Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Pierwsza polska stacja antarktyczna we wspomnieniach Czesława Centkiewicza

25 702  
128   7  
Jak wszyscy doskonale wiemy, Antarktyda to niedostępny lodowy pas okalający płaską Ziemię, spoczywającą na żółwiu, który spoczywa na kolejnym żółwiu, który spoczywa na kolejnym żółwiu, który...

Pierwsza polska stacja antarktyczna we wspomnieniach Czesława Centkiewicza

Oczywiście, tak naprawdę z powyższego zdania może obronić się jedynie stwierdzenie o niedostępności. I to dziś już o wiele trudniej niż kiedyś. Pierwsi podróżnicy, którzy zapuścili się w tamte rejony, nie byli w stanie nawet dotrzeć do lądu. Dziś Antarktydę odwiedzają turyści.

W XX w., dzięki determinacji i rozwojowi technologii, ludziom udało się dość dobrze poznać ów niegościnny Lodowy Kontynent. Swój kamyczek do tego ogródka dorzucili również Polacy - pierwsi dotarli tam jeszcze w XIX w.

Pierwszą naszą stacją badawczą na Antarktydzie była przejęta w 1959 r. od Rosjan Oazis w Oazie Bungera, którą przemianowano na Stację im. Antoniego Bolesława Dobrowolskiego. Niestety, ze względu na trudny dostęp, obiekt ten nie posłużył zbyt długo naszym badaczom (podobnie zresztą jak i Rosjanom, którzy korzystali z niego jedynie dwa lata, po czym postanowili go opuścić - trudno wręcz oprzeć się wrażeniu, iż ów dar był trochę takim kukułczym jajem) i do dziś pozostaje nieczynny. Niemniej przejęcie stacji było wielkim wydarzeniem, o czym możemy przekonać się m.in. dzięki wspomnieniom Centkiewiczów, zawartym w książce "Tajemnice Szóstego Kontynentu".

Pierwsza polska stacja antarktyczna we wspomnieniach Czesława Centkiewicza
Zdjęcie satelitarne oazy Bungera (Foto: Wikipedia)

Z dziennika podróży Czesława Centkiewicza:

Nie tak łatwo dostać się do Oazy Bungera. Po przepłynięciu dwudziestu tysięcy kilometrów przez wszystkie klimaty ziemskiego globu, statek Michaił Kalinin, na który zaokrętowała się w Gdyni nasza wyprawa wywiadowcza, stanął przy krawędzi pól lodowych Szóstego Kontynentu. Od Mirnego dzieliło nas jeszcze dziewięć kilometrów, które można było przebyć tylko drogą powietrzną. W szybkim tempie dźwigi statku wyładowały na pole lodowe nasz skromny sprzęt, wagi trzy i pół tony. Mały, jednosilnikowy An-2 pięcioma nawrotami przewiózł ludzi i bagaż do Mirnego. Tam na lotnisku oczekiwał już dwusilnikowy wielki transportowiec Ił-12. Trzema nawrotami przerzucił nas na odległy o trzysta siedemdziesiąt kilometrów Lodowiec Scotta. Do stacji Oazis pozostawało zaledwie kilkanaście kilometrów. W przezroczystym powietrzu czerniły się wyraźnie wolne od lodu wzgórza i odmarźnięte częściowo powierzchnie jeziorek. Latem duży transportowiec nie znalazłby dla siebie wśród zwalisk skalnych równego pola startowego. Ostatni odcinek trzeba więc było przelecieć śmigłowcem.

Już kręcą się wielkie ramiona śmigieł. Jeszcze chwila i zawisamy w powietrzu. Biel ustępuje szybko miejsca czerni. Wokół ciągną się porozrzucane bezładnie skały i usypiska. Lądujemy nieopodal dużego jeziora. W tym roku tylko wąski pas przybrzeżny wolny jest od lodu. Pośrodku białej pokrywy niewielka plama niewielkiej, skalistej wysepki, na niej... szczątki maszyny transportowej.

Przed niespełna rokiem huraganowy wicher zerwał samolot z płóz, przymocowanych stalowymi linami do skał.
- odpowiada pilot na moje zdumione spojrzenie.

Jak piórko odrzucił maszynę daleko po zamarzniętej powierzchni jeziorka. Roztrzaskała się w końcu na kamieniach wysepki. Ci, co przybyli samolotem do stacji Oazis na przeciąg paru godzin, odlecieli... po tygodniu. Wówczas, gdy uspokoiła się wichura i można było przysłać po nich z Mirnego inną maszynę. I tak mieli szczęście.
- dodaje z uśmiechem.

Niedaleko miejsca lądowania bieleją klatki meteorologiczne. Obok wiatromierz, a dalej zabudowania stacji. Spoglądam na nie z szacunkiem. Przez dwa lata zdołały oprzeć się huraganowym wiatrom, z których słynie Oaza Bungera.

Niskie, jakby wrośnięte w skałę, wyrastają zaledwie na wysokość niecałych trzech metrów ponad ziemię. Ustawione są w kierunku najsilniejszych wiatrów ze wschodu na zachód. Ściany szczytowe przywalono poza tym stertami bloków skalnych. Stalowe liny, zakotwiczone do skał co parę metrów, przytrzymują dach.

Budynki stacji, a jest ich dwa, są podobne do użytkowanych przez polarników radzieckich w Arktyce. Przywieziono je w częściach do Oazy Bungera samolotami i na miejscu dopiero składano. Każdy budynek to dwa bliźniacze małe domki o wymiarach dwa i pół na cztery i pół metra. Parometrowy odstęp między nimi obudowany jest również ze wszystkich stron i wykorzystany w jednym budynku jako magazyn, w drugim jako pomieszczenie kuchenne.
Widok zwykłej kuchni gazowej zaskakuje w tym niezwykłym pustkowiu. Przed budynkiem piętrzą się wprawdzie ogromne stosy stalowych butli, ale w pierwszej chwili sądziłem, że to może wodór do napełniania balonów pilotażowych. Gaz służy w stacji Oazis nie tylko do gotowania, ale również do ogrzewania. We wszystkie piece powstawiane są palniki.

Pierwsza polska stacja antarktyczna we wspomnieniach Czesława Centkiewicza
Zabudowania stacji w 2016 roku (Foto: Wikipedia)

W domku, do którego przez sionkę wchodzi się do kuchni, na prawo znajduje się pokój stołowy, a na lewo mieszkalny. Tam czterech ludzi śpi na metalowych łóżkach przyśrubowanych do podłogi. Okrągłe okna, zabezpieczone podwójnymi szybami, zamykają się śrubami jak na statku. Ściany domków nie są grube, ale zbudowane z wielu warstw materiałów źle przewodzących ciepło, obłożone z zewnątrz i od wewnątrz twardymi płytami spilśnionymi. Drzwi również typu okrętowego, uszczelnione rurkami gumowymi.

Podczas sztormowego wiatru, jaki przeżyliśmy w Oazie Bungera, przekonałem się na własnej skórze, że pomieszczenia są naprawdę całkowicie szczelne. Na dworze hulała groźna zawierucha, a w pokoju nie zadrgał nawet płomyk świeczki, którą zapaliłem specjalnie i przytykałem do wszystkich ścian, by sprawdzić szczelność budynków.
W drugim domku sionka służyła za magazyn. Złożono w niej zapasowe instrumenty naukowe, namioty, śpiwory, zapasowe buty gumowe, kurtki i spodnie podbite puchem, jakieś liny, łomy, latarnie przeciwsztormowe i wiele, wiele innych rzeczy, bez których nie można obejść się na stacji polarnej.

Na prawo od sionki mieści się pokój mieszkalny również dla czterech ludzi. Tu także znajduje się część urządzeń meteorologicznych. Na ścianie wiszą barometry rtęciowe. Obok na półce dwa barografy, wskaźnik i rejestrator prędkości wiatru. Na stole meteorologa, zawalonym różnymi tablicami i wykresami, stoi przyrząd do pomiarów termometrami elektrycznymi temperatur powietrza na różnych wysokościach. Nieopodal, na specjalnych masztach metalowych, połączonych z budynkiem wielożyłowym kablem, leżącym na skałach, umieszczono pięć wiatromierzy i pięć termometrów elektrycznych, na różnych wysokościach ponad ziemią. W izbie na lewo od sionki ustawiono specjalny radioodbiornik do rejestracji sygnałów radiosond. Następne pomieszczenie to radiostacja.Na ścianach wiszą przymocowane solidnie dwie aparatury nadawczo-odbiorcze. W razie gdyby jedna zamilkła, druga ma zapewnić łączność ze światem. Za ścianą radiostacji w przybudówce mieści się elektrownia. Stoi tam pięć różnych maszyn do wytwarzania elektryczności potrzebnej dla radiostacji, aparatów naukowych i oświetlenia.

Tuż obok głównych budynków czerni się półkolisty namiot. Przysiadł na śniegu niby okrągła czapeczka wielkiego borowika. Całkowicie wykonany z brezentowego płótna, o podwójnych ściankach nałożonych na szkielet z lekkich rur aluminiowych, chroni świetnie przed wichurą czy śnieżycą. Lśniący od wewnątrz bielą, z zewnątrz jest czarny, by lepiej mógł wchłaniać ciepło promieni słonecznych. Podłoga także składa się z dwu warstw gumowanego płótna.
Namiot wykorzystano w stacji Oazis jako magazyn żywności. Koledzy radzieccy zgromadzili jej dla nas ponad dwie tony.

Tego nigdy nie dość w naszym pustkowiu.
- śmieją się na widok mego zdumienia.

W stronę brzegu jeziora, poniżej budynków stacji, w niewielkim pawilonie i drugim półkolistym namiocie mieszczą się także rozmaite aparaty naukowe.

Następnego ranka przeżyliśmy uroczystą chwilę. Nad skałami Oazy Bungera znów zawisł śmigłowiec. Kierownicy Trzeciej Antarktycznej Wyprawy Radzieckiej przylecieli, by oficjalnie przekazać stację Polsce.

Serdecznie przemawia do skupionych wokół masztu znany polarnik Tołstikow, życząc Polakom owocnej pracy. Daleko niesie się głos ludzki po dziwnych zwaliskach ciemnobrunatnych skał w przeogromnej ciszy Białego Lądu. Jeszcze chwila i na szczycie masztu zawisa polska flaga. Po raz pierwszy w historii na Szóstym Kontynencie... I od tego momentu stacja w Oazie Bungera nosi imię Antoniego Bolesława Dobrowolskiego.
Nie mogę bez wzruszenia myśleć o tym wspaniałym człowieku. On pierwszy w Polsce opowiadał i pisał o Szóstym Kontynencie, tak wówczas dalekim, niedostępnym, nieosiągalnym. Do ostatnich lat życia był pod jego urokiem, nie przestawał o nim mówić. Nie doczekał niestety chwili, w której ziściły się jego najśmielsze marzenia...

* * *

W 1977 r. powstała Polska Stacja Antarktyczna im. Henryka Arctowskiego, która działa do dziś. Stacja im. Antoniego Bolesława Dobrowolskiego nie była odwiedzana przez Polaków od lat siedemdziesiątych, niemniej sporadycznie zaglądają tam badacze innych narodowości. O obiekcie tym wspomina SciFun w swoim krótkim materiale na temat Antarktydy.

Źródło:
Alina i Czesław Centkiewiczowie, "Tajemnice Szóstego Kontynentu", Warszawa, 1974

Oglądany: 25702x | Komentarzy: 7 | Okejek: 128 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

29.10

28.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało