Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Hipochondryk w szpitalu

30 128  
109   47  
Od miesiąca leczyłem anginę ropną, niestety bez większych pozytywnych rezultatów. W końcu wybrałem się do konkretnej oraz bardzo dobrej Pani Doktor, która po rzeczowej konsultacji oznajmiła:

- Migdały trzeba wyciąć. Napiszę panu skierowanie do szpitala i zrobimy to jak najszybciej.

Co, jak, chwila, nie nie, zaraz, jak wyciąć? Nie no, chyba jakiś żart, przecież następny antybiotyk to na pewno wyleczy. Milion myśli w głowie oraz szukanie drogi ucieczki. Jednak na nic się to zdało, po chwili zrozumiałem, że chyba tego nie uniknę. Mój największy koszmar - operacja, narkoza, szpital ziści się i to szybciej niż myślałem. Na drugi dzień otrzymuję telefon, że w środę mam się stawić w szpitalu rano i około godziny 13:00 odbędzie się egzekucja. Warto w tym momencie niechlubnie odnotować, że jestem hipochondrykiem. Mało rzeczy mnie w życiu łamie oraz niewielu rzeczy się w życiu obawiam, ale nic nie ugina mi tak nóg jak myśl o byciu śmiertelnie chorym na jakąś ciężką chorobę. Przed pobytem w szpitalu musiałem wykonać jeszcze kontrolne badania, takie jak pobranie krwi czy EKG serca. Nie robię takich rzeczy, unikam, wolę żyć w nieświadomości. Tak, oto 25-letni facet boi się jak dziecko pobrania krwi oraz EKG. I nie, nie boję się tego wkłucia, boję się wyników. Nikt nie mógł tego zrozumieć, każdy mi powtarzał: nie martw się, malutkie ukłucie i po wszystkim. Ostatnia rzecz, jakiej bym się bał, to malutkie ukłucie, ja się boję choroby, która zaraz zostanie wykryta.
W tym momencie następują słowa pocieszenia, umoralnianie mnie, jakby ten problem nie istniał.

- Jak można się bać chorób, moja córka boi się wkłucia i często mdleje. Ale bać się chorób to głupota - stwierdziła pielęgniarka.
- Tak? Głupota? Nie wiem, ale strach przed śmiertelną chorobą, rychłą śmiercią w agonii wydaje mi się sensowniejszy niż strach przed malutką igiełką. Nie uważa pani? - odpowiedziałem.

W tym momencie miałem wrażenie, że zniszczyłem kobiecie cały światopogląd, że dałem jej do myślenia na długi okres. Tym zakończyliśmy temat fobii. Czas iść na EKG. Jednak cały czas w głowie jest myśl, że z pewnością umieram na białaczkę, a do tego wszystkiego zaraz wyjdzie, że moje serce jest w fatalnym stanie i nie kwalifikuję się do leczenia, bo tego nie przeżyję.

Oczywiście sytuacja bliźniacza, śmiech pielęgniarek, co ja taki przerażony, jak można się bać chorób.
- No fakt, głupota, a boją się panie pająków?
- O matko, nienawidzę pająków.
- Ach, jakie to przerażające, strach przed pająkiem, którego w znakomitej większości można zabić opuszką palca. Przecież to nie jest głupota, istnieje masa niepodważalnych argumentów, że pająków powinniśmy się bać, zwłaszcza tych polskich, potworne, olbrzymie stworzenia, a nie jakiś tam strach przed chorobą, przecież nikt nie umarł na żadną ciężką chorobę.

Kolejny raz koniec tematu fobii, kolejny raz dałem do myślenia i mój problem przestał być śmieszny, a wręcz czułem, że stał się dla pań realny.
Wyniki badań wyszły o dziwo dobrze. Trochę odpuściłem w głowie myśl o śmiertelnej chorobie, teraz przyszedł czas na strach dotyczący szpitala. Przez te kilka dni miałem tysiące różnych myśli - co jak się nie obudzę, co jak się obudzę sparaliżowany, a może krwotok, a może jakaś sepsa. Boże, jest tyle pytań, a tak mało odpowiedzi. Nigdy nie miałem zabiegu, nie wiem jak reaguję na narkozę. Może mój organizm jest inny niż pozostałe i zatrzyma mi się cały układ krążenia?

Wybiła godzina 6:00 w środowy poranek. Czas pojechać na skazanie. Jestem przerażony, ale biorę to pomału na klatę. Jeśli mam umrzeć, to honorowo. Przeszedłem całą procedurę, zaprowadzono mnie na salę w szpitalu i mam wybrać łóżko. 4 łóżka wolne z 6, które wybrać? Biorę to przy oknie, z kapitalnym widokiem, z 8 piętra na morze. Kładę się i nagle strach: a co jak wybór łóżka ma znaczenie? Może przy oknie ludzie umierają? Może nikt nie wyszedł nigdy żywy, leżąc na tym łóżku. Kompletnie tego nie przemyślałem. Jeden z panów dziś wychodził, a drugi szykował się do skomplikowanej, kilkugodzinnej operacji gardła. Pytali mnie, co mi dolega, po co przyszedłem, odpowiadałem ochoczo.

- Szkoda gadać. Tonsillektomia i to na ciepło, bo stan zapalny istnieje.
Momentalnie byłem uznawany za kogoś lepszego, nawet pan przed operacją i walką z nowotworem jakoś poczuł się lepiej, że nie tylko on ma ciężka chorobę. Usłyszałem odpowiedzi w stylu: i to są poważne operacje, a nie jakieś migdałki czy polipy w nosie. No cóż, niewiedza jest błogosławieństwem.

Leżałem w łóżku i liczyłem godziny, analizowałem, co może się wydarzyć. W międzyczasie dostałem kroplówkę, mój pierwszy w życiu wenflon. Zbliżała się godzina zero, a mój strach był coraz większy. Zaczęła się mała panika, zawołałem Panią Doktor, która miała mnie operować, że mam kilka pytań. Myślę, że nie spodziewała się jakich, była pewnie przekonana, że rutynowe, klasyczne, takie jak kiedy wyjdę czy co z L4. Jednak troszeczkę ją zaskoczyłem, miałem wrażenie, że miała mnie już delikatnie dość albo się bała, że w końcu zadam pytanie, na które trzeba będzie zbierać kolegium lekarzy. Pani była najmilszą osobą na oddziale, więc bez problemu odpowiedziała, nieświadoma, co się zaraz wydarzy.

- Słucham? Jakie ma pan pytania?
- Na początek, proszę mi nie mówić na pan, czuję się nieswojo.
Ostatni akt rozpaczy, aby ktoś jeszcze mnie pogłaskał po główce, Pawełku, nic nie będzie.
- No dobrze, to jakie masz pytania?
- Jak wygląda kwestia samego zabiegu, czy istnieje szansa, że nie obudzę się z narkozy?

W tym momencie widziałem ten wzrok. Pani Doktor wiedziała, postawiła w głowie diagnozę: trafił się debil.
- Jeszcze mi się takie coś nie zdarzyło, a pracuję tutaj ponad 20 lat.
Hmm, no dobrze, nie do końca tego oczekiwałem, myślałem, że otrzymam odpowiedź o całej procedurze reanimacji. Wykładowczyni na studiach powiedziała, że od 20 lat nikogo nie uwaliła, a mnie uwaliła. Więc nie lubię takiej statystki, ale powiedzmy, że akceptuję odpowiedź.

- No dobrze, a co z krwotokiem? Czy nie będzie zbyt obfity, aby go powstrzymać?
- Może się zdarzyć, ale poradzimy sobie z nim.
- A co z sepsą albo posocznicą?
- O matko, nie, nie, takich rzeczy nie będzie.
- To jeszcze taka kwestia, czy jest szansa, że przetnie mi pani tętnice, a ja na skutek tego wykrwawię się?
- Nie ma szansy!
- To na koniec, wie pani, te migdały są zainfekowane, jeśli pani je wytnie, bakterie dostaną się do krwiobiegu!
- Zrobimy zabieg w osłonie antybiotykowej, nic takiego na pewno się nie wydarzy.
- To wszystko, dziękuję bardzo.

Lubię odpowiedzi „na pewno”, „nigdy”, ale jednocześnie trapi mnie myśl, że mogę być tym pierwszym, tym jedynym, unikalnym. Pani Doktor uciekła i mam wrażenie, że poszła dopisać na karcie choroby, w rozpoznaniu, „debil”.
Leżałem dalej, byłem nieco bardziej spokojny, ale wciąż myślałem o ucieczce. Przecież mogę, przecież nic na siłę, jestem dorosły, wypisuję się i tyle. Brzmiało jak plan, trochę idiotyczny, ale plan.

Pani Doktor przyszła do mnie na godzinę przed egzekucją, oznajmić mi, że ta poprzednia operacja nowotworu bardzo się przedłużyła, bardzo przepraszają, ale dziś nie zostanę zoperowany, tylko proszę przyjść w piątek. Poczułem, że otrzymałem drugą szansę, wręcz chciałem skakać z radości. Dwa dni życia więcej. Czym prędzej załatwiłem wszystkie formalności i uciekłem do domu. Miałem jeszcze myśli, że Pani Doktor ma mnie, moich pytań i całej reszty dosyć i nie chce już mnie operować, ale to nie było już wtedy najważniejsze.

Ach, jaki ten dzień był błogi do końca, czuję, że żyję, uniknąłem pewnej śmierci. Jednak noc minęła i przyszedł czwartek. Stres zaczął się nasilać. Co jak to był znak z nieba, danie mi drugiej szansy, abym przemyślał tę decyzję? Cały czwartek był melancholijny, analizowałem wiele i modliłem się, aby czas wolniej leciał. Nie spałem całą noc. Wybiła godzina 6:00, czas pojechać do szpitala. Boże, co ja robię, to głupie. Wtedy na pewno otrzymałem szansę, żeby zmienić decyzję. W amoku pojechałem kolejny raz przeżyć to samo. Kolejny raz wchodzę na salę i mam wybrać sobie łóżko. Teraz zrobiłem to inaczej. Facet przy drzwiach wyszedł ostatnio, wiec nie może być pechowe, biorę to łóżko. Byłem na sali tylko z jednym chłopakiem, starszy ode mnie, miał wycinaną jakąś torbiel na szyi. Też debiutował w szpitalu, ale ogólnie podchodził do tego bardzo spokojnie. Był dzielny, gdybym ja miał taką torbiel, pewnie sklasyfikowałbym ją jako nieodkryty nowotwór i nazwał swoim nazwiskiem. Mi zaczął się udzielać stres, mama oznajmiła mi, że jestem operowany dziś jako pierwszy, żebym szybko się zorganizował, bo nie ma czasu. Może to i lepiej, człowiek ma mniej czasu, aby myśleć. Mimo wszystko bardzo się bałem. Otrzymałem „głupiego Jasia”, który nie zadziałał wcale z nadmiaru emocji. Pamiętam każdą minutę od tego momentu. Nagle pielęgniarki wywiozły mnie z sali i zawiozły na salę operacyjną, byłem przerażony i świadomy, że nie ma już ucieczki. Trafiłem na salę operacyjną, znowu trochę było tematu hipochondrii, na co odpowiedziałem stałą ripostą z pająkami. Trochę to ostudziło ten temat. Pamiętam, że serce waliło mi tak mocno, że gdyby położyć mi na klatce miskę z produktami, idealnie wymieszałbym je na sałatkę. Pamiętam, że wszyscy mówili, że jest dobrze, że wcale nie mam wysokiego ciśnienia, a puls tylko 120, co jest normalne. Nie wiem, czy normalne, na takim tętnie to sobie rano biegam.

- Zaraz się zakręci panu w głowie.
- Kręci mi się od tygodnia - odparłem.

Głęboki oddech i...

...budzę się w łóżku. Wyjeżdżam z sali operacyjnej, pamiętam, że pierwsze moje słowo to „przeżyłem”, które powtórzyłem jeszcze kilkukrotnie. Czułem się bardzo dobrze, nic wtedy nie bolało. Zapytałem pielęgniarki, czy mogę iść do toalety. Powiedziały, żebym usiadł na krawędzi łóżka i zobaczył jak się czuję. Czułem się naprawdę dobrze, jak po lekkiej imprezie. Wróciłem do łóżka i odpoczywałem. Rozmawiałem z kolegą z sali, otrzymywałem reprymendy, aby nie rozmawiać, bo będzie boleć, ale nie potrafię. Jestem zbyt wielką gadułą, a co dopiero w momencie, gdy przeżyłem egzekucję. Kolega otrzymał swojego „głupiego Jasia”, po czym stwierdził, że faktycznie te tabletki są słabe i nie działa na niego, tak jak na mnie. Po 5 minutach szczęśliwiec chrapał na cały oddział. Pojechał na swój zabieg i wrócił po ponad godzinie. Leżał i nie chciał wstawać, wstał 5 godzin po operacji i od razu zakręciło mu się w głowie. Wygląda na to, że mój organizm jest za silny na te wszystkie suplementy i ma zawsze siłę, aby uciec jak najszybciej i - co najważniejsze - jak najdalej. Taki instynkt samozachowawczy. Leżeliśmy sobie i odpoczywaliśmy, ból był znośny, ale regularnie dożylnie leciał ketonal.

Ogólnie boli cała jama ustna, mam pełno aft, język niczym pole minowe, od sprzętu i tych wszystkich szczypiec i rozwieraczy, a gardło jakby granat wybuchł. Rozpocząłem w tamtej chwili dwutygodniową, ostrą dietę - głodówkę. Zostałem wypuszczony drugiego dnia rano. Mówiąc szczerze, wcale nie chciałem wychodzić. Strach przed krwotokiem w domu, do tego leki dożylne są o wiele skuteczniejsze niż te doustne, ale mieli mnie już tam dosyć. Nawet moje alarmy, że mam gorączkę (miałem 36,8, obudziła się dusza hipochondryka) nie pomogły, wróciłem do domu.

Od tej chwili walczę z samym sobą, z bólem praktycznie całej jamy ustnej, mówiąc szczerze, boli bardzo, a podobno będzie gorzej. Boję się tego trochę, ale jak już wiadomo, najważniejsze, że przeżyłem!
45

Oglądany: 30128x | Komentarzy: 47 | Okejek: 109 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało