Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Chcecie wiedzieć, dlaczego "Gra o tron" wygląda teraz inaczej? Myślę, że mogę Wam to wyjaśnić. Bez spoilerów

73 253  
168   59  
Wpis pojawił się na Twitterze [link] Daniela Silverminta:


To kwestia tego, co dzieje się w zakulisowym procesie tworzenia scenariusza. Pisarzy dzielimy na plotterów i pansterów - i tutaj, ze względu na zawiłość tłumaczenia, możemy posłużyć się definicją George'a R.R. Martina: plotterzy są jak architekci, a pantsterzy jak ogrodnicy. Ci pierwsi, architekci, tworzą bardzo szczegółowy plan pełnego scenariusza, zanim popełnią pierwsze słowa właściwej opowieści. Ogrodnicy natomiast odkrywają historię dopiero w trakcie jej pisania - George R.R. Martin nazywa to sadzeniem ziaren, dopiero w trakcie pisania dalszych kwestii odkrywa, co z danego ziarna wyrasta - tym sposobem pierwszy szkic ogrodnika jest już pełnoprawną częścią opowieści.

Żadne z tych podejść nie jest lepsze, to sposób na rozróżnienie typów podejścia do pisania. Każda z opcji ma jednak swoje zalety.

Ze względu na to, że architekci mają w głowie pełną historię, to o wiele łatwiej jest im stworzyć zwięzłą opowieść, która doskonale rozwiązuje się przed samym zakończeniem, jednak wykreowane przez nich postaci czasem wydają się sztywne, sztuczne, jakby były jedynie narzędziami służącymi do przeprowadzenia scenariusza.

Ogrodnicy z większą lekkością tworzą bardzo realistyczne postaci, ponieważ kolejne wątki tworzą zadając sobie pytanie, co ich w pełni wykreowana postać w danym momencie by zrobiła w obliczu sytuacji, w jaką wrzucił ją autor. Ponieważ pozwalają swoim postaciom "płynąć", to mają większą tendencję do wikłania wątków i o wiele trudniej jest im zebrać wszystko do kupy w satysfakcjonującym rozwiązaniu opowieści.

Właśnie dlatego wielu pisarzy najpierw projektuje (jak architekt) całą historię, a następnie pozwala wzrastać (jak ogrodnik) swoim postaciom i dopiero w drugim szkicu stara się połączyć to w spójną całość.

I co to ma wspólnego z "Grą o tron"?

George R.R. Martin jest jednym z najlepszych "ogrodników". Mówi o pisaniu jak o uprawianiu ogrodu, zasiewa ziarna postaci, a później pozwala im się rozwijać i wzrastać. Właśnie dlatego każdy zwrot akcji był tu tak ważny: wszystko co działo się z postaciami było konsekwencją ich poprzednich wyborów i zachowań. Jest to też powód, dla którego tempo narracji książek z czasem spadło.

Po pierwszej ekranizacji kolejna powieść Martina miała przeskoczyć w czasie o 5 lat w przyszłość, jednak autor nie wiedział jak wypełnić tę dziurę, aby postaci i zdarzenia zachowywały wciąż zwięzłość, więc postanowił się przez te 5 lat "przepisać". Oznaczało to zasiewanie kolejnych ziaren i obserwowanie ich wzrastania. Nagle jego "ogród" zarósł zbyt mocno, by dało się bez użycia drastycznych metod doprowadzić go do porządku. Nie mógł zrobić nic innego, niż po prostu ciągnąć rozpoczęte już raz wątki, pomimo tego, że nie miały one znaczenia dla ogółu opowieści.

Kiedy postaci zaczęły żyć własnym życiem, a ich charaktery przejęły kontrolę nad scenariuszem, Martin nie był w stanie poprowadzić ich w miejsca, w których powinny się znaleźć dla dobra opowieści. W tym miejscu autor często przywołuje wątek Daenerys, która utknęła w Meereen.

Ponieważ musiał to wszystko jakoś zatuszować i odwrócić wątki postaci, które ze względu na swoją osobowość poszły nie w tę stronę co trzeba, ostatecznie zwiększał tylko zakładaną liczbę książek, które będzie musiał dopisać jeszcze, aby wyprowadzić odpowiednie zakończenie. No i cóż...

Tym sposobem książka, na której podstawie powstawał scenariusz się wyczerpała. Co teraz? Widzowie stwierdzili, że serial się zepsuł, bo scenarzyści nie mieli bogatego materiału źródłowego od Martina i że problemem było to, że pisarz jest po prostu lepszy w tworzeniu wątków niż scenarzyści. Ale nie o to chodziło.

Przez sezon czy dwa twórcy serialu próbowali ogarnąć w jakiś sposób przerośnięty ogród Martina, a efekty tych prób były różne. Kiedy okazało się, że to nie zdaje egzaminu, zaczęli skupiać się na wyprowadzeniu wątków do jakiegoś konkretnego rozwiązania akcji.

Ustalili sobie ramy - 13 odcinków do zakończenia i ani jednego więcej. Musieli też zastosować swego rodzaju odwrotne projektowanie reszty historii, którą chcieli opowiedzieć. Myślę, że twórcy serialu są nie tylko architektami, a umyślnie skupionymi na zakończeniu architektami.

Chcą stworzyć satysfakcjonujące doświadczenia, więc pozostawieni z jedynie dwoma sezonami zaczęli zadawać sobie pytania: co zostało do zrobienia? Co mogliby stworzyć na częściach, które zostały w ich pudełku? Co powinni dodać? Jakie przełomowe momenty chcieliby wprowadzić? Jak powinny skończyć postaci? Co uważają, że my, widzowie, chcielibyśmy zobaczyć na ekranach zanim serial się skończy? To była lista zadań do wykonania w "Grze o tron".

Kiedy mieli już listę, nadszedł czas na połączenie kropek, żeby to wszystko się w końcu wydarzyło. Zaczęli więc manewrować z wątkami postaci, aby zaprowadzić je w miejsca, w których kropki się ze sobą łączyły we właściwy sposób. Dlatego "Gra o tron" wygląda teraz inaczej. Serial, który opowiadał o ciężarze przeszłości, zaczął być spektaklem teraźniejszości. Postaci z niewyobrażalną głębią stały się teraz pionkami na mapie wielkiej wojny.

Kiedyś były to postaci z wypracowanym przez samych siebie przerażającym przeznaczeniem, które teraz zostały zmuszone do nietypowych dla siebie działań i podejmowania nietypowych, złych decyzji, aby dać się rozwiązać scenariuszowi.

Naturalny rozwój postaci otwierał drogę pomysłowym rozwiązaniom. Nieśpieszne budowanie filarów postaci zostało w tym miejscu ponaglone. Żywe rośliny stały się kukłami w teatrze prowadzącym do rozwiązania scenariusza. Postaci nie podlegały już zmianom. Zakończenie natomiast tak.

Nie ma kogo winić. G.R.R. Martin rozkręcił miliony wirujących talerzy, a utrzymanie ich obrotu w taki sposób, w jaki rozkręcił je Martin, jest naprawdę trudne. Odłożenie tych talerzy na miejsce, bez rozbicia zbyt wielu, co było zadaniem twórców serialu, jest jeszcze trudniejsze.

Tworzenie w ogóle jest trudne. Dlatego twórcy mają przeważnie nawiedzony wzrok i zawsze wyglądają jakby potrzebowali, żeby ktoś ich przytulił. Możemy dać im spokój, ale... zmiana, która nastąpiła w serialu, doprowadziła do nieuchronnych konsekwencji.

Czy "ogrodnictwo" jest lepsze od "architektury"? Nie. I nie ma to żadnego związku z tym, co jest właściwym podejściem, a co nie. To kwestia samej tylko zmiany podejścia w trzecim akcie. To właśnie coś, co widownia może odczuwać, nawet jeśli nie jest w stanie jasno określić, co to właściwie jest i dlaczego tak jest.

Widzowie zakochali się w jednym rodzaju spektaklu, ale zakończenie to inny jego rodzaj. Twórcy serialu pracowali nad tym wykończeniem przez dwa sezony. Jednak, żeby zakończenie było satysfakcjonujące, ważne jest również w jaki sposób będziemy do niego dążyć. Wszystko po to, by dać poczucie, że właściwe zakończenie zostało odpowiednio wypracowane. To też kwestia utrzymania autentyczności bohaterów, pomimo tego, że będą musieli wypełniać wątki nadane im z góry przez scenariusz.

Przez przyłożenie dużej wagi do zakończenia, twórcy zmienili charakter historii, którą opowiadali, co oznacza, że pierwotna historia i pierwotni bohaterowie nie są tymi samymi, którzy występują na końcu. Są ich "zamiennikami".

Właśnie dlatego żadna liczba dodatkowych odcinków nie jest w stanie zapewnić nam tak satysfakcjonującego zakończenia, jak powinno być. Przyjmujemy opowieść jako jedną całość, odkąd się zaczęła, aż po miejsce, w którym się skończyła i w tym przypadku możemy odczuwać brak jej ciągłości.

Dobra... trochę przydługi wyszedł ten wpis, więc wrzucam zdjęcie dobrego pieska.


Oglądany: 73253x | Komentarzy: 59 | Okejek: 168 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

18.07

17.07

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało