Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Miejsca, które trzeba zobaczyć przed śmiercią - boliwijskie solnisko Salar de Uyuni

35 272  
134   7  
Odkąd dobrą dekadę temu zobaczyłem klip pt. „Where the hell is Matt?”, na listę moich życiowych celów wpisałem sobie odwiedzenie gigantycznego, boliwijskiego solniska zwanego Salar de Uyuni. Na spełnienie tego marzenia musiałem trochę poczekać. Właśnie stamtąd wróciłem. Na moich zapyziałych butach ciągle jest sól, a oparzenia słoneczne szczypią jak nigdy dotąd. Warto było jednak odbyć tę podróż!

W tej przeprawie towarzyszył mi wierny druh Adamas – człowiek o żelaznym żołądku i dowcipie ostrym jak najlepszy żart Dyżurnego Satyryka Kraju. Wiedzeni chęcią poznania najbardziej malowniczych zakątków Boliwii dotarliśmy do peruwiańsko-boliwijskiej granicy przy Titicaca - najwyżej położonym jeziorze na świecie (o tym bajecznym akwenie opowiem wam przy innej okazji). Stamtąd, rozklekotanym busem wypełnionym grubymi Indiankami Aymara, przedostaliśmy się do Copacabany – niewielkiego miasteczka stanowiącego bazę wypadową do wypraw na obsypane inkaskimi ruinami wyspy Isla del Sol i Isla de la Luna.


Parę dni później byliśmy już w La Paz, gdzie oprócz przepięknych kolonialnych zabudowań znokautowani zostaliśmy dość niefortunnym połączeniem rozrzedzonego powietrza (to w końcu prawie 4 tysiące metrów nad poziomem morza!) oraz nieprawdopodobnej ilości spalin produkowanych przez pamiętające czasy Simona Bolivara pokraczne mikrobusy, których rury wydechowe z jakiegoś powodu zainstalowano na wysokości nosów przechodniów. Smród tych wyziewów towarzyszył nam zresztą przy każdej wizycie w dowolnym boliwijskim mieście.


Dalej poszło już jak z płatka - wizyta w stolicy państwa – Sucre, kurtuazyjne odwiedziny Potosi (niegdyś jednego z najbogatszych miejsc na świecie, o którym to również niebawem opowiem), później jeszcze kilkanaście godzin podróży przez porośnięty kwitnącymi kaktusami płaskowyż Altiplano i ostatni przystanek, czyli liczące sobie nieco ponad 20 tysięcy mieszkańców miasto Uyuni…


Nawet w najbardziej posępnych wyobrażeniach nie spodziewałem się, że miejsce to będzie tak bardzo parchate. Uyuni, czyli finalny punkt pielgrzymek tysięcy zafascynowanych pejzażami Ameryki Łacińskiej turystów, to pozbawiony utwardzonej nawierzchni (poza kilkoma ulicami w centrum), zakurzony i niegościnny grajdołek pełen wychudzonych, szczepionych zadami bezpańskich psów oraz krzyczących wniebogłosy sprzedawczyń pieczonych na ruszcie kurczaków. Sporo tu też mototaksówek zgrabnie lawirujących pomiędzy dziurami w ziemi, zapchlonymi czworonogami i nieco otumanionymi, opieczonymi na słońcu gringos, którzy desperacko walczą o każdy łyk powietrza.
Całość tego (mocno kojarzącego się z postapokaliptycznym pueblo) miejsca rozmiękczają na szczęście mieszkańcy Uyuni. Ci są bardzo sympatyczni i chętni do pomocy przybyszom. Ponadto miłym zaskoczeniem są też ceny noclegów w lokalnych hotelach. Dwuosobowy pokój w rozpadającej się melinie z dostępem do bieżącej wody to koszt rzędu 10 złotych, natomiast za dość treściwy obiad w dowolnej knajpie zazwyczaj zapłacimy nie więcej niż równowartość 6 złotych.

Uyuni założone zostało w 1889 roku i właściwie od samego początku swego istnienia służyło jako miasto, z którego transportowano do (obecnie znajdującego się na terytorium Chile) miasta Antofagasta wydobyte z kopalni minerały, czyli cynę, a także pozyskane w Potosi srebro i złoto. Stamtąd materiały te trafiały do portów i ruszały w długą podróż do swych europejskich odbiorców. Już w 1890 roku położono w Uyuni tory oraz zbudowano pierwszą w kraju stację kolejową.
Parowozy kursowały na tym odcinku przez prawie pięć dekad, aż do początków lat. 40. XX wieku, kiedy to przemysł kopalniany przeżył silny kryzys i zapotrzebowanie na boliwijskie minerały drastycznie zmalało. Wagony, a z czasem całe lokomotywy ustawiano więc na oddalonym o parę kilometrów od miasta pustkowiu, gdzie pozostawione na pastwę losu trawione były przez rdzę. Cmentarzysko liczących sobie niekiedy ponad 100 lat pociągów jest dziś dość turpistyczną pamiątką po czasach dawnej potęgi Boliwii.





Do samego solniska można dostać się korzystając z transportu organizowanego przez jedno z wielu obecnych w mieście biur turystycznych. Taka wyprawa nie kosztuje dużo, szczególnie jeśli umiemy się targować.
Salar de Uyuni jeszcze 11 tysięcy lat temu było olbrzymim, słonym jeziorem o głębokości prawie 100 metrów! Sprzyjał temu wilgotny klimat i częste opady deszczu. Wkrótce jednak nastąpił trwający aż do dziś okres wielkiej suszy i potężnych upałów, które to czynniki znacznie zredukowały ilość andyjskich akwenów. Z dawnego jeziora zostało długie na ponad 120 kilometrów i szerokie na ok. 90 kilometrów solnisko, miejscami (szczególnie w okresie deszczowym) pokryte niewielką taflą wody, która tworzy złudzenie lustra.



A to pamiątka po ubiegłorocznej edycji rajdu Dakar, którego trasa przebiegała przez trzy państwa Ameryki Południowej.

Szacuje się, że na Salar de Uyuni znajduje się 10 bilionów ton soli, a każdego roku wydobywa się stąd ok. 25 tysięcy ton tego surowca (grubość pokrywy solnej dochodzi nawet do 10 metrów!). Dodatkowo solnisko to jest też największym na świecie źródłem litu (6,5 miliona ton!). Turyści, którzy mają okazję przybyć do tego miejsca w listopadzie mogą obserwować aż trzy odmiany flamingów, które wówczas mają tu swój okres lęgowy. W czasie suszy częstym celem pielgrzymek przyjezdnych jest też Isla del Pescado – wyspa wypełniona dorastającymi aż do 10 metrów kaktusami! Ani flamingów, ani wspomnianych kaktusów niestety nie dane nam było zobaczyć, bo przybyliśmy do Uyuni w ostatnim momencie pory deszczowej. A mimo to nie uraczyła nas nawet kropla ożywczego opadu atmosferycznego.





Zazwyczaj wycieczki po Salar de Uyuni odbywają się w samochodach terenowych, które z łatwością radzą sobie z miejscami, w których jest nieco więcej wody. Mimo to chęć zabrania na taką eskapadę jak największej ilości osób motywuje niektórych Juanów biznesu do sięgnięcia po bardziej masowe środki transportu. Byliśmy w trakcie podziwiania zapierającego dech w cycu zachodu słońca, gdy tenże podniosły moment zakłóciło nam pojawienie się wypełnionego po brzegi starymi Niemcami równie wiekowego autobusu. Do połowy zeżarty przez rdzę pojazd z gracją zanurkował w głębokim na ponad metr akwenie i pyrkocząc radośnie pojechał w stronę czerwonego horyzontu.



Cały dzień spędzony w soli sprawił, że kapkę zgłodnieliśmy. Jednogłośnie uznaliśmy więc, że nadszedł czas na kufel zimnego piwa. Albo trzech. To dobry moment na obmyślanie kolejnego punktu podróży.

<<< W poprzednim odcinku: nawiedzony las Wistman's Wood


Oglądany: 35272x | Komentarzy: 7 | Okejek: 134 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało