Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Lansky: Wspomnienia kierownika wesołej budowy XVII

57 015  
97   45  
Zobacz więcej!Co tu dużo gadać, skoro i tak wszyscy wiedzą - napoje i kanapki na bok, głos ma Kerownik ;)

Spore zadanie inwestycyjne w byłym mieście wojewódzkim w mniej więcej centralnej Polsce na długo pozostanie w mojej pamięci. Budowaliśmy kawał drogi wraz z estakadą nad parkiem, dwa przejścia podziemne i kładkę dla rowerzystów, do tego oczywiście setki metrów przekładek infrastruktury, bo teren silnie zurbanizowany.

Mieliśmy tam wszystkie możliwe atrakcje: TeleKomunę do spółki z Dialogiem i Netią, (część na słupach, część pod ziemią), wysokie, średnie i niskie napięcie, rury dwóch spółek wodociągowych, potężny kolektor kanalizacyjny biegnący do oczyszczalni, ciepłociąg zasilający pół miasta (ach, ten dyskretny urok komór rewizyjnych, raju dla szczurów oraz amatorów mózgojebów), a na dodatek gazociąg - a całość znajdowała się w przylegajacym do rzeki miejskim parku, będącym wraz z sąsiadującymi nieużytkami ulubionym miejscem spacerów mieszkańców, nocowania bezdomnych, picia meneli, handlu prochowych dilerów, wąchania rozpuchola, ofiarnej pracy prostytutek i patroli nowoczesnych potomków dzielnych szeryfów, czyli tzw. Straży Miejskiej.

Budowa jak budowa, trzeba tu i ówdzie coś wykopać, coś tam wbić w ziemię, dojechać sprzętem, zabetonować. Straż Miejska prędko wyczuła zapach paśnika i za każdy walający się po parku papierek mój portfel pęczniał od wypisywanych na kolanie mandatów. Miałem to oczywiście w głębokim poważaniu i tymi świstkami dekorowałem ściany biura tudzież używałem ich awaryjnie do czyszczenia gumiaków, ale chłopaki się nie przejmowali - dalej czaili się na każdego rzuconego peta, walili mandaty i straszyli komornikiem, co robiło na mnie zbliżone wrażenie jak wiadomość o pryszczu na tyłku towarzysza Kim Dzong Ila.

Do tego dochodziły wieczne kłopoty z właścicielami infrastruktury. Zwłaszcza dali nam popalić kanalarze oraz pewna lokalna kanapowa firemka drogowo-mostowa, zła, że to nie ona wygrała przetarg. Z kanalarzami sprawa była w sądzie o jakąś najechaną kołem i pękniętą studzienkę, i nie dało się gamoniom przetłumaczyć na polski, że gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą... Ale nie o tym chcę napisać.

Tempo roboty było wariackie, bo na którejś z cyklicznych popijaw z prezydentem miasta nasz drogi prezes (ksywa ’M.C. Tampon’, może pamiętacie, dlaczego) obiecał w pijackim widzie skrócić termin o trzy miesiące w stosunku do kontraktowego. Poobiecywał mnie i Czerwonym Brygadom złote góry, morze piwa, po kaszance dla każdego, pół firmy i córkę za żonę i cholera wie co jeszcze, wynajął sobie pokój w hotelu i codziennie nas nadzorował, a jego dynamizacja przy mojej była jak wodospad Niagara przy strumyczku moczu pięciolatka. Kopanie, składanie rur, montowanie konstrukcji, izolowanie, zasypywanie - wszystko leciało jak za czasów Mateusza Birkuta, a krajobraz zmieniał się w kalejdoskopie.
Geodeci nie nadążali mierzyć, nie mówiąc o nanoszeniu nowych instalacji na mapy. Widząc geodetów siedzących w budzie przy rysunkach, M.C. Tampon dostawał białej gorączki i wyganiał ich na budowę nie szczędząc ostrej jazdy po genealogii, a ich nieśmiałe protesty kwitował zawsze ’Potem to k*rwa zrobisz, a teraz zap***dalaj niwelować’.

Kierownicy robót liniowych, a zwłaszcza wiecznie zakopany we wspomniany sądowy proces podwykonawca, prowadzący roboty na kanalizacji, byli tak zakręceni, ze siadając wieczorem do samochodów spoglądali w prawa jazdy, żeby sobie przypomnieć jak się nazywają. Szał gwizdka - albo paranoja dżezu, jak mówił jeden z nich.

Podpory estakady posadowione były na palach, dość głębokich ze względu na kilkumetrowe warstwy słabego gruntu, naniesionego przez rzekę. Kolega, prowadzący roboty palowe, miał robotę najłatwiejszą ze wszystkich: stawiał swoją potężną maszynerię nad wbitym przez geodetę palikiem, opuszczał świder i rury obsadowe, puszczał maszynę w ruch i wiercił w glebie dwudziestometrową dziurę o średnicy półtora metra, do której następnie wstawiał szkielet zbrojenia i wlewał beton. Potem przejeżdżał na następny palik i tak da capo.

Pewnego dnia rankiem właśnie miało się zacząć betonowanie pala. Otwór wywiercony na odpowiednią rzędną, zbrojenie odebrane i wstawione, czekamy na beton. Wszystko gra, myślę i poszedłem do mojej oddalonej o dwa rzuty beretką pakamery na tradycyjną poranną kawę - emerytkę oraz bułkę z salcesonem. Siedzę sobie i konsumuję, gdy nagle dzwoni do mnie kierownik róbót palowych.

- Sp***dalaj, Pituś, śniadanko jem.
- Panie Sławku, tu siakieś jaja są.
- Ke pasa ?
- Piątą gruszkę leję w tego sk*rwiałego pala i końca nie widać.
- Masz tam Tampona, to się go spytaj, hehe...
- Tampon każe lać dalej, kaca ma, bąki puszcza jak brontozaur i okulary zgubił.
- Hehe, to pewnie się do skarbu dokopałeś. Sp***dalaj, mówię, jak zjem to przyjdę. - Czerwony guziczek na telefonie zawsze był moim ulubionym.

Zjadłem, wyczyściłem gumiaki kolejnym mandatem, wyszedłem na słoneczko i pomalutku podążam w kierunku palownicy. Naraz przez papierosowy dym poczułem pewien zapach, aromat nie dający się z niczym innym pomylić, będący efektem pracy niestrudzonych miliardów bakterii coli i ich licznych krewnych - zapach kanalizacji. Mój nieomylny nos Kerownika natychmiast zlokalizował jego źródło, a mózg dokonał szybkiego wnioskowania...

- Wstrzymać betonowanie!!! - ryknąłem, rzucając się w kierunku palownicy.

Krótkie oględziny i równie krótkie śledztwo potwierdziły moje obawy. Pituś co prawda postawił palownicę idealnie nad palikiem, ale wbijając tenże palik geodeta posługiwał się planem, na który inny geodeta, popędzany przez prezesa, nie zdążył nanieść pewnej Bardzo Ważnej Kreski... Efekt był taki, że kolega Pituś PRZEWIERCIŁ PALOWNICĄ NA WYLOT KOLEKTOR ŚCIEKOWY FI DWA TYSIĄCE, ZBIERAJĄCY ŚCIEKI Z POŁOWY MIASTA...

Wejdź głębiej! ;)

Konsekwencje pijackich obietnic M.C. Tampona były następujące: sześć metrów sześciennych wysokiej klasy betonu wlane w główny ciąg kanalizacyjny miasta, które skutecznie tenże kolektor zatkały, powodując potężną cofkę i efekt strzelających toalet w położonych w sąsiedztwie i w lekkiej depresji budynkach spółki kanalizacyjnej; kolejny proces sądowy z wkurzonymi do białości kanalizatorami, którym przy spokojnej toaletowej lekturze porannej gazetki własne kupy zrobiły malowniczy come back. Najbardziej jednak ucierpiał biedny M.C.Tampon, który - za koncertowo wykonaną awaryjną naprawę - musiał wybecelować Czerwonym Brygadom oraz niżej podpisanemu sto procent premii.

Aha, byłbym zapomniał: wyczekałem na dzień po kolejnej popijawie Prezesa w ratuszu, zaniosłem mandaty do prezydenta miasta i korzystając z jego lekkiego zamroczenia powiedziałem, żeby komendant straży wsadził je sobie w buty, będzie wówczas wyższy i może nieco poszerzy mu się horyzont.
Czy to zrobił - nie wiem, ale więcej mandatów nie było.

Poczytaj też poprzednie wspomnienia kierownika wesołej budowy.


Oglądany: 57015x | Komentarzy: 45 | Okejek: 97 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

06.03

05.03

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało