płakać.

Szlochając, cała zasmarkana, powiedziała mi, że jej okres spóźnia się już ponad tydzień i że boi się, że zaszła w ciążę. Przytuliłem ją mocno i wyznałem, że nawet jeśli jest, to zrobię wszystko, aby moje dziecko miało najwspanialszego tatę na świecie. Uspokoiła się, pocałowała mnie w policzek i powiedziała „Kochany jesteś!”. A potem poszła na spotkanie z koleżankami.

Dopiero kilka minut po tym, jak wyszła dotarło do mnie, że ostatni raz kochaliśmy się prawie trzy miesiące temu...

#3.

Pewnego razu mój znajomy poszedł do lasu poszukać choinki na święta, oczywiście nielegalnie. Znalazł choinkę, wyciął i przyniósł ją do domu.

Na drugi dzień przyjechała do niego straż leśna. Okazało się, że ukradł choinkę, na której była zamontowana fotopułapka... Rozpoznali jego żonę, jak ubierała choinkę.

#4.

Gdy miałam jakieś 5 lat, pojechałam z tatą do miasta. Kupił mi lody czekoladowe, a ja jak to dziecko, upaprałam nimi całą twarz. Gdy tata to zauważył, nie wiedział i nie miał czym wytrzeć mojego ryjka. Bardziej chodziło o to, jak zareagowałaby mama (prawdopodobnie nakrzyczałaby, że tata mnie nie pilnował). Co zrobił tata? Spsikał moją twarz płynem do szyb i wytarł gąbką do ścierania szyb.

Wyobraźcie sobie miny przechodniów, gdy mężczyzna trzyma przy twarzy dziecka płyn do spryskiwaczy i na nią psiuka, a następnie wyciera gąbką.

Niestety mama przyjechała do miasta z moją siostrą i akurat stanęła na tym parkingu co my. Przy sklepie.
I widziała całe zajście :D

#5.

Chciałem oświadczyć się mojej dziewczynie Justynie. W tym celu nauczyłem się gotować. Zrobiłem kilkudaniowy, wyszukany obiad, kupiłem drogie wino, zapaliłem świece… Pierścionek zaręczynowy położyłem na bitej śmietanie pokrywającej słodką babeczkę, którą również na tę okazję własnoręcznie upiekłem.

Kiedy zbliżał się ten wielki moment, dyskretnie wymknąłem się do kuchni i wyjąłem babeczkę z lodówki. Wróciłem do salonu i usiadłem, trzymając mój podarunek w dłoni, pod stołem. Chciałem poczekać, aż moja ukochana opróżni swój kieliszek wina. W tym momencie chciałem romantycznym tonem rzec: „A może teraz mały deser?”. Justyna uwielbia słodycze, wiedziałem więc, że zgodzi się, nawet jeśli będzie pękać z przejedzenia. Jak widzicie – mój plan był doskonale przemyślany.
Szkoda tylko, że w tych kalkulacjach nie wziąłem pod uwagę obecności mojego psa - Paździocha, który zakradł się pod stół i jednym chapnięciem wyrwał babeczkę z moich rąk. Zanim zdążyłem zareagować, mój wypiek, razem z kupionym za gruby szmal pierścionkiem, odbywał już podróż do psiego żołądka.

Zachowałem pokerową twarz. Resztę dnia spędziliśmy na dłuuuugich spacerach. Z moim psem, ma się rozumieć. Kiedy w końcu Paździoch zrobił „dwójeczkę”, ja patykiem wygrzebałem mój pierścionek, a następnie podsunąłem go w stronę Justyny. „Eeee… wyjdziesz za mnie?” - zapytałem niezgrabnie. Oczywiście, moja pani zgodziła się, ale pierścionka, z całkiem zrozumiałych powodów, nie przyjęła.

Justyna do dziś myśli, że częścią mojego planu zaręczynowego było nakarmienie psa pierścionkiem. Nie obalam tej teorii. No, bo w końcu - czy znacie oryginalniejszy sposób na oświadczenie się?

#6.

Kupiliśmy z mężem dom z ogromną działką, po naprawdę okazyjnej cenie.
Kredyt wzięliśmy na samo kupno, dom jest do kapitalnego remontu, dlatego wszystko robimy na bieżąco, co zapewne zaowocuje nieco późniejszą przeprowadzką. Tyle słowem wstępu.

Ostatnio teściowa zapowiedziała się u nas na obiedzie, bo chciała poważnie porozmawiać. Na rzeczony obiad miała także przybyć jej córka, a moja szwagierka.
Samotna madka, taka mama 24/h. Ukończyła WSRH, „zatrudniona” w Szlachta nie pracuje, bo ma 10-letniego gówniaka i nie ma jak podjąć pracy. Wiecie o co mi chodzi.

Na czym polegała ta poważna rozmowa?
Teściowa wymyśliła, że w ramach niespodzianki po skończonym remoncie zamieszka z nami! Prawda, że genialnie to wymyśliła?
Mało tego, ale co z siostrą mojego męża, skoro mieszka z matką?
Odpowiedź jest prosta: skoro mamy taką dużą działkę, to możemy jej po prostu dać kawałek na budowę.
Kolejne pytanie - nawet jeżeli zgodzilibyśmy się na ten kuriozalny pomysł, to jak na Boga jej córka miałaby się budować, skoro groszem nie śmierdzi, socjal pełną parą i jakieś marne alimenty? Odpowiedziała, że wiecie, jesteśmy rodziną i musimy sobie pomagać. Przecież mój mąż jest chrzestnym dzieciaka. Czytajcie - musimy sfinansować budowę.

Zapytałam, o czym chciała porozmawiać tak na poważnie, bo od przyjścia tylko żarty jej w głowie, po czym wyszłam.
Mąż bardzo grzecznie wytłumaczył jej, żeby puknęła się w głowie.
Zgadnijcie, kto został wydziedziczony...

#7.

Jeszcze w szkole średniej bardzo podobała mi się pewna dziewczyna. Powiedziałem jej o tym, ale wtedy po raz pierwszy usłyszałem to epickie "zostańmy przyjaciółmi". No świetnie, pogodziłem się z faktem i wróciłem do życia.
Dwa lata później odezwała się do mnie, mówiąc, że pamięta, co jej mówiłem i że z tego względu uważa, że skoro jest już w ciąży, to byłbym świetnym ojcem dla dziecka i na pewno chciałbym jej pomóc z wychowaniem.

No gratuluję żelaznej logiki.

#8.

Przewinęło się tutaj ostatnio kilka historii nt. znęcania się i przemocy wśród uczniów w szkołach. Kilkanaście lat temu, w mojej szkole takie zachowania był tradycją i zwano je "koceniem". Wielu uznawało to za nieszkodliwą zabawę, ale jak wiadomo, zabawy czasem wymykają się spod kontroli.

Najpopularniejszą metodą "kocenia" było mierzenie. Polegało to na zmuszaniu do odmierzenia za pomocą zapałki rozmiaru jakiegoś obiektu. W wersji light był to parapet mierzony całą długością patyczka, ale co bardziej "kreatywni" wymyślali rzeczy w stylu mierzenie korytarza lub odpływu klozetu jedynie główką zapałki. Dopóki stosowana była wersja light i obie strony traktowały to jako wygłupy wydawało się, że można machnąć ręką, jednak zdarzały się "koty" krnąbrne, które bawić się absolutnie nie chciały. Wówczas egzekwowano od nich posłuszeństwo straszeniem, biciem czy zabieraniem rzeczy i wyrzucaniem ich do śmieci, przez okno lub nawet do klopa.

Pewnego razu, kiedy to już przeistoczyliśmy się z "kotów", w drugoklasistów na którejś z przerw podszedł do mnie kolega i oznajmił, że "jeden >kot< nie chce mierzyć". On sam był kurduplem, ja natomiast, bez chełpienia się, z uwagi na rozmiary i pewne umiejętności nabywane od najmłodszych lat budziłem respekt.

Nigdy wcześniej nie bawiłem się w "kocenie", sam też nigdy go nie doświadczyłem, ale z jakiegoś powodu wstałem i poszedłem za kolegą, utemperować buntownika. "To ten!" - wskazał palcem mój kompan. "Ale dlaczego ja?" - odparł wciśnięty w kąt korytarza mały, przestraszony, pucułowaty chłopaczek, z wystającymi przednimi zębami. Ofiara idealna, niezdolna do obrony. Z perspektywy dorosłego człowieka to śmieszne, ale wtedy czułem, że mam nad nim pełnię władzy. Mogłem upokorzyć go na dziesiątki różnych sposobów. Stanąłem więc nad nim, groźnie zmarszczyłem brwi i moja ręka wystrzeliła naprzód... otwarta do powitania. Przedstawiłem się, uścisnąłem małą, spoconą ze strachu dłoń i nakazałem mu "nie słuchać tego ch*ja, a w razie innych problemów przyjść do mnie". Kolega z klasy trochę się obraził, ale szybko mu przeszło.

Za to z tego drugiego miałem do końca szkoły dobroduszny ubaw, gdy wołał za mną "cześć" z drugiego końca korytarza.

Minęło ponad 15 lat. Gdybym wtedy zmusił go do wzięcia udziału w tych pozornie nieszkodliwych, debilnych zabawach, nawet nie uciekając się do bezpośredniej przemocy, pewnie wciąż wspominałbym to z zażenowaniem. Zamiast tego do dziś czuję się dumny, że postąpiłem właściwie. I być może przeczyta to jakiś nastoletni kozak i wyciągnie naukę.

Chcesz poprawić sobie samoocenę? Poczuć się twardzielem? Pomóż komuś, zamiast go gnoić. Spraw, żeby szanował cię, a nie bał się ciebie. Stań po stronie tego, który jest prześladowany. To duże lepsze niż bycie gnojkiem, który musi krzywdzić innych, by czuć się "kimś".

<<< W poprzednim odcinku m.in. kulinarne beztalencie i jak poznali się rodzice


Oglądany: 43879x | Komentarzy: 37 | Okejek: 203 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

20.08

19.08

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało